poniedziałek, 31 grudnia 2012

086. zakończone


Lubię mieć z głowy i być w porządku. Nie lubię poczucia niedokończenia. Jedną z przyjemniejszych czynności codziennych jest wyrzucanie pustych opakowań – skończyło się, można posprzątać i zapomnieć. To śmieszne, ale łazienki pełne ponapoczynanych kremów, szamponów, odżywek, pilingów, balsamów i innych cudownych mazideł budziły zawsze moje zadziwienie (po co kupować, stawiać i otwierać następne, skoro te jeszcze nieskończone?), a czasem też niezrozumiały i lekko zawstydzający niepokój. Raczej się do tego nie przyznaję. Tak, lubię kończyć i mieć czystą kartę.
Ten rok udaje mi się właśnie tak zamknąć. Niczego na nowy nie przeciągam, nie przewlekam. Niektóre rzeczy wynikają z koniecznych terminów, ale nie z mojej gnuśności. I to jest nowe. Dzięki temu nowemu z chęcią i ciekawością spojrzałam na mijający rok i to, co udało mi się osiągnąć. Rozumiem też, czemu przeszłymi laty za takie podsumowania niezbyt chętnie się brałam – obnażały moje lenistwo i brak samodyscypliny. Nie twierdzę, że sprawy zrobione i dokonane są wyłącznie moją zasługą (uważam wręcz, że częściej nie), twierdzę, że sprawy i okoliczności tak cudownie się ułożyły, że pewne rzeczy mogłam zrobić, niekiedy mocno do tego przymuszona, ale jednak.

*
Rzeczą najważniejszą, z której jak sądzę wynika cała reszta, było zrobienie Programu ze sponsorem oraz rozpoczęcie sponsorowania i praca z podopiecznymi.
Napisałam książkę.
Obaliłam przed sobą parę mitów na własny temat. Budzi to wyłącznie moją ciekawość – odkrywanie prawdy o sobie jest jak przygoda.
Nauczyłam się mówić. Wyrażać siebie. Argumentować. Mówić nie!
Przestałam zwlekać, odkładać rzeczy – ogromną ich część – na później, dlatego robię i kończę ich więcej niż kiedykolwiek.
Przestałam się uganiać za Miłością Życia. Czyli, jak się okazało, za pustą ideą. Nie szukam już sensu ani celu poza sobą, nie upominam się, nie żądam. Już nie muszę, to co ważne pojawia się na mojej drodze samo, wtedy, kiedy ma się pojawić.

*
To chyba nie wszystko, ale nauczyłam się też reagować na potrzeby mojego organizmu i choć odrobinę troszczyć się o siebie, a mój trochę chory po świętach organizm bardzo chce się teraz położyć w cieplutkim, mięciutkim łóżeczku.

Życzę wam, by ten nadchodzący czyściutki jeszcze jak nowy zeszyt rok był pełen Miłości i Działania!

środa, 12 grudnia 2012

085. 12.12.12

Precedensy nie są dobre dla kogoś takiego jak ja. Jeden mały wyłomik i… po misternie zaplanowanym nowym ślicznym życiu, pomyśle, przedsięwzięciu. Kiedy pierwszy raz rzucałam palenie wystarczyło sięgnąć tylko po tego jednego, jedynego, wyjątkowego i ratunkowego – bo chyba lepiej, żebym zapaliła, niż mam się napić!?! – żeby całą rzecz szlag trafił. Na szczęście za drugim razem podeszłam do sprawy już poważnie, bez wyjątków, bez pobłażania sobie. Podobnie było z moimi pomysłami na uprawianie różnych sportów: wystarczyło opuścić – z ważnych powodów przecież – jeden trening, żeby niedługo później znalazł się kolejny, równie ważny powód. Z perspektywy czasu i jako takiej samoświadomości cieszę się, że podobna historia nie przydarzyła mi się z piciem – czy byłabym w stanie kiedykolwiek się zatrzymać, gdybym co parę tygodni zapijała? Za to przydarzyła się z pisaniem (choć konsekwencje są oczywiście nieporównywalne). Nie pasowało mi to, nie podobało się, ale… widocznie nie na tyle, żeby natychmiast zmieniać i stawiać się do pionu. I na przyszłość też nie mogę – sobie – obiecać, mimo że bym wolała, że już teraz będzie znowu systematycznie.

*
Dawniej namiętnie wyławiałam z informacyjnej magmy różne znaki i zbiegi, zestawy liter i cyfr, godzin i dat. Lubiłam im przypisywać nieistniejące znaczenie, jakąś – Bóg wie jaką – magię. Dziś prawie bym przegapiła (bo prawdę mówiąc od dawna już się tym nie ekscytuję), ale skoro już się natknęłam na 12.12.12, to dlaczego by tego nie wykorzystać dla czegoś pożytecznego. Magiczne daty jakoś tak dobrze rokują, są jak nowy zeszyt, w którym wszystko może wyglądać ślicznie i czysto, całkiem inaczej niż w starym; w końcu ostatecznie palenie rzuciłam w Nowy Rok.


*
Dziwny czas, z którym nie bardzo wiem co zrobić. Od dawna nie miałam takich przestojów. Praca – w dużych ilościach – tworzyła ramy mojego dnia i moich dni. Bez tych ram czuję się jakoś niepewnie, niewyraźnie. Oczywiście, że mam co robić – zawsze mam co robić! Ale nadal jest mi niewyraźnie. Może to, mimo wszystko, jakiś niepokój o finanse? Nawet nie obecne, jakieś przyszłe, nieokreślone. A może lęk, że zostanę w tym stanie na dłużej, na tyle długo, że już się nie wygrzebię? A mogłabym przecież pomyśleć po prostu: Jak świetnie się składa, mogę wreszcie odpocząć, bo sił ostatnio całkiem brak… Musiałabym jednak na chwilę choć wyłączyć opcję automatycznego dozorcy-nadzorcy. Ciekawe, jakbym się wtedy czuła. Naprawdę ciekawe!

