środa, 27 marca 2013

093. podręcznik nie do wienia


Usłyszałam niedawno: tak, przeczytałam kawałek, ale ja to wszystko wiem. Hm… No, tak, w końcu to w większości zapewne mało odkrywcze prawdy. Tyle że to nie są prawdy do „wienia”. Ja też wiem, znam mnóstwo mądrych zasad. Potrafię o nich mówić, potrafię je nawet zacytować. Co z tego, skoro nigdy nie zastosowałam ich we własnym życiu? Wystarczyło mi, że wiem.
Zaczynam podejrzewać, że do dobrego, mądrego, satysfakcjonującego i pożytecznego życia nie są potrzebne te wszystkie księgi mądrych przysłów pełne, ani nawet najlepsze amerykańskie poradniki. Że wystarczyłby cieniutki podręcznik albo choćby zwykły spis. Kilkanaście regułek. Sto procent skuteczności. Pod warunkiem stuprocentowego stosowania. No dobrze, ale wracając do rzeczywistości, każdy może sobie przecież z tymi podręcznikami i poradami robić co chce. Ostatnio przyswajam jedną z tych – jak sądzę kilkunastu najważniejszych – zasad: nie walczyć z nikim i o nic. Choć dawanie prawa do błędu (umówmy się, że to metafora, bo jaką niby mam władzę, by jakichkolwiek praw udzielać lub je odbierać?) nie jest łatwe i czasem boli. Zwłaszcza gdy widzisz, że ktoś w zaparte zbliża się do krawędzi, przy której ty już byłeś i cudem ocalałeś.

poniedziałek, 25 marca 2013

092. miejsce dla ciebie

Trzecia Tradycja AA mówi o przynależności i wykluczaniu. Jej „cywilnym” przełożeniem mogą być słowa: traktuj innych tak, jak sam chcesz być traktowany.

Jedynym warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia. W wersji rozszerzonej: Nasza wspólnota powinna obejmować wszystkich, którzy cierpią z powodu alkoholizmu. Toteż nie mamy prawa odrzucić nikogo, kto pragnie zdrowieć. Przynależność do AA nigdy nie powinna być uzależniona od posłuszeństwa czy pieniędzy. Nawet dwóch czy trzech alkoholików spotykających się w celu utrzymania trzeźwości może określić się jako grupa AA, pod warunkiem, że jako grupa nie mają żadnych innych celów ani powiązań.

*

Słowa: Toteż nie mamy prawa odrzucić nikogo, kto pragnie zdrowieć – choć nie słyszałam ich tak od razu, ale czułam w postawie pierwszych grup AA, do których trafiłam – miały dla mnie kolosalne znaczenie. Przez całe moje życie bałam się, że zostanę wyrzucona, wyproszona, nie wpuszczona, wykluczona. Że ktoś wreszcie odkryje, że ja nie mam prawa tu być (o jakiekolwiek „tu” chodziło). Pamiętam przecież te bolesne wyproszenia z kilku miejsc, publicznych i prywatnych. Dlatego, że pod wpływem alkoholu zachowywałam się skandalicznie. Dlatego, że pod wpływem alkoholizmu (a dokładnie moich wad i nieumiejętności) podejmowałam błędne decyzje i żyłam w sposób nieakceptowany przez tych, którzy nie chcieli kogoś takiego jak ja gościć pod swoim dachem. W tym pierwszym momencie wstąpienia do AA nie myślałam jeszcze o poczuciu przynależności, nie widziałam tego jasno, za bardzo się bałam i wstydziłam. Ale przecież wkrótce to poczułam: że, po pierwsze, jestem tu, w grupie chciana, po drugie, że bardzo tego zaproszenia do ludzi potrzebuję. Nawet jeśli jednocześnie jakaś cześć mnie broniła się przed orzeczeniem-diagnozą: alkoholiczka! I próbowała wszystko popsuć, szukając różnic, minusów i haczyków.
Warunkiem jest pragnienie zaprzestania picia. Wielu alkoholików z długim stażem trzeźwienia przyznaje się, że przychodząc do AA wcale nie mieli zamiaru skończyć z piciem. Jedni sądzili, że nauczą się pić bez konsekwencji, inni przychodzili wyłącznie z powodów „zewnętrznych”: na polecenie sądu albo pod groźbą zbyt poważnych dla nich sankcji i o chęci zaprzestania czy choćby zmiany modelu picia nie było w ogóle mowy. Czy ja to pragnienie miałam? Niekoniecznie. Miałam za to ogromne pragnienie, żeby już nie bolało. Zrobiłabym wszystko, żeby nie cierpieć. Mogłam nawet przestać pić. Ponieważ nie przyjmowałam do wiadomości, że jestem alkoholiczką, odstawienie alkoholu uznałam za dowód, że nią nie jestem… Dopiero wiele miesięcy później, może nawet liczonych w lata, poczułam, że ja naprawdę bardzo nie chcę pić. W czasach, kiedy pojawiłam się w AA, na porządku dziennym były pytania do nowoprzybyłych: czy masz problem z alkoholem i czy chcesz przestać pić? Chciałam na nie odpowiedzieć jak najszybciej, jak najciszej. To znaczy – wcale nie chciałam odpowiadać. Wykalkulowałam, jaka jest oczekiwana odpowiedź i jej udzieliłam. Wiem, że dzisiaj też na wielu mityngach „przyjmuje się do AA”. Że ktoś – może zupełnie bezmyślnie – uzurpuje sobie prawo do dysponowania czyimś życiem. Tym bardziej, że chwilę później wspomina, że jego odpowiedź na te pytania była podobna do mojej, czyli zupełnie nieświadoma, a często świadomie fałszywa.

*

Nie mamy prawa odrzucić nikogo, kto pragnie zdrowieć. Może się więc pojawić pytanie: Ale skąd mamy wiedzieć, że pragnie? Odpowiedź jest moim zdaniem jedna – „nam” ta wiedza nie jest do niczego potrzebna, bo nie „my” decydujemy o czyjejś przynależności do AA, tak jak i inni nie decydują o naszej. Konsekwencją takiego spojrzenia jest kolejny wniosek: każdy „ma prawo” do swojego zdrowienia i faktycznie może robić co chce, z wyjątkiem godzenia w nasze wspólne dobro (o czym mówi Tradycja Pierwsza). Moje pomysły na zdrowienie mogę zachować dla siebie i może tych, którzy będą nimi zainteresowani i zapytają, ale na nic zda się przykładanie mojej miary zdrowienia do kogokolwiek. Nie mogę stosować nacisku – to oczywiste. Mniej oczywiste jest, że lepiej dla mnie, bym nie próbowała przykładać tej miary nawet w myślach, czyli żeby mi nie przyszło do głowy, że mój model trzeźwienia (o ile coś takiego w ogóle mam) jest uniwersalny i przydatny dla każdego (w wersji jeszcze bardziej szkodliwej: że powinien być obowiązujący). Bo stąd tylko krok do rozłamu, podziałów na lepszych i gorszych, mądrzejszych i głupszych, lepiej i gorzej trzeźwiejących. Wbrew pozorom te podziały nie szkodzą najbardziej osobom, których wrzucę do worka z napisem „inni”. One najbardziej zaszkodzą mi samej. Zaszkodzą mojej duchowości, bo ja nade wszystko potrzebuję poczucia wspólnoty z innymi, a rozłamy wspólnotę niszczą.
Nie mamy prawa odrzucić nikogo Nie mamy zatem prawa ferować wyroków. Mityng AA nie jest castingiem na „Przyjaciół”, nie jest spotkaniem towarzyskiego klubu, choć czasem w przerwach tak się zachowujemy. Gdzie zatem jest granica „przyjęcia” alkoholika do naszego grona? Czy słowa z 12x12, czytane każdemu nowoprzybyłemu: nic a nic nie obawiamy się ciebie, bez względu na twoje dewiacje… faktycznie czytane są szczerze? Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie i wiem, że każdy musi na nie odpowiedzieć sobie sam, dla siebie, dla wyznaczenia własnych standardów.

*

Jeśli potraktuję Trzecią Tradycję jako wskazówkę przydatną w życiu poza AA, to mogę odczytać ją w następujący sposób: każdy ma prawo być na tym świecie! Każdy! Ale o ile mam obowiązek (bo sama się przed sobą zobowiązałam) i przekonanie, że należy szanować bezdomnych i nawet przykrych, awanturujących się sąsiadów wyłącznie z racji tego, że są – tak samo jak ja – ludźmi, o tyle zapraszać ich do domu i przyjaźnić się z nimi już nie muszę. I wyłącznie od mojego poziomu rozwoju duchowego zależy, co, jaka postawa wobec tych ludzi znajdzie się pomiędzy tymi skrajnościami. Każdy ma prawo być w AA, jeśli tylko tak zadecyduje, nie każdego muszę lubić i chodzić z nim po mityngu na kawę.