niedziela, 4 grudnia 2011

069. chcę być psem

Pamiętam jedną taką rozmowę, na pewno nie pierwszą z gatunku, ale pierwszą dokładnie zapamiętaną. Może dlatego, że z kimś wtedy ważnym? Albo że w takim momencie życia? Bo zaraz na początku niepicia, gdy tyle nowych istotnych rzeczy dobijało się do świadomości, było tam wciskane na siłę.
Wtedy to pragnienie wyraziło się w zazdrości wobec operatora porzuconej na nocny odpoczynek koparki. Ten ktoś powiedział: chciałbym tak jak ten gość, robić swoją nudną robotę i nie zastanawiać się nad sensem świata (choć przecież nie miał pojęcia, co ten gość ma w głowie i sercu).
*
Moja tęsknota za brakiem świadomości, niewiedzą, niemyśleniem jest taka śmieszna. Taka bez sensu, taka niemożliwa. Rozczulająca. Jestem przecież starsza i mądrzejsza, a mimo to się pieszczę jak dziecko:
ja: boję się
a: teraz?
ja: zawsze
a: czego?
ja: mówić kocham
i kochać
a: wiem
nawet piosenkę piękną napisałaś
masz coś ważnego w zamian
…świadomość siebie i wolę poznawania siebie i zmiany
ja: wolałabym się nie bać, kochać i nie mieć świadomości
a: jak pies
ja: tak, jak pies!!!
a: ale był grzech pierworodny i nie ma powrotu do psięcości

sobota, 3 grudnia 2011

068. człowiek w zagrożeniu

Od kilku dni budzę się rano przerażona. Słowo „przygnębienie” już dawno straciło aktualność. Jeszcze z zamkniętymi oczyma wymacuję ręką rzeczywistość. I zastanawiam się: dlaczego właściwie jest mi tak podle. I czego tak się boję. W ciągu godziny, dwóch udaje mi się jakoś stanąć na nogi, choć panika i bezradność rzucają się na mnie jeszcze kilkakrotnie w ciągu dnia. Między atakami działam, zmuszam się do tego, może dlatego całkiem nie wariuję (tym razem to nie metafora), choć wolę nie myśleć, że taka choroba jest w zasięgu ręki (kto bierze pod uwagę, że rak płuc przydarzy się właśnie jemu, przecież palą miliony?).

*
Czytam Wielką Księgę (napisaną w 1939 roku przez współzałożyciela AA Billa Wilsona książkę o zdrowieniu z alkoholizmu; jej tytuł – Anonimowi Alkoholicy – posłużył za nazwę całego ruchu) i nie mogę się nadziwić, że opis totalnego bankructwa na każdym, ale najbardziej na duchowym i emocjonalnym poziomie, człowieka w czasie największego alkoholicznego kryzysu (tuż przed końcem picia – bo musi już przestać, inaczej umrze, zwariuje albo stoczy się na dno den – i tuż po zaprzestaniu) tak dokładnie pasuje do mojego stanu. Mojego stanu po ponad 12 latach od ostatniego kieliszka.

*
Rano pragnienie ulgi jest przepotężne. Nie żeby wycinający z rzeczywistości płyn, nie, dla mnie to już  za mało (na szczęście; podobnie myślę o innych odcinających czucie i myślenie substancjach i czynnościach). Ale żeby tak wdrapać się komuś na kolana, Tatusiowi jakiemuś, Bogu Staremu, którego tak właśnie kiedyś sobie wyobrażałam i traktowałam, wtulić się i zniknąć w bezpiecznych rodzicielskich ramionach, na jakiś czas się rozpłynąć… To też szybko mija – już wiem, że tymczasowa ulga nic nie zmieni. Może dlatego nie trwonię czasu i sił na poszukiwanie tanich rozwiązań. Tylko co teraz?
No więc czytam tę Wielką Księgę i co jakiś czas trafiam na zdanie, które daje mi nadzieję. I to wystarczy. Bo tam jest o tym wszystkim, co ja teraz czuję. I jak z tego wyjść. A ja muszę, bo inaczej… bo inaczej to wszytko nie ma sensu.