środa, 31 października 2012

084. wszystko ma swój czas


Lubię Koheleta. Uspokaja mnie. Porządkuje sprawy, a raczej nastawienie do nich. Ucisza krzątaninę myśli i powinności. Nie zrobię wszystkiego na raz. Po co więc się szarpać? Kiedyś na coś będzie za późno. Nie zmienię tego. Po co się szarpać. Myślałam sobie, ciut żartobliwie, gdy gniotła niewygoda okresowego porzucenia tych zapisków, że jest czas pisania bloga i czas pisania książki. Coś trzeba wybrać. A przecież mówią, i ja już w to wierzę i robię nawet (szkoda, że nie zawsze), że najpierw najważniejsze.
Gdy piszę za dużo, za intensywnie, za rozlegle (tematycznie), nie chce mi się już pisać dla siebie, od siebie. Nie mam siły, nie mam nawet zdolności formułowania myśli w sposób, jaki uważam za sensowny. Może lepiej wtedy odpuścić… 

środa, 12 września 2012

083. naturalny stan nienormalny


Wytrącona z błogostanu, który od jakiegoś czasu nierozsądnie zaczęłam traktować jako stan naturalny (i niejako mi należny! Za co? To chyba oczywiste – za moją wyjątkowość, a także wykonaną wreszcie metodą 12 Kroków AA pracę nad własnym rozwojem!) zaczynam wpadać w panikę i uruchamiać akcję ratunkową już przy pierwszych chmurach na do tej pory niebieściutkim niebie. Byle tylko nie powalać bucików, byle się nie spocić. A już myślałam, że skończyłam z użalaniem się nad sobą…
Niestety, ciągle traktuję siebie zbyt serio, bez zbawczego dystansu. Ciągle jestem Makową Panienką. A przecież wiem, do czego to prowadzi, już to przerabiałam. Lata całe chodziłam nadąsana, że głupi świat się na mnie nie poznał, że nie rozesłał czerwonego dywanu, nie posypał ziemi płatkami złotych róż. Że się nie układa. Bo wydawało mi się, że właśnie ja wiem, jak ma się układać. Ale przecież wcale nie wiedziałam. Nie tylko nie miałam pojęcia, co tak naprawdę jest ważne i mi potrzebne. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, nie umiałabym nawet odpowiedzieć, czego właściwie chcę. Wybierałam na oślep. I ciągle na ślepo usiłowałam wydrzeć dla siebie, to co wyznaczyłam za cel.
*
No dobrze, trochę się jednak zmieniło. Patrzę trochę realniej na świat. Ale jak widać, tylko trochę. Bo znów wyłożyłam się na nierealistycznych oczekiwaniach: że ciągle będzie super, łatwo, przyjemnie. Że już nie będę się bać, że sobie ze wszystkim poradzę. Teraz już przecież wiem…
No to wiem tyle, że mam się jak najszybciej (z miejsca najlepiej) przestawić na bliższe rzeczywistości myślenie. Więc: mam dwie ręce i nogi obydwie. W ogóle wszystkie członki na miejscu i sprawne. Nic nie boli, a w każdym razie nie na tyle dotkliwie, by uniemożliwić normalne funkcjonowanie. Mam dach nad głową – obecnie nawet całkiem luksusowy – jestem goszczona niczym księżniczka. Jedzenie – świetne – z cyklu: w domu tego nie masz. Warunki do pracy, myślenia, odpoczynku – pełen komfort. Świeże powietrze, słońce, widoki, góry, las i rzeka na wyciągnięcie ręki. Przyjaciele i znajomi – są, dzwonią, troszczą się. Czy naprawdę co chwila muszę sobie przypominać, że mi się to wcale nie należy jak psu zupa? Że to gigantyczny bonus? I że właśnie ja mam fart?
Po tym przeglądzie stanu faktycznego ten mój prywatny błogostan mogę przywołać od ręki. Byle tylko nie zapomnieć, że to nie jest na stałe. I że czasem może być gorzej. I właśnie to jest naturalne.

poniedziałek, 10 września 2012

082. wydawało mi się


Że sobie poradzę. Że szczęście jest mi potrzebne i mi się należy, bo każdemu się należy. Ale najbardziej mi przecież. Że są ludzie, którzy wszystko mają. Że ja wszystko mogę. A jeśli teraz nie mogę, to przez coś. Ale mogłabym. Gdybym tylko. Że uratuje mnie miłość i dlatego jest niezbędna. Czyjaś miłość. Mężczyzny. Że jest gdzieś ktoś, kto mnie stworzy, ukształtuje, pokieruje mną, uszczęśliwi, że to jego zadanie. A moje – znaleźć tego kogoś. I sprawić, żeby chciał. Zachęcić. Że sens musi przyjść z zewnątrz. Że wiem, co jest dla mnie najlepsze. Że siebie znam. Że wszystko ode mnie zależy. Wydawało mi się. Właśnie. Wydawało.
Nie przyznawałam się do niewiedzy. Wydawało mi się, że nie mogę, że muszę trzymać fason, że wszyscy inni wiedzą. Więc udawałam, że i ja wiem. Nie pytałam, żeby się nie wydało. Ze wszystkich sił ukrywałam zmieszanie. Puste miejsca, białe plamy wypełniałam po swojemu, jak umiałam i tym, co miałam pod ręką, czyli zlepkiem pobożnych życzeń i przypadkowych, zasłyszanych, ale nieprzemyślanych i niesprawdzonych poglądów. Byle się nie zgubić tak do końca. Brak pewności nadrabiałam fantazjami i wyobrażeniami. Wydawało mi się, że tak jest dobrze, że nikt nie zauważy, że to się sprawdzi.
Dbałam o dobre samopoczucie. Żeby niewygodny fakt, uwaga, nie zniszczyły kruchej podstawy mojego świata i rozpaczliwie sklejanej z wciąż rozbijanych skorup złudy pewności siebie. Nie pytałam, żeby nie usłyszeć odpowiedzi innej, niż chciałam usłyszeć. Karmiłam moją samowolę. Wydawało mi się, że jestem zdana wyłącznie na siebie. Więc byłam. Sama się tak ustawiłam. Kierowałam się moimi wierzeniami i przekonaniami. Wydawało mi się, że są odwieczne, słuszne i moje. Wydawało mi się. Że są rzeczywistością. Że właśnie ja widzę prawdziwie. Wydawało mi się…

wtorek, 31 lipca 2012

081. czy być porządnym człowiekiem?

