wtorek, 5 czerwca 2012

078. bezpowrotnie utracona niewrażliwość

Podobno – tak piszą w podstawowej literaturze AA, czyli 12×12 (czyli książce Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji) – jeśli jeden alkoholik opowie drugiemu o istocie choroby alkoholowej, to ten drugi, choćby bardzo się starał zapomnieć albo minimalizować, a może dyskredytować te opowieści, nigdy już nie będzie miał przyjemności z picia. Bezpowrotnie zostaje mu bowiem odebrany komfort używania alkoholu. Rzecz identyczna spotkała mnie (i nie tylko mnie, bo już zdążyłam tu i ówdzie o tym usłyszeć) po zrobieniu Kroków Czwartego i Piątego. W sposób raptowny i dotkliwy został mi odebrany komfort używania wad charakteru. Niestety, już nie dla mnie wynaturzone reakcje, manipulacje, nieuczciwość i reszta zachowań, którym przyjrzałam się dokładnie chwilę wcześniej. Mój system wczesnego ostrzegania przed niewygodą sumienia został nastrojony, a wręcz podkręcony na wysoką częstotliwość i nie ma szans na oszustwo, mydlenie oczu i ślizganie się po powierzchni: racjonalizowanie, umniejszanie, relatywizowanie. Niewrażliwość została stracona bezpowrotnie…
*
Jadę sobie kilka dni temu moim małym samochodzikiem, przede mną z zatoczki zaraz będzie się gramolił autobus, sygnalizuję więc zamiar zmiany pasa, żebym nie musiała zwalniać czy się zatrzymywać. Czasu i miejsca jest wystarczająco sporo, by się nie napinać. Tymczasem kierowca z tyłu, z pasa, na który chcę wjechać, natychmiast po moim znaku zaczyna przyspieszać – nie chce mnie dziad wpuścić! Więc używam mojej wady charakteru, a raczej wypuszczam ją na świat, oddaje jej ster i – już wspólnie – wymuszamy na nim to miejsce. Bo co? Mnie nie wpuści?! Oczywiście trąbi (jakbym miała inny samochód, nie taki mały i śmieszny, na przykład mój poprzedni, to by tak bardzo nie trąbił – jestem przekonana, ale sensowności tego przekonania wolałabym teraz nie udowadniać). A gdy dojeżdżamy do świateł, staje na pasie obok i trąbi znowu. Ostentacyjnie nie patrzę na tego trąbiącego furiata. Włączam radio i udaję, że nie wiem, o co chodzi. Tylko… że cały dzień mam potem zmarnowany. Widzę, co dokładnie zrobiłam i że było to zupełnie bez sensu. Wciskanie się na siłę, ale też ignorowanie jego złości. Brak mojej reakcji (wystarczyło przeprosić, ale jeszcze wtedy moja wada trzymała mnie na smyczy). Czuję się z tym strasznie. Wstydzę się! Facet pewnie już nie pamięta o jakiejś kretynce w głupim samochodziku, ale ja męczę się okropnie. I po co mi to było?
*
W taki oto sposób przekonuję się, że używanie wad, wszystkie moje głupie zachowania, po prostu mi się nie opłacają. Koszt jest zbyt duży. I nie chodzi tu wcale o wielkie słowa i dążenie do świętości. To kwestia zwykłej ekonomii. I tyle.

1 komentarz:

  1. Ależ oczywiście! Trzeźwienie to biznes - musi się opłacać. Choć jest to często inwestycja długoterminowa... :-)

    OdpowiedzUsuń