Pokazywanie postów oznaczonych etykietą problemy z medytacją. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą problemy z medytacją. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 stycznia 2015

141. jeszcze o medytacji i szybkiej forsie*


* Przepraszam za zmyłkę (już na wstępie, więc może mi będzie odpuszczone). O forsie nie będzie ani słowa, ale jakoś tak mi pasowało, na ucho. Coś mocnego, spektakularnego, wyskokowego. Do wyboru był jeszcze szybki seks, szybkie samochody i szybka kariera. Żadne nie jest w moim posiadaniu, może dlatego mi się roi i włazi do gotowego już tekstu na zupełnie inny temat. Może uwzględnię je przy następnych postach. Tyle tytułem wyjaśnienia. A teraz do rzeczy.

*

Nie okażę się zapewne wyjątkiem ani też wyrzutkiem, jeśli przyznam, że interesuje mnie szybki sukces. Najprawdopodobniej to całkiem naturalne pragnienie. Szybki sukces jest fajny. Szybki sukces jest miły i podniecający. Szybki sukces się opłaca. Opłaca się podejmować działania, które taki szybki sukces gwarantują. Bo jaki sens łapać się za sprawy z góry skazane na porażkę? Niektórzy tak bardzo są na to nastawieni (wręcz uzależnieni od haju, jaki wywołuje sukces), że do przedsięwzięć wymagających dłuższych nakładów czasu i energii, większych starań, nawet nie podchodzą. Zlecają je podwładnym. Bo szybki sukces to coś, co szybko karmi. Wprawdzie brzuch robi się pusty równie szybko, ale… od czego jest kolejny gwarantowany sukces?
Rozpisałam się wcale nie dlatego, że uważam to podejście za niewłaściwe i naganne (że trochę niedojrzałe i ograniczające, to inna sprawa), a raczej, żeby samą siebie przekonać, że nie ma w nim niczego nienormalnego i nie muszę się samej sobie dziwić, że chciałabym coś na szybko i na przyjemnie – po prostu dobrze się poczuć. Dostać nagrodę za mój trud i starania.
Wokół kilka osób komunikuje o swoich przyjemnych i niezwyczajnych doznaniach (w ogóle o jakichś doznaniach!) podczas medytacji, a ja obserwuję u siebie całkowity odwrót czegokolwiek. Cicho, pusto i do dupy… To znaczy, nie nurtuje mnie to aż tak bardzo, nie odbiera chęci i sił do dalszych starań, tylko… po prostu się zastanawiam, jak to jest. I: może coś robię nie tak? Za mało się staram? I chociaż się nie przejmuję za bardzo, to może właśnie źle, że się nie przejmuję, może powinnam?! W takich chwilach zdarza mi się wpaść przypadkiem na coś, co jest akurat przydatne (takie tam małe serendipity).

Czytałem kiedyś o pewnym buddyjskim mnichu z Wietnamu, wygłaszającym prelekcję na którymś z amerykańskich uniwersytetów. Gdy skończył, jeden ze studentów zapytał go: „Czy możemy dowiedzieć się, jakiej metody medytacji uczy się nowicjuszy, którzy zgłaszają się do waszego klasztoru?”. Odpowiedź brzmiała: „Przez pierwsze trzy lata nowicjusze parzą herbatę dla starszych mnichów”.
John Main, Ścieżka medytacji

I o to właśnie mi szło, tego potrzebowałam. Informacji, że nie ma się co spodziewać spektakularnych sukcesów, bo to tak nie działa (nie zamierzam bynajmniej podważać duchowych sukcesów tych, którzy naprawdę je odnoszą, po prostu próbuję uratować resztki mojego poczucia wartości i sensu). Mam święty spokój, przez najbliższy rok, dwa, co najmniej, nie muszę się zajmować i niepokoić postępami i osiągnięciami, bo może ich po prostu nie być! Co za ulga! Jaka oszczędność energii! Mogę na luzie siadać sobie do tych medytacji i już nie próbować wyciskać z siebie duchowych siódmych potów. Mogę po prostu być. Mogę. 

poniedziałek, 20 maja 2013

097. kłopotliwy nadzorca


Umysł alkoholika staje się w pewnym momencie jego największym wrogiem. Z czasem, w procesie leczniczej obróbki, udaje się wyłączyć jego otwarcie szkodliwą działalność, choć zawsze pozostaje ciałem niepewnym, gotowym w razie odpuszczenia czujności czy dopuszczenia innych zaniedbań wskoczyć na dywersyjne pozycje. (Napisałam zawsze, lecz mam ogromną nadzieję, że jednak nie). Wiele razy słyszałam – i na terapii, i w AA – że sprawny umysł może być w wychodzeniu z uzależnienia raczej balastem niż pomocą. Intelektualiści mają gorzej! I tak, i nie. Przez lata zobaczyłam i doświadczyłam, że bywa z tym różnie. Ale mam kilka własnych przykładów na to, że zbyt szybko śmigające kółeczka w maszynce mojego umysłu potrafią utrudnić mi życie.

*
Dziś znowu przyłapałam mój umysł na blokowaniu mi dostępu do czegoś, czego potrzebuję i pragnę. (Tak, wiem, to rozdwojenie i antropomorfizacja wydają się cokolwiek schizofreniczne, ale umówmy się, że to po prostu skrót myślowy). I nie podoba mi się to. Rzecz działa się podczas medytacji. Od kiedy na poważnie podeszłam do tematu (Krok 11: Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia), pokonałam już największe, ja sądziłam – przeszkody. Zyskałam na tyle wewnętrznej dyscypliny, by codziennie lub prawie codziennie do medytacji usiąść. Dogadałam się z moim ciałem (bolącym kręgosłupem i niezbyt elastycznymi stawami) i znalazłam wygodną pozycję, która nie odciąga uwagi od meritum. Złapałam też optymalną dla mnie na teraz metodę: skupianie się na oddechu. I gdy już to wszystko ogarnęłam… włączył się kolejny problem – mój umysł. Dziś dotarło do mnie, że to nie kwestia rozbieganych myśli, które nie poddają się dyscyplinie (nie, te dość łatwo potrafię przywołać do porządku), to raczej sprawa kontroli. Mój umysł wciąż chce mieć kontrolę nad wszystkim. Zdobywanie wiedzy, samodyscyplina, poznawanie nowych metod, racjonalne układanie klocków, przesuwanie i zmiana przekonań – to wszystko jest stosunkowo proste i do przyjęcia, nie ma większych niespodzianek. Ale relacja z Bogiem, duchowość (praktyczna, nie w teorii)? Powiało grozą. Grozą niewiadomej! I mój wewnętrzny kontroler sobie z tym nie radzi. Rozpostarł blaszaną osłonę, żeby przypadkiem nic niepewnego, nieznajomego, grożącego rozpadem struktury się nie przedarło, i próbuje trzymać ster. A ja pracuję nad jego (no, moją własną, przecież) kapitulacją na kolejnym odcinku frontu. A ponieważ kilka przyczółków mamy już zdobytych, jest szansa – z pomocą Siły Wyższej – na wygraną. Tym bardziej, że nie nastawiam się na krwawy terror – rozumiem, że mój umysł robi to, co do niego należy: próbuje mnie chronić; w tym zakresie, do jakiego jest powołany. On po prostu pewnych rzeczy może jeszcze nie pojmować, na wiarę mu trudno, musi najpierw pomacać. 

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...