Nadchodzi pora surowego egzaminu: czy potrafimy zachować trzeźwość, równowagę uczuciową i godziwie żyć w każdej sytuacji? (Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji, str. 88)
Po Kroku Piątym stanęłam przed decyzją, poważną. Przy niej decyzja Kroku Trzeciego – robić/działać/sprzątać po sobie (czyli Kroki 4, 5 i dalsze) – wydaje się śmiesznie łatwa i oczywista.
To może wyglądać na pewne pomieszanie, niewłaściwą kolejność, ale jak się okazuje ma sens. Zanim przejdę do zmiany (Kroki 6 i 7) i ponoszenia odpowiedzialności (8 i 9), muszę mieć narzędzie, które pozwoli mi nie zrujnować wysiłków wyciągnięcia całej trudnej i brudnej prawdy o mnie (Kroki 4 i 5), czyli utrzymać się na poziomie świadomości czystości (nie przysypać tej prawdy kolejnymi urazami, lękami i krzywdami wynikającymi z moich wad i ciągłego ich używania). Dlatego sięgam po Krok 10 tuż po Kroku 5. I właśnie teraz stoję przed bramą z napisem ZUPEŁNIE NOWE POSTĘPOWANIE. I to mnie przeraża. Łatwo było zrobić 4 Krok, rozprawić się z przeszłością, wysprzątać, zobaczyć siebie w całości – to nawet było miejscami ekscytujące. Ale zobowiązać się do stałej autoanalizy i czujności? Do bycia po prostu porządnym człowiekiem? Gorzej. I to też prawda o mnie. Lenistwo, egoizm – to największe moje przeszkody.
*
Czemu jestem taka niepocieszona, niezadowolona, nadąsana? Bo muszę zrezygnować z moich ulubionych: urazy i użalania się. Deklarowałam już, że nie chcę być ofiarą (czyli stawiać się w tej roli), bo mam świadomość, że to pułapka. No i co z tego? Deklaracje to jedno, a faktyczna rezygnacja (czyli decyzja plus zmiana), coś całkiem innego. Teraz stoję przed decyzją właśnie…
*
Czasem wydaje mi się, że te wszystkie rozważania to takie przekomarzanki, droczenie się z samą sobą. Przecież ja już wiem, że nie ma odwrotu (to znaczy teoretycznie jest, ale ja już wybrałam – na poważnie – coś innego). Mogę się podąsać, mogę poudawać, że się waham, mogę nawet zatrzymać się na jakiś czas, postać w miejscu. Ale i tak ruszę. I tak to zrobię. Bo to – już teraz – naturalna kolej rzeczy. Chyba że oszaleję, Bóg odbierze mi rozsądek (który już sam zresztą przywrócił – więc po co miałby to robić?), i zacznę pić. A wtedy wszystko możliwe…

wtorek, 24 lipca 2012

080. arabeski ze śmieci

Pamiętam pewien grudzień sprzed wielu lat. Mogłam być wtedy siedmio- albo ośmiolatką. Zbliżała się gwiazdka. Czekałam na nią niecierpliwie. Z niecierpliwością typową dla dzieci. Nie mogłam się doczekać prezentów. A może raczej chodziło o zaspokojenie ciekawości? Sam przedmiot nie był w gruncie rzeczy aż tak istotny. To niepewność dręczyła. Tak bardzo chciałam wiedzieć, co mnie czeka, jakie cuda. I czy spełnią się moje marzenia. Męczyłam matkę, próbowałam ją podejść, a gdy to się nie udawało, samodzielnie wyszperać, wpaść na trop. Wszystko na nic. Więc wracałam do zamęczania mamy. Wreszcie powiedziała, że to coś ma nazwę na 11 liter, zaczyna się na „k”, kończy na „p”. Z tym rebusem mnie zostawiła. Całymi dniami głowiłam się nad rozwiązaniem. Za trudne! Łaziłam więc za mamą dalej, próbując wyżebrać kolejne dane do rozgryzienia łamigłówki. Zdradziła mi jeszcze dwie litery, więcej za nic nie chciała. W wigilię, tuż przed rozpakowaniem prezentów nagle wszystko złożyło mi się w całość (nagłe olśnienie i poczucie, że to przecież oczywiste i takie proste, pamiętam do dziś). No tak, KALEJDOSKOPSzczyt marzeń. Najcudowniejsza, najbardziej tajemnicza rzecz na świecie. Tak, oto był mój! Ciemnozielona tuba z magiczną zawartością. Wgapiałam się godzinami w czarodziejskie figury, które rozkwitały mi przed oczami, płynnie przechodząc jedna w drugą. Jeszcze wtedy nie miałam pojęcia, na czym polega ten prościutki mechanizm, wystarczał mi baśniowy efekt, zupełnie niezwykły.
*
Nie pamiętam już, co stało się z moim pierwszym kalejdoskopem. Pewnie zniknął z innymi ważnymi rzeczami w gruzowisku potrzaskanego dzieciństwa. Widziałam w życiu różne kalejdoskopy, z wymyślnymi elementami, prawdziwe cudeńka. Szczególnie mnie zauroczył nowoczesny, czarno-biały, z nowojorskiego muzeum, z postaciami kobiety i mężczyzny, multiplikowanymi w istną orgię układów. Kilka lat temu znalazłam w jakichś śmieciach zabawkowy kalejdoskop, kiczowatą chińszczyznę, z kolorowymi ogryzkami plastiku zamkniętymi za szybką. Czasem zerkam przez niego, zupełnie mimowiednie. Widzę te kawałki śmieci, wiem już jak to się dzieje, że zmieniają się z drugiej strony tuby w barwne dziwne kwiaty i hipnotyzujące rysunki. Są jak życie. Z przypadkowych elementów powstają realne kształty. Niekiedy piękne, choć to kwestia trafu. Raczej rzadkiego. Ale jeśli uda się zebrać ładne i wartościowe elementy prawdopodobieństwo zachwycającego układu wzrasta. A mi wystarczy się zachwycić choć raz na jakiś czas.
*
Od pewnego czasu wymieniam na nowe różne elementy w moim życiu. Chyba na tym to wszystko polega: odłożyć nieodpowiednie, dobrać lepiej pasujące. Kiedyś mi się wydawało, że na ten dobór nie mam żadnego wpływu, że muszę brać, to, co przychodzi, co się samo wciska. Nie wiedziałam albo wiedzieć nie chciałam, że mój brak reakcji to też wybór. Były w moim kalejdoskopie różne przedziwne figury, czasem nawet ładnie się ułożyły, na mgnienie oka, ale na dłużej nie pasowały. Bywało, że zapatrzona w taką chwilową arabeskę, zapominałam, że to tylko ułuda, optyczna gierka, zamieniająca coś banalnego w baśniowy twór. Niektórych mi szkoda, poukładałabym jeszcze, popróbowałabym, choć może lepiej, że nie mogę… Najbardziej jednak cieszę się z tego, że nawet to co jest – bywa że tak mało pasjonujące, codzienne, przyziemne, nudne, ciężkie – zestraja się czasem w doskonale piękny układ.