wtorek, 15 listopada 2011

067. jeszcze nie wiem, co się stało

Jeszcze nie wiem. Nawet faktów wszystkich nie ogarniam. To wiem, powiedzieli mi, że tak się zdarza, że nie jestem wyjątkowa. Ale mi przecież zdarzyło się pierwszy raz. Niech się pani cieszy, mogło być gorzej, mówią. A ja się nie cieszę, jeszcze nie czuję. Nie dotarło do mnie. Że żyję. Tamci żyją. Jest dobrze.

*
Tylu ludzi okazało mi dzisiaj pomoc, wsparcie, nawet obcy jacyś na tej ulicy, a co dopiero ci bliscy, co zostawili swoje sprawy i przyjechali. Tak chyba się robi, ja pewnie też… ale dziś widzę tylko, że oni, dla mnie.

*
Jeszcze nie wiem, po co to było. Może po nic, ale ja, po swojemu, doszukuję się sensu. Więcej pokory? Więcej wdzięczności? Mały prztyczek, tylko guz niewielki – niech się pani cieszy, mogło być… – żeby się ocknąć? Jeszcze nie wiem.

poniedziałek, 31 października 2011

066. wytarte słowo

Przyjaźń to chyba najbardziej nadużywane we Wspólnocie AA słowo. No bo przychodzi ktoś pierwszy raz i słyszy: witamy nowego przyjaciela. Każdy tu jest przyjacielem. I jak ktoś świeży się tak tego nasłucha, to… no, ja bym czemuś takiemu za grosz nie wierzyła. Tym bardziej, że trafiają do wspólnoty ludzie całkiem z wyższych uczuć (do których przyjaźń wszak należy) odarci, nie tylko dlatego, że przepili już wszystko, nawet większą część duszy; nie, tacy chyba coraz rzadziej trafiają prosto na mityng, wcześniej są jakieś inne „ostatnie deski ratunku”, państwowe odwykówki, szpitale, coś, co łapie takiego beznadziejnego pijaka za całkowite wycieńczenie organizmu, cukrzycę, co się kończy ucięciem nogi, rozwalone serce, nerki, wątrobę, trzustkę, za padaczkę, bezdomność. Bo przecież ci na ostatnich nogach na specjalną terapię sami nie pójdą. Przychodzą inni, co nie potracili wszystkiego, co udają, że się nie boją, że są górą. Tacy jeszcze myślący, że dużo mogą, że ciągle kontrolują, że oni to wiedzą, jak wygląda prawdziwe życie i na czym polega, i że nikt im takich głodnych kawałków o czymkolwiek bezinteresownym wstawiać nie będzie. I takiemu, gdy zarzucisz go od razu tą bezkresną przyjaźnią, natychmiast zapali się ostrzegawcze światełko, że to jakieś grube oszustwo albo sekta, albo banda świrów.

*
Gdy na mityngu pojawia się temat przyjaźni, to zwykle jakoś tak banalnie, tendencyjnie, że tylu miałem przyjaciół do kieliszka, jak stawiałem, byłem kimś, a bez kasy, to nawet pies z kulawą nogą, takie nasze nobody knows you when you’re down and out. Ale można pójść dalej, głębiej, przyjrzeć się własnym przekonaniom. No, bo kto to taki, ten przyjaciel? Czy musi spełnić jakieś horrendalne warunki, by mógł się szczycić tym mianem? Bo wiadomo, że to on musi zasłużyć. Tak słyszę. I sama myślę, kto zdołałby się na moje warunki załapać i jakie te warunki właściwie są? Wyłapuję coś najważniejszego, co kiedyś zawsze narażało mnie na ogromne rozczarowanie i porażkę. Bo według mnie – dawno temu – przyjaciel musiał być tylko mój, wyłączny musiał być. Należeć do mnie, po prostu. Takie niedojrzałe pojmowanie, przez długie lata nieweryfikowane. Wybaczalne, gdy jest się dzieckiem, później wywołujące niedowierzanie, politowanie i chęć ucieczki. Z czasem minęło. Przyjaźń dopuszcza innych. Przyjaźń potrzebuje oddechu, nie trzyma na sznurku. Mogę pół roku nie mieć kontaktu, gdy tak życie się ułoży, a potem jeden telefon i ten czas bez siebie jakby nie istniał, jakbyśmy rozmawiali wczoraj.