niedziela, 10 czerwca 2012

079. rzeczywistość czarnej dziury

Napisałam wczoraj do W. Opisałam – z dużym wysiłkiem przekraczania wstydu – kawałek pejzażu, w którym tkwię (a może raczej – który widzę), naprawdę gówniany kawałek. Odpisał: To nie jest rzeczywistość. Tej nie znaszPowiało matriksem, ale wiało nim już wcześniej… Właśnie wizja matriksu podkarmiła lęki.
Przypomniały mi się początki trzeźwienia, terapia i opowieści o tunelowym myśleniu. I jeszcze o nawrocie i konieczności wcześniejszego przygotowania drogi awaryjnej – przepisu, co mam robić na wypadek wystąpienia. Bo gdy tunelowe myślenie się pojawia, nie ma już miejsca na racjonalne argumenty. Stajesz się nieprzemakalny. Nie potrafisz jasno myśleć, łączyć faktów, wyciągać wniosków. Możesz tylko, jak maszyna,  wykonywać kolejne punkty przepisu. O ile ockniesz się dostatecznie wcześnie, by jeszcze móc ruszyć ręką.
*
No więc mogę skorzystać z tej analogii. Jedyne, co dziś muszę przyjąć, to że moja wizja nie jest prawdą. To wytwór mojej wyobraźni, podsyconej najgłębszymi lękami, to jest rzeczywistość czarnej dziury, mojej prywatnej, najprywatniejszej, która zna mnie na wylot i wie, gdzie i z jaką siłą uderzyć. Szykowała się i sposobiła już od dłuższego czasu, podsuwała pod oczy te kawałki, które jej pasowały, ukrywała inne, zaprzeczające jej tezie. A ja to wszystko łykałam bez protestów. Dlaczego?
Zaczęło mnie to zastanawiać i chyba wpadłam na trop. To nie jest przyjemny trop, stawia mnie i to wszystko w mniej jasnym i ciepłym świetle, niż bym sobie życzyła. Bo rzecz w tym, że… czarna dziura jest mną. I niekoniecznie to ja robię, co ona każe. Obawiam się, że może być dokładnie na odwrót. 

wtorek, 5 czerwca 2012

078. bezpowrotnie utracona niewrażliwość

Podobno – tak piszą w podstawowej literaturze AA, czyli 12×12 (czyli książce Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji) – jeśli jeden alkoholik opowie drugiemu o istocie choroby alkoholowej, to ten drugi, choćby bardzo się starał zapomnieć albo minimalizować, a może dyskredytować te opowieści, nigdy już nie będzie miał przyjemności z picia. Bezpowrotnie zostaje mu bowiem odebrany komfort używania alkoholu. Rzecz identyczna spotkała mnie (i nie tylko mnie, bo już zdążyłam tu i ówdzie o tym usłyszeć) po zrobieniu Kroków Czwartego i Piątego. W sposób raptowny i dotkliwy został mi odebrany komfort używania wad charakteru. Niestety, już nie dla mnie wynaturzone reakcje, manipulacje, nieuczciwość i reszta zachowań, którym przyjrzałam się dokładnie chwilę wcześniej. Mój system wczesnego ostrzegania przed niewygodą sumienia został nastrojony, a wręcz podkręcony na wysoką częstotliwość i nie ma szans na oszustwo, mydlenie oczu i ślizganie się po powierzchni: racjonalizowanie, umniejszanie, relatywizowanie. Niewrażliwość została stracona bezpowrotnie…
*
Jadę sobie kilka dni temu moim małym samochodzikiem, przede mną z zatoczki zaraz będzie się gramolił autobus, sygnalizuję więc zamiar zmiany pasa, żebym nie musiała zwalniać czy się zatrzymywać. Czasu i miejsca jest wystarczająco sporo, by się nie napinać. Tymczasem kierowca z tyłu, z pasa, na który chcę wjechać, natychmiast po moim znaku zaczyna przyspieszać – nie chce mnie dziad wpuścić! Więc używam mojej wady charakteru, a raczej wypuszczam ją na świat, oddaje jej ster i – już wspólnie – wymuszamy na nim to miejsce. Bo co? Mnie nie wpuści?! Oczywiście trąbi (jakbym miała inny samochód, nie taki mały i śmieszny, na przykład mój poprzedni, to by tak bardzo nie trąbił – jestem przekonana, ale sensowności tego przekonania wolałabym teraz nie udowadniać). A gdy dojeżdżamy do świateł, staje na pasie obok i trąbi znowu. Ostentacyjnie nie patrzę na tego trąbiącego furiata. Włączam radio i udaję, że nie wiem, o co chodzi. Tylko… że cały dzień mam potem zmarnowany. Widzę, co dokładnie zrobiłam i że było to zupełnie bez sensu. Wciskanie się na siłę, ale też ignorowanie jego złości. Brak mojej reakcji (wystarczyło przeprosić, ale jeszcze wtedy moja wada trzymała mnie na smyczy). Czuję się z tym strasznie. Wstydzę się! Facet pewnie już nie pamięta o jakiejś kretynce w głupim samochodziku, ale ja męczę się okropnie. I po co mi to było?
*
W taki oto sposób przekonuję się, że używanie wad, wszystkie moje głupie zachowania, po prostu mi się nie opłacają. Koszt jest zbyt duży. I nie chodzi tu wcale o wielkie słowa i dążenie do świętości. To kwestia zwykłej ekonomii. I tyle.

niedziela, 27 maja 2012

077. terror szybkiej ulgi


Już w pierwszych dniach maja, po kolejnym mityngowym pytaniu o poczucie ulgi po wyznaniu Piątego Kroku, zaczęłam się nerwowo wiercić wewnątrz siebie. Wiercić w poczuciu zaniepokojenia, że coś przegapiłam albo niewłaściwie zrozumiałam lub źle wykonałam. (Już wcześniej, przy pracy nad tym krokiem zastanawiały i nieco martwiły mnie zasłyszane gdzieś aowskie mądrości i sugestie, jakoby krok ten musiał łączyć się z wyciągnięciem na światło dzienne najohydniejszych postępków, najgłębiej skrywanych, najwstydliwszych tajemnic – skąd miałam je wziąć? A może coś ukrywam tak głęboko, że nawet przed samą sobą?). Krok Piąty miałam „świeżo zaliczony”,  a mimo to nie mogłam się odnaleźć w tym pytaniu: czy odczułeś ulgę? od czego zostałeś wyzwolony/uwolniony?
*
Zaczęłam myśleć. Zaczęłam pytać! I po pierwsze zrozumiałam, że zaufanie to mogę mieć do odczuć i opowieści ludzi, którzy zadanie wykonali (ja, mój sponsor, znajomi alkoholicy na Programie), a nie do tych, którzy o nim fantazjują i teoretyzują, po drugie, że owo legendarne poczucie ulgi to coś znacznie szerszego i ogólniejszego (zwłaszcza w specyficznym języku aowców, czyli anonimowych alkoholików), co wskazuje nasz (alkoholików) podstawowy problem/troskę/centrum zainteresowań/punkt szczytowy w hierarchii życiowych celów. Bo oprócz tego, że jako alkoholiczka byłam uzależniona od alkoholu, przede wszystkim byłam uzależniona od uczucia ulgi! Usłyszałam niedawno, że alkoholik to taki ktoś, kto ulgę potrafi wycisnąć nawet z kamienia. Na pewno więc nie jest dla niego żadnym problemem takie przemodelowanie rzeczywistości, by po wielkim napięciu nadszedł moment odprężenia, a wraz z nim w pełni zasłużona nagroda (nie tylko alkoholik tak działa; nagrodą jest nie tylko szklanka wódki – nie jestem dziś w nastroju do delikatnych pieszczot i rączek w małdrzyk, nie będę się rozdrabniać! – równie dobrze nagradzają kolejnych pięć batoników i tyleż hamburgerów, jakaś rozsądna dawka miłych pigułeczek, kolejka Black Jacka, trzy numerki z samym sobą, pięć nowiutkich par butów…). Czyli: żeby zasłużyć na nagrodę muszę zorganizować sobie to napięcie, spiętrzenie trudności, stres, paniczny lęk. Proste? Dla mnie bomba! Naprawdę, nie ma w promieniu 100, ba, 300! km bardziej dzielnej, zorganizowanej i, nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu, genialnej autorki, niż ja po oddaniu 8 tekstów, na napisanie których miałam… tydzień (oczywiście, wcześniej wszystko tak ustawiłam, choć niekoniecznie z ordynarną premedytacją, żeby czasu było mało, a najlepiej jeszcze wcisnąć w ten tydzień ze trzy wizyty w urzędach i dwa ważne spotkania). Po wysłaniu ostatniego zlecenia jestem lekka jak piórko, jestem mistrzem, jestem królową! Nie muszę nawet pić!
*
Ale wracając do Piątego Kroku i rzekomej ulgi po – w moim przypadku nie było to nic spektakularnego. Może dlatego, że większość „tajemnic” i tych strasznych rzeczy, które popełniłam w moim życiu (choć przecież to nie je wyjawiam w Piątym Kroku), opowiedziałam już wcześniej co najmniej jednej osobie. Nie miałam większego problemu, by się nimi dzielić ze sponsorem. Nie bolała mnie też istota moich błędów – zarazem istota Piątego Kroku.
Nie było specjalnej ulgi. Była satysfakcja z pokonania kolejnego etapu. Zmalał lęk przed odrzuceniem, ale to był dopiero początek. Nieco później – jako super bonus – przyszła odwaga przyznania się do siebie. I tak, bycie sobą, bez konieczności udawania, to prawdziwa ulga! Tyle że to chyba już inny temat.

wtorek, 13 marca 2012

076. czasem coś usłyszę

Poszłam na niedzielny spacer. Taki pół-wypoczynkowy, w stuprocentowo wypoczynkowej miejscowości. Szłam szybko, bo w celach kondycyjnych miało być. Przechodziłam koło kościoła z wystawionym z boku pomnikiem – wielkim srebrno lśniącym Jezusem, co to mógłby naśladować tego z Rio albo nawet ze Świebodzina. Nie chciałam za bardzo myśleć na ten temat. Spacerować chciałam. Kondycji nabierać. Nagle słyszę z głośnika: po co jest wola boska? Ton, którego nie lubię, ambonalny. Więc idę dalej, ale jakoś wolniej. Bo coś mnie w środku spowalnia, zainteresowane, jak ten wyniosły ton odpowie na swoje własne pytanie. Wola Boga jest po to, by nam się lepiej żyło. Żeby było nam wszystkim bezpieczniej poruszać się w społeczeństwie.

*

Wola Boga jako dar i pomoc. Nie jako jarzmo. Tak łatwo się z tym dziś zgodziłam, a przecież nie zawsze tak było. Walczyłam, broniłam się zaciekle, próbowałam zachować przyczółek niezależności, jakieś kontroli nad moim życiem, chociaż jej pozór. Bo nie wierzyłam, że to dla mnie. Bo nie ufałam, że dla mojego dobra i pożytku. Bo sobie wyobrażałam, że to musi być czymś wbrew mnie. Że na pewno mnie złamie. Dlaczego miałam się do tego pchać? Czemu miałam wsłuchiwać się w Jego wolę – o ile w ogóle jestem w stanie coś nowego, specjalnie dla mnie powiedzianego, usłyszeć – skoro to by oznaczało konieczność pożegnania się z moimi (fajnymi lub nie, mądrymi albo niekoniecznie) pomysłami na siebie? Ale nie tylko. Oznaczałoby wystawienie się na działanie nieznanej i – tak sądziłam – niekoniecznie przychylnej mi Siły. Bo że ta Siła istnieje nie miałam wątpliwości. I że czegoś chce – też nie. Myślałam tylko infantylnie, że jeśli będę cichutko, poprzemykam pod murami, poudaję, że mnie nie ma – uda się opóźnić koniec swobodnego, prywatnego, może biernego, może bezcelowego, ale mojego życia sobie.
Od jakiegoś czasu już się nie boję, nie dyskutuję, nie ukrywam się. Już nawet nie myślę, co może mi się przydarzyć. Po prostu jestem. Każdy dzień zaczynam od powierzenia się i prośby, żeby mną kierował po swojemu. I wiem, że na razie jest w tym jeszcze bezmyślność i bierność, ale teraz się z tym godzę.

* 

Wola Boga jest po to, by nam się lepiej żyło. Żeby było nam wszystkim bezpieczniej poruszać się w społeczeństwie.
Tym razem nie słyszę w tych słowach manipulacji, nie widzę w nich pułapki. Odkąd sama tego doświadczam zmniejszyła się moja podejrzliwość.
Gdybym usłyszała to w moich kręgach, pewnie nawet bym nie zauważyła. Ale że jakiś ksiądz katolicki zahaczył o Pierwszą Tradycję*…  Celność tej z pozoru banalnej myśli mi zaimponowała. Zatrzymałam się, by posłuchać jeszcze, ale nagle pojawiły się jakieś trzaski, przejechał z szumem samochód, a schodzić zboczem do środka kościoła nie miałam ochoty. Może nie chciałam się rozczarować rozwinięciem kazania (nieufność do głębokiego humanizmu kleru katolickiego mam wciąż silną). A może właśnie to miałam usłyszeć?

To pewien skrót myślowy: wszystko, co dotyczy wspólnego dobra nas, ludzi albo jeszcze szerzej – planety, Wszechświata, wkładam do worka z napisem Pierwsza Tradycja. Ci, którzy wiedzą o co chodzi, łapią w lot.

środa, 15 lutego 2012

075. reguły i ja

Zasady, przepisy, reguły, prawa, tradycje, normy, zarządzenia, instrukcje, zwyczaje… Już w dzieciństwie uznałam, że nadają się tylko do jednego. Podpalić i opluć. Albo odwrotnie. Wszystkie, które mi akurat nie pasują. Nie przemyślałam wprawdzie, co w przypadku, gdyby któraś czy któreś z nich, w tym momencie wygodne dla mnie, okazały się już kiedyś oplute i spalone. Ale przecież dzieci o tym nie myślą, ludzie z infantylną mentalnością również. Z moim, jakże żałosnym poziomem przekory i buntu (które miejscami przybierały postać śmiertelnie niebezpiecznej, a na pewno szkodliwej dla mnie samowoli), każdy jeden zbiór zasad i praw odbierałam jako zamach na moją… hm, wtedy myślałam, że wolność.
*
Czy normalność polega na tym, że wiem i rozumiem, że te zasady i przepisy są również dla mnie? Dla mojej wygody? Kiedy ich przestrzegam mogę czuć się bezpieczniej, i spokojniej. Jeśli nie przebiegam na czerwonym świetle przez jezdnię, nie jeżdżę bez biletu, nie kradnę w pracy, nie parkuję na zakazie postoju, nie migam się przed skarbówką, nie zdradzam męża, nie kłamię – mam spokój. Nikt mnie nie przyłapie, bo jestem w porządku. Nie muszę rozglądać się na wszystkie strony, kombinować, ukrywać. Odpada ogromny ciężar kontroli siebie i otoczenia (jak ogromny, wie tylko ten, kto to kiedykolwiek robił, a potem przestał i poczuł różnicę). Ale zasady są „dla mnie” również z innego powodu – chronią moje otoczenie przed moim egoizmem i egocentryzmem. Bo smutna prawda jest taka, że czasem tylko strach ratował mnie przed popełnieniem wykroczenia, a moich bliskich przed konsekwencjami mojej samowoli.
*
Wymyśliłam sobie kiedyś (smutny to był pomysł i kosztował mnie – i niestety innych – naprawdę dużo), że jestem wyjątkowa! A zatem reguły i prawa mnie nie dotyczą. W każdym razie nie w takim zakresie jak zwykłych ludzi. Jak mogę bez walki poddać się temu, co zapędza ludzi do kieratu? Przecież ja jestem inna. Może oni to lubią, może muszą, ja – nie! Nie przyszło mi do głowy, że choć z czegoś tam zapewne rezygnują, to jednak korzyści mają dużo większe. I na pewno nie chciałam zobaczyć i przyznać, że koszty mojej niby-wolności są niewspółmiernie wysokie w stosunku do zysków.
Wiem że to banał i bardzo żałuję, że nie chce mi się ubierać tej prostej obserwacji w wyrafinowaną formę. Ci, którzy już to mają i tak wiedzą, o co chodzi. Pozostali i tak nie chwycą, nawet gdybym się wysiliła na olśniewająco głęboką metaforę.

niedziela, 12 lutego 2012

074. zapotrzebowanie na iluzję

Kiedy rok temu po raz kolejny zabrałam się za Przebudzenie de Mello, wszystko mi się w miarę układało (poprzednie próby lektury kończyły się zwykle po jednej stronie – żadna myśl nie była w stanie zaczepić się na idealnie gładkiej powierzchni uśpionego umysłu). Tym razem naprawdę cieszyłam się, że dociera do mnie. I myślałam, że jestem na dobrej drodze. A nawet, że kroczę nią dziarsko i jestem już co najmniej w połowie. Nie byłam! To prawda, ruszyłam z mojego wygodnego, zalatującego stęchlizną błotka, ale to ciągle było przedszkole. Ciągle chciałam tylko poprawy, ulgi, żeby ktoś naprawił mi popsute zabawki. Myślałam, że jestem zaawansowana w procesie przebudzenia, bo zawsze lubię o sobie myśleć, że jestem w czymś lepsza, że się wyróżniam, że ja już to mam! Jednak nawet dziś, po roku nowych działań w tym kierunku, wciąż przebudzona nie jestem.
*
Ale proces ruszył, to się dzieje. Dostrzegam prawa i zależności, których kiedyś widzieć nie chciałam, bo burzyły moje wyobrażenia o świecie. Bo ja przecież miałam własną wizję świata i uparcie się jej trzymałam. Zrobiłabym wszystko (i niekiedy faktycznie robiłam), byle tylko ten mój pokraczny, nieprawdopodobny twór jakoś istniał. Broniłam go, bo przecież ja byłam w środku i nie mogłam pozwolić, żeby zawalił mi się na głowę. Tyle, że im bliżej było mi do realnej rzeczywistości (poznałam ludzi, którzy – do znudzenia niemal – w rzeczywistość mnie wpychali; a ja tym razem nie uciekam, przeciwnie, trzymam się ich pazurami, bo już poczułam czym to pachnie), tym wyraźniejsza stawała się iluzja, tym bardziej mój alternatywny twór rozłaził się w szwach.  
*
Jeszcze nie wiem, dlaczego spada mi zapotrzebowanie na iluzję – być może prawdziwa rzeczywistość nie jest taka zła, a może po prostu nie chcę być już dłużej kretynką, która siedząc w gnojówce upiera się, że to luksusowy basen, trzeba tylko znaleźć kogoś, kto troszkę tu posprząta, puści muzyczkę, przyniesie drinki z palemką. Fascynujące jest dla mnie to, że do tej prawdziwej rzeczywistości strasznie mnie ciągnie. Jestem ciekawa, jak to jest – widzieć świat prawdziwy, widzieć świat, tak jak inni ludzie (bo chyba są ludzie, którzy porzucili swoje iluzje albo nigdy ich nie musieli tworzyć?). A może jest tak, że mój worek z napisem rzeczywistość ma ograniczoną pojemność, i jeśli wkładam tam coś nowego, to to stare musi wypaść, zwłaszcza, jeśli z tym nowym się kłóci?

czwartek, 2 lutego 2012

073. śmierć, takie zwykłe coś

*
Umrzeć – tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.
Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.
*
To mój ulubiony. Ulubienie rozdzierający. Tak coś planować, roztrząsać, tak się skupiać na czymś, czego już dawno nie ma, ale wcale się o tym nie wie. I tylko potem, jak już dotrze, myśleć, jaką się było idiotką. Ale w pewien sposób szczęśliwą, bo myślało się jeszcze, że coś można, że tamto jeszcze istnieje w mojej orbicie.
*
Wyszłam dziś na chwilę z mojego domowego szpitalika i od razu się nadziałam na czarne płachty gazet z wiadomością. Śmierć autorki rzeczy o śmierci to jak film o filmie. Był mi bliski ten sposób widzenia świata. W dzieciństwie niemal obsesyjnie myślałam o tym, że może jesteśmy jak marionetki pociągane za niewidzialne dla nas sznurki i sterowane gdzieś z góry przez innych, większych ludzi bogów. Albo że jesteśmy zawartością telewizora. Że odgrywamy jakiś program czy film. I wcale o tym nie wiemy. I może tak właśnie jest?

sobota, 28 stycznia 2012

072. przesunięcie

Umarła Babcia. Ta niby lepsza, od mieszkania w bloku i książek. (Tamta druga, od dobrych Niemców i złych Ruskich, nie żyje już prawie 15 lat; dziś poszłam sprawdzić na pomniku dokładną datę – chciałam przypomnieć sobie, co wtedy robiłam, dlaczego nie byłam na jej pogrzebie: bo uwikłana w uzależnienie i podwójne życie zajmowałam się wyłącznie sobą, nic poza mną samą dla mnie nie istniało).
Długo chorowała. Na niezrozumiałą dla mnie chorobę, która w moich oczach już kilka lat temu zamieniła ją w rodzaj mebla – chyba tylko w tak niedojrzały sposób umiałam sobie poradzić z tym, że tak bardzo się zmieniła, że to już zupełnie nie ona. Jakby wyfrunęła ze swojego ciała, a to co zostało, to tylko jakieś resztki nieporadnie próbujące naśladować dobrze znane dawniej gesty i czynności. Z mimiką i głosem już nie wychodziło. O komunikatach nie ma co mówić.
*
Pamiętam, jak w początkach choroby wyjeżdżała do sanatorium. Moja Babcia, dawniej sanatoryjna flama, prawdziwa caryca Ciechocinków i Busków, co to z każdego turnusu przywoziła zachwyconego absztyfikanta, który miesiącami zwoził później dary: litry miodu z własnej pasieki, lniane obrusy w sceny łowieckie, pęta kiełbasy z dzika, no i wódeczkę, była przed tym ostatnim wyjazdem zagubiona jak mała dziewczynka. Niepewnie wyciągała z segmentu na wysoki połysk swoje tekstylne skarby, bluzki, sukienki, sweterki, halki, które pamiętałam sprzed dwudziestu lat. Nie umiała ich nawet ułożyć w walizce. 
*
Taką dziewczynką została już do końca. W białej bluzce, szarej sukience i czarnych lakierkach wyglądała jak zasuszona uczennica. Nie bałam się jej (jestem przecież dorosła). Byłam ciekawa (czego się wstydzę). Potem to wszystko, razem z Babcią znalazło się w małej brązowej skrzyneczce.
Nie wiem, czy nie mam uczuć czy też gdzieś je schowałam. A może tak właśnie mam i to jest prawidłowe. Tego samego dnia obejrzałam film, było tam zdanie: czasem rozpaczamy, bo wydaje nam się, że coś straciliśmy, a to tylko zostało przesunięte…

czwartek, 19 stycznia 2012

071. pożytki z pożyteczności

Coś mi dziś odbiło. Wróciłam z Opola przesiąknięta jakimiś rewolucyjnymi nowościami, no i mnie poniosło. Wprawdzie idea pożyteczności fascynuje mnie od jakiegoś już czasu (mniej więcej od wypadku, czyli zdecydowanie fizycznej i bardzo bolesnej prezentacji, kto tu rządzi i kieruje, a właściwie, że tym kimś nie jestem ja; choć chyba trochę wcześniej zaczęło mi świtać w przeżartym egoizmem umyśle, że nie jestem na tym świecie wyłącznie dla własnej przyjemności oraz że ten świat nie istnieje tylko po to, by spełniać moje zachcianki; że powody są inne), ale ostatnio idea ta staje się coraz bardziej klarowna. I coraz bardziej pociągająca. Na tyle, że o niej głośno mówię. Deklaruję. Tuż za tym, że dostałam nadzieję na nowe życie, że Kroki 3 – 9 to konkretne rzeczy do zrobienia, w konkretnym czasie, a nie że w nieskończoność i „daj czas czasowi”, że do końca życia i na co dzień to mam Kroki 10 i 11, i oczywiście Krok 12. Właśnie tu o tym byciu pożytecznym człowiekiem. Ale szerzej, przecież nie tylko w AA.
*
No i słyszę zaraz potem, w następnej wypowiedzi (przecież wiadomo, że na mityngu nie ocenia się i nie komentuje żadnych wypowiedzi), deklarację całkowicie przeciwną. Słyszę człowieka, który mówi, że on właśnie nie zamierza być pożyteczny, że musi teraz dbać tylko o siebie, bo jest najważniejszy, bo jak o siebie nie zadba, to o nikogo, że zdrowy egoizm musi byćŻe zdrowy egoizm!
Słyszę te słowa, z zażenowania nie wiem co zrobić z oczami, przemykam nimi po ścianach. Naprzeciwko mnie krzyż z Chrystusem (jak większość mityngów i ten odbywa się w jakiejś salce przyparafialnej), i choć nie jestem szczególnie religijna nagle przelatuje myśl: a co, gdyby Ten Człowiek wyznawał zdrowy egoizm? 
*
Ale co ja tam wiem? Lepiej szybko zejść na ziemię. Skoro już nagadałam o tej potrzebie bycia pożyteczną, o mojej nowej fascynującej idei, pora przekuć ją w działanie. Po mityngu zaczynam zbierać szklanki, żeby umyć. Osoba, która cierpi na zdrowy egoizm wyrywa swoją szklankę – potrafi przecież zadbać sama o siebie. A ja przypominam sobie siebie sprzed kilku lat. Jakieś wakacje, ja z przyjaciółką i jej kilkuletnim dzieckiem. Pakujemy się na piknik. Ich torba, moja torba. Nie pamiętam dokładnie sceny, tylko jej słowa: jesteś taka akuratna, taka asertywna, tak dbasz o swoje granice i swoją niezależność i samodzielność, byle nie musieć czego dla kogoś zrobić, byle nie musieć się dzielić. No właśnie. Niczego nie potrzebuję. Jestem niezależna. Wy bądźcie tacy sami. I też niczego ode mnie nie oczekujcie.
Nie twierdzę, że tak nagle się przebudziłam duchowo. Może to po prostu prozaiczny lęk przed niedołężnością, zwyczajna zimna kalkulacja? W końcu od tych wakacji minęło z dziesięć lat, zdążyłam doświadczyć czym jest nieporadność, niemożność, bezsilność. I że inni są mi nieodzowni. Mogę wprawdzie w nieskończoność powtarzać moje dziecinne nie potrzebuję, ale… Bóg jednak przywrócił mi już porcję zdrowego rozsądku i wiem, że to nieprawda.

niedziela, 8 stycznia 2012

070. nowy rzeczy porządek

Będąc Wszechmocną Potęgą, zaspokajał nasze potrzeby, pod warunkiem, że pozostawaliśmy w bliskiej z Nim łączności i wypełnialiśmy właściwie nasze obowiązki wobec Niego.
(Anonimowi Alkoholicy, str. 53)
Kiedy czytałam to po raz pierwszy, uważnie, ze zrozumieniem, strasznie się jeżyłam i buntowałam. Znowu jakieś obowiązki? Czyli że co, stworzył mnie po to, żeby mieć robotnika, kukłę jakąś? To ja już nie mam tu nic do powiedzenia? I co, dostanę marchewkę dopiero gdy zrobię co mi każe?! To ja nie potrzebuję! (Tekst „nie potrzebuję” towarzyszy mi od dziecka i jest jednym z największych kłamstw, jakim posługuję się – choć teraz już coraz rzadziej – niemal dla siebie niezauważenie, prawie na co dzień.)
A teraz, zaledwie kilka miesięcy później od tej lektury, ale po odpowiednim nastawieniu i przestawieniu (nie będę udawać, że stało się to „samo z siebie”, zrobił to pewien człowiek, któremu ufam, wcale nie bezinwazyjnie, raczej metodą kręgarza nastawiającego pogięty kręgosłup) myślę – a skąd pomysł, że jestem na tym świecie za darmo? Skąd pomysł, że jestem tylko dla siebie, najważniejsza i to cały świat ma mi się podporządkować. Bo ja jestem. Bo JA jestem! Nie wspomnę, ile w tym pychy (nie ma potrzeby komentować), ale… jaka byłam (ciągle jestem, a tych miejsc do zmiany, do nastawienie pokrzywionych kosteczek jest jeszcze mnóstwo) w tym podejściu śmieszna. Tragicznie śmieszna. Przecież prowadziło mnie to do ruiny, a na pewno do pogłębiającej się frustracji. Bo jak tu być zadowoloną, spełnioną, szczęśliwą, gdy okoliczności wcale nie układają się według reguł – moich reguł. Reguł, które uznałam za najświętsze, za pierwotne i wcale nie miałam zamiaru im się przyjrzeć, przewietrzyć, może podważyć. Jasne, było mi z tym wygodnie – litować się nad sobą, wierzgać i kopać, że Los/Bóg/Opatrzność tak niesprawiedliwie ze mną postępuje. Miałam realne korzyści. I ciągle jeszcze mam – z całą masą innych przekonań, które służą utrzymywaniu mnie w złudnym poczuciu bycia pępkiem świata.
*
Przez całe życie byłam dzieckiem. Bycie wszystkim, centrum, jest dla dziecięctwa stanem normalnym. W moim życiu nie było naturalnego etapu dorastania, wychodzenia z tego mitu. Nikt mnie nie nauczył, nie pokazał – nie było czasu i możliwości. Ale teraz, zamiast grać bezbronną ofiarę niedojrzałych rodziców i niesprzyjających okoliczności, mogę i muszę wreszcie sama się tym zająć. Wyjść z emocjonalnego niemowlęctwa. Jestem dorosłą kobietą. Mam rozum, i to całkiem sprawny (choć jeszcze nie całkiem zdrowy). Mam też wolę, którą wiem, że mogę ustawić w korzystnym dla mojego rozwoju kierunku. Nie mam już za to wytłumaczenia dla mojej bierności i dla pozostawania w stanie nieświadomego rozkosznego gaworzenia. Bo świadomość też już mam.