*
A wymagania? Że musi być lojalny, wierny, zawsze pomóc, zawsze być. Nigdy, przenigdy nie odwrócić się ode mnie, nie odebrać swoich uczuć. (To słyszę na mityngu, to – być może – myślę nawet sama). Jakie to niedojrzałe, ile w tym alkoholicznym pojmowaniu świata egoizmu i egocentryzmu, infantylnych oczekiwań, życiowej filozofii Kalego… Bo co, jeśli przyjaciel ma sprawy ważniejsze, naprawdę ważniejsze, albo zwyczajnie nie umie unieść moich? Przecież to nie relacja jednostronna, nie jestem tylko biorcą, na bycie jamochłonem jestem już zbyt dojrzała. Wystarczy mi więc tylko odwrócić ramię mikroskopu i wziąć pod lupę siebie. Przystawić do mnie samej te wszystkie wymagania – przecież dla mojego przyjaciela ja też mam być przyjaciółką. Jakoś te roszczenia topnieją i nagle chciałabym być potraktowana zwyczajnie, po ludzku. 

poniedziałek, 12 września 2011

065. głód piękna


Obudziłam się dziś – późno niemiłosiernie – z ogromną potrzebą piękna. Monumentalnego, wszechogarniającego, jednoznacznego. Po prostu musiałam popatrzeć na piękne rzeczy. Mój dom się nie nadaje na taki rodzaj patrzenia, nie dziś, zwłaszcza po ostatnim braku sprzątania i zadbania. Ja pragnę pałacu! Park może być. Jakiś duży park z kasztanami już lecącymi z drzew. Sztuka jakaś. Muzeum. Ale dom nie. Spróbowałam z albumami, lecz oglądanie pięknych zdjęć tylko pogłębiło to ssanie wewnątrz. Potrzebny mi żywy krajobraz i żywy człowiek do tego.
*
Było Frascati, były kasztany, i kawa, i człowiek. I choć bez pałaców, muzeów i sztuki, to jednak bardzo treściwie. Nakarmiona. Dobrze czasem oderwać się od siebie, zwłaszcza gdy nie potrafię dokopać się w sobie tego piękna. Podobno ono jest. W każdym. Szczerze w to wierzę, tylko nie zawsze potrafię zobaczyć.

czwartek, 8 września 2011

064. moje słodkie dno

Coś się dzieje, a ty nie wiesz dlaczego. Chcesz czegoś, a wychodzi zupełnie inaczej. Najpierw się złościsz, potem próbujesz różnych sztuczek, żeby jednak było po twojemu, na koniec wpadasz w rozpacz, bo nie jest. Zwykle to trwa bardzo długo. Rozwija się latami. Czasem odległość od początku do końca znacząco się skraca. Wszystko zależy od tego, jak bardzo ci po drodze z rzeczywistością. Jak bardzo chcesz i umiesz ją zobaczyć, i się na nią zgodzić.
Najgorszy (niby) jest upadek, ten moment, kiedy już wiesz, że z twoich wysiłków nic nie będzie, że to wszystko na nic – och, tak leciutko, prawie że elegancko, przy dobrym swingu i pysznej kawce z pianką, piszę o stanie, w którym gówno podchodzi ci pod nos i wlewa się do środka, bo w końcu musisz przecież zaczerpnąć powietrza. I ten potworny strach – co będzie, gdy… O stanie największego upodlenia, dna i syfu, kiedy myślisz, że można już tylko umrzeć. Ale jeśli w nim byłeś choć raz, dobrze wiesz, o jaki stan chodzi.
Napisałam „niby”. Bo? To moment i miejsce najgorsze z możliwych w tym czasie dla ciebie. Ale jeśli tylko zdołasz się odbić od dna (co tak naprawdę wymaga tylko, i aż, jednego – stwierdzenia, że już dłużej tak nie chcesz) nie tylko dno się skończy, ale ty poszybujesz wysoko. Bo po wypluciu gówna z ust wszystko staje się niewiarygodnie świeże.
*
Takich stanów miałam w życiu kilka. Nie wszystkie na jeden temat. Nie wszystkie przeżywałam z jednakowym natężeniem. Nie wszystkie były tego warte. Ostatni mi pokazał, że chyba umiem z nimi żyć. I, wiem, zabrzmi wariacko, że są moim błogosławieństwem. Gdyby nie one nie odbiłabym się, nie zaczęłabym żyć, tak naprawdę.
Leżę więc sobie, myślę, że jestem największą kretynką na świecie, że sama to wszystko sobie zorganizowałam, w środku jestem czarniejsza niż ta noc, boli potwornie, że moje pragnienia, a może tylko chcenia nic nie znaczą, nic z nich nie będzie, a moje starania są śmieszne i głupie. Zalewam się łzami i… błagam Boga, żeby mnie uratował, żeby coś z tym zrobił, bo ja już nie wiem, nie mogę, nie umiem, nie dam rady. Poddaję się.
Mija bezsenna noc, mija zamglony ponury poranek i dzień, i noc kolejna. Budzę się znowu i czuję, że to wszystko odeszło, że już nie chcę tych chceń, że mam spokój i ciszę w środku. Już wiem, że to nie koniec świata, bo takich końców świata przeżyłam przecież parę. Wiem jeszcze jedno, właśnie to odkryłam, a może tylko sobie przypomniałam: po stracie zostaje wspaniała przestrzeń, miejsce do wypełnienia (niektórzy nazywają je pustką, ale to tylko prowadzi do użalania się) i ogromna porcja energii (pozostałość po staraniach, uganianiu się za…) i to jest wielka szansa, której nie mam zamiaru przepuścić.

wtorek, 2 sierpnia 2011

063. nie puszczę cię aż do śmierci


O wewnętrznym spokoju. Jest, gdy żadne żrące oczekiwanie nie drażni trującym oparem śluzówki wyściełającej moje ego. Gdy bezpańskie, lecz uzurpujące sobie wiele, przekonania nie przekonają mnie, że jestem szafarzem racji. Że ona istnieje. Spokój (idealny) jest wtedy, gdy puszczam wszystko i wszystkich wolno. Gdy nic mnie nie wiąże. Jak to, nic? A przyjaźń, a miłość?
To nie miłość ma moc spajanie i stapiania w jedno. Nawet ta największa i najprawdziwsza (jeśli istnieje, jeśli jest możliwa). Tylko poczucie krzywdy. Jeśli kogoś prawdziwie, szczerze kocham, kocham go w wolności: daję mu wolność, pozwalam być sobą, pozwalam mu odejść nawet. I nic nie boli. Niczego nie chcę. Wszystko przyjmuję. Idę dalej. Żyję dalej. Ale jeśli ciągle coś uwiera, jeśli mam absurdalne poczucie krzywdy, bo… ktoś mnie po prostu nie kocha? Nie uwolnię się od niego, od jego cienia. I jego nie puszczę. Będziemy sczepieni niewidzialnie i nierozerwalnie. Dopóki nie pojawi się wybaczenie. Wszystkich nieistniejących w świadomości, niepodlegających racjonalnym ocenom uchybień i przewin. Potem będzie już dobrze.

czwartek, 21 lipca 2011

062. przewrażliwość


Jest w Sublokatorce Hanny Krall fragment, opowiedziany jej przez Kieślowskiego, o jego, hm… spotkaniu z zakonnikiem, który nie zdążył na pociąg. Fragment niespodziewanie mnie druzgocący (niespodziewanie? Czytam Krall i się nie spodziewam? Biedactwo…), w samym środku dnia, w samym środku pociągowego przedziału. Tak nie można.
Reżyser stał w wagonie, a peronem biegł zdyszany zakonnik, w brązowym habicie i w chwili gdy dopadł pociągu, zatrzasnęły się przed nim drzwi. Pociąg nie ruszał, więc jeszcze przez parę sekund patrzyli na siebie i Mój Reżyser widział bladą twarz zakonnika, który bezradnie dotykał drzwi rękami. To wszystko. Nic się specjalnie nie działo – jakiś zakonnik nie zdążył na pociąg, ale w Reżyserze, który patrzył na niego, obudził się ból tak straszny, że kiedykolwiek później chciał określić inne, zbliżone uczucie – żalu, litości, nie wiadomo nawet, jak to nazwać – musiał już zawsze odwoływać się do tamtego strasznego bólu, który czuł patrząc na twarz zakonnika za oknem.
Nie mogę dłużej patrzeć na tę scenę, nie pozwalam sobie wejść w głowę zakonnika, głębiej, pod jego zdumienie, pod ledwie rodzący się zawód, bo przecież był tuż, tuż, i że ten pociąg jeszcze, i on jeszcze mógł. Nie mogę, boję się, że tego nie udźwignę. I wcale nie chodzi o przypadkową widownię z mojego przedziału pociągu relacji Warszawa – Kraków. Nie tak bardzo chodzi. Boję się poczuć jego ból. Bo potrafię. Potrafię nieprawdziwie (co jest o wiele gorsze), bo mój ból może być dużo większy, niż jego. Bo może on – w tym prawdziwym świecie – umiał poradzić sobie z tą niesprawiedliwością. Ja nie umiem. Z dokonaną na mnie bym sobie poradziła (jakoś, w końcu, chyba) – nauczona tak czy inaczej. Na nim – nie potrafię.
*
Wiem, trudno zrozumieć to komuś, komu nie rozdziera się w środku wyjąca otchłań na widok starych ludzi, którzy coś jeszcze próbują, pracować, dźwigać, chodzić, być; albo kogoś, kto tęskni bezgłośnie i marnieje; albo takiego, co nagle poczuł całą swoją bezsilność i nie wie, co dalej, bo sobie nie umie wyobrazić, bo zawsze coś mógł, myślał, że może. Próbowałam kiedyś dotrzeć, na zimno, na rozum rozsądny i logiczny, skąd taki ból (strach, że kiedyś sama będę tak nieporadnie próbować jeszcze czepiać się życia? że będę tak tęsknić? że taka bezradność?), ale odpowiedzi zadowalającej nie mam. Ten ból, który przecież zdarza się innym, u mnie jest tylko cieniem, odbiciem, to nie jest po prostu empatia, nie zwykłe ludzkie współczucie. To jakaś okropna nadwrażliwość. Przewrażliwość jedna! No bo czy taki ból patrzenia ma jakiś sens? Czy ma jakiś cel, do tego? Pisał kiedyś Kofta: oby nam dane było najwięcej, otwarte oczy i czułe serce i jeszcze: jest frasobliwa radość istnienia, kto nie przeżywa świata nie zmienia ale czy to jest odpowiedź? Znieczulanie – chemią albo cynizmem – jest za mało skuteczne, bo tego widzenia nie da się wyłączyć raz na zawsze, jest silniejsze, jest naturą. Można jeszcze zostać poetą, choć to mała pociecha.

czwartek, 30 czerwca 2011

061. list pożegnalny

Zauważyłam w statystykach mojego bloga, że sporo ludzi trafia tu szukając… szablonu czy wzoru pożegnalnego listu do alkoholu. Ja wiem, że my ludzie, a tym bardziej my – alkoholicy, jesteśmy leniwi do szpiku kości, ale jaki sens ma odpisywanie tej pracy domowej? Spojrzałam do statystyk właśnie dziś, po rozmowie z moją sponsorką, która, tak, właśnie dziś, zadała mi taki list. Przecież mogę go „zgapić”. Nie będzie nawet kradzieży dóbr intelektualnych, bo to moje własne dobro (choć nie jestem pewna, czy tamta ja, sprzed niemal 12 lat, to ciągle ja), ale ten pomysł wydaje mi się idiotyczny. Ja przede wszystkim jestem ciekawa, co dziś mam mu do powiedzenia na do widzenia.  Mu – znowu personifikacja. Ale obędzie się tym razem bez tanich chwytów i efekciarstwa, bez emocjonalnej epilepsji.

piątek, 10 czerwca 2011

060. małe kłamstewka


Zbierają się latami. Odkładają, rosną w sterty i hałdy. Nie tykane, nie wietrzone, niezauważane  – przecież są takie małe, takie niewinne… Kłamstwo lub podłość wielkiego kalibru strasznie uwiera, choćby tylko dla własnego komfortu i spokoju trzeba się z nim rozprawić. Ale małe niewinne kłamstewka? Nawet nie kłamstewka przecież, ot, przemilczenia, małe przebarwienia rzeczywistości, niezrozumienie tematu…

*

Nie wynikały z celowego ordynarnego mijania się z prawdą, z chęci zatajenia czegoś. Nie, były jedynie systematycznym, metodycznym wręcz przetrącaniem definicji, myleniem pojęć. Przy okazji niezwykle skutecznym, misternie zawoalowanym mechanizmem obronnym. Czy umyślnym? Na poziomie świadomości nie miałam takiej intencji. Ja – ta codzienna, zdrowiejąca, mocno stąpająca po gruncie teraźniejszości (albo choć próbująca się do tej wizji zbliżyć) – nie wiedziałam, bo nie chciałam wiedzieć, że to robię. Wolałam się za bardzo nie wgłębiać w pojęcia, które nagle zaczęły mnie dotyczyć. Stworzyłam własne ich definicje (oparte na stereotypach, wykoślawionych, niesprawdzonych informacjach, plotkach, braku wiedzy, czyli po prostu ignorancji) – bezpieczne dla mnie zakłamanej i dla mojej choroby zakłamania – i przez lata ich się trzymałam. „Trzymałam się” to mało precyzyjny opis. Ja do nich w ogóle nie zaglądałam, nie wietrzyłam przekonań, nie weryfikowałam. Bo i po co? Żeby odkryć coś dla mnie niewygodnego? Coś, co może zacząć uwierać moją dobrze odżywioną tożsamość świetnie trzeźwiejącej alkoholiczki (jeśli już musiałam mieć przylepione do siebie słowo „alkoholiczka”, to tylko osłodzone jakimś wzorowym epitetem).Sporo przekonań na temat mojego picia odkłamałam dosyć szybko, w pierwszych tygodniach i miesiącach niepicia. Ale kilka czekało na sprostowanie wiele lat.

*

Pierwsze małe kłamstewko. Nie wynosiłam z domu. Wynoszenie z domu łączyło się dla mnie z następującym obrazkiem: sprzęt grający, biżuteria zastawione w lombardzie, książki oddane do antykwariatu, cenne przedmioty wysprzedawane po to, by mieć pieniądze na alkohol. To oczywiste, że nie mogę się z tym identyfikować. Koniec, kropka! Ale nie przyszło mi do głowy, że kupowanie sobie drinków za jedyne dostępne pieniądze – które zarabiał mój mąż – jest… tak, właśnie tym. Pomniejszaniem domowego budżetu. Czyli okradaniem najbliższych. A moje pierwsze zarobione pieniądze? Uznałam, że są moje właśnie i mogę z nimi robić co chcę. Mogę je przepić. Tych nie musiałam wynosić, bo ich do domu nawet nie przynosiłam. Więc chyba się nie liczy?Drugie małe kłamstewko. Nie piłam alkoholi niekonsumpcyjnych. Naturalnie, że nie! Wody brzozowej, denaturatu czy płynu Borygo nie miałam nigdy w ręku. Cóż za pomysł, żeby zadawać mi takie pytanie. Mi! Nie budziło za to moich zastrzeżeń to, że tak chętnie brałam się za wzmacnianie organizmu Biovitalem (który nie wiedzieć czemu serwowałam sobie zawsze w kieliszku do likieru) albo że buteleczka Neospasminy (ulubionej od dzieciństwa i zażywanej obficie) starczała mi na dwa „użycia”, rzecz jasna bez konsultacji z lekarzem. W dalszej kolejności jest bimber (odpowiednio doprawiony smakował prawie jak winiak, no, w każdym razie na pewnym etapie „prawie” nie robiło specjalnej różnicy). Można się oczywiście upierać, że syropy są przecież przeznaczone do spożycia. Tak, ale jako leki, w ściśle określonych – i przepisanych! – dawkach.Trzecie małe kłamstewko. Nie piłam ciągami. Cóż to jest ciąg, cug, korek, kocioł? To wielodniowe patologiczne picie, od rana do wieczora, a właściwie od świtu do świtu, bez przerw, bez powrotów do domu. Przepraszam bardzo, do takich rzeczy proszę mnie nie mieszać! To, że każdego wieczoru wypijam kilka lampek wina, ale przecież nie każdego się upijam, to że po „ciężkim wieczorze”, takim z gatunku już nigdy więcej nie wezmę alkoholu do ust, do obiadu wypijam ożywcze, orzeźwiające piwo, to chyba jeszcze nie tragedia? Jaki to ciąg? Nie docierało do mnie, że każda definicja ma wersję minimum, w tym przypadku chodzi o codzienne przyjmowanie dawki alkoholu. Przyjmowałam? Przyjmowałam!Czwarte małe kłamstewko. Nie piłam w miejscach, które uważałam za nieodpowiednie dla mnie i z ludźmi, z którymi w innym wypadku nigdy bym nie utrzymywała relacji. Och, oczywiście, że piłam, ale nie dlatego, że musiałam. To był mój wybór. Bo ja robiłam taki eksperyment! Ja – kobieta nowoczesna, wykształcona, feministka i buntowniczka mogę robić co chcę, gdzie chcę i z kim chcę. Miałam taki kaprys, żeby wejść do jakiejś spelunki. To była ciekawość człowieka poszukującego… takie zbieranie materiałów. Z pewnością nie miało wiele wspólnego z tym, że w okolicy nie było innego lokalu o nieco wyższym standardzie obsługi, że akurat na droższy lokal niekoniecznie starczyłoby funduszy albo że z jakiegoś powodu bałam się do tego „lepszego” wejść (a z mordowni mnie chyba nie wyproszą?)Wylazły na powierzchnię w idealnym momencie – gdy Pierwszy Krok zaczął mi się nieznacznie zacierać. Gdy zaczęłam gubić granice, być może szykować się na dopuszczenie jakichś wątpliwości i głupich nadziei, że może ja jednak więc zobaczyłam, że jednak nie.


poniedziałek, 30 maja 2011

059. spotkanie z pustką


Weszłam dziś wieczorem do galerii handlowej. Co za brak roztropności! Galerie handlowe są straszne – w godzinach szczytu oblepiają hałaśliwym szumem i bezładnym kategorycznym pośpiechem. Ale w niedzielę tuż przed zamknięciem jest jeszcze gorzej – zieje z nich jakaś przeraźliwa pustka i smutek. Wyludnione udziwnione korytarze i klatki ze szkła i stali działają na mnie jak wrak kosmicznego statku – czuję, że coś się w nich czai, coś niepokojącego. Nie potrzeba mi nawet kapiącej wody, snującej się pary i dźwięku jakiegoś niezidentyfikowanego oddechu. Napięcie i tak podąża za mną.
*
Szłam więc, prawie biegłam, przez wyludnione, częściowo wygaszone jarzeniowe tunele, próbując udawać, że wszystko jest ze mną ok., że nic złego się nie dzieje, niczego nie zauważam i że płacz wcale nie podchodzi mi do gardła. I nagle usłyszałam ten głos, a może raczej poczułam go gdzieś w trzewiach. Zawołała mnie moja dobra znajoma – czarna dziura. Moja rozpacz. Jeszcze próbowałam się ratować, szukać racjonalnych wytłumaczeń, wybiec stamtąd, gdzieś dzwonić. Jedyny telefon pozostał głuchy na moją rozpaczliwą pustkę.
Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, myślałam, bardzo w to wierzyłam, że jest jedna taka rzecz, która może mnie uratować, nie tylko pocieszyć. Znałam nawet adres. Ale dziś już wiem, że nie ma pomocy. Że nikt i nic. Tylko ja i ona. Jestem na nią skazana. A może – jesteśmy na siebie skazane?
*
Nie mam już dokąd uciekać, już to sprawdziłam, nie działa. Zabrałam więc moją smutną pustkę, zapakowałam do samochodu i przywiozłam do domu. Posiedzimy sobie we dwie, pogapimy się na jakiś film, może zrobię jej herbatę. Czy nie o to jej właśnie chodziło? Bo już mnie tak nie szarpie od środka.

poniedziałek, 9 maja 2011

058. łagodność i dyscyplina


Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie. Dużo czasu zabrało mi wprowadzenie tego zalecenia w życie. Dziś widzę, że o zdrowej dyscyplinie w ogóle niewiele wiedziałam, pominęłam pierwszą część tej desideraty, zupełnie nie zwracając uwagi na słówko „zdrowej”. O dyscyplinie miałam zaś dość specyficzne pojęcie.


*
Dawno temu moja babcia (niby ta lepsza, co mieszkała w blokach, kupowała książki i nie kazała chodzić do kościoła) wpadła na świetny pomysł. Zaczęło się chyba od uschniętego fikusa. Po opadłych liściach został całkiem porządny badyl. Wtedy ta zacna kobieta postanowiła pokazać nam co znaczy dyscyplina. Łodygę wyrwała i zaniosła do szwagra – szewca. Nie wiem jak go przekonała (a może wcale nie musiała, bo miał takie same poglądy na wychowanie dzieci?), żeby do pociętego na poręczne kawałki badyla przymocować gwoździkami po cztery zgrabne rzemienie. Nie wiem też, ile egzemplarzy „dyscypliny” powstało. Do mojej rodziny trafiły dwa. Babunia jeden zostawiła sobie, drugi wręczyła mamie, jako doskonałą pomoc przy wychowywaniu trzech córek. Używały ich często, mam wrażenie, że niekiedy nawet z lubością.
Od tamtej pory dyscyplina kojarzy mi się mało przyjemnie. Ale paradoksalnie, już w tamtym czasie, wyjątkowo mocno przykleiła się do mnie od wewnątrz. Był we mnie taki pierwiastek, który postanowił pozostałą część mojej osoby trzymać w ryzach i raz za razem okładać knutem. Taki mój mały prywatny kat. Skuteczniejszy niż matka z tą swoją dyscypliną, czy ojciec z szerokim wojskowym pasem, bo wykrywał każde moje przewinienie, nawet to nieistniejące – zawsze mógł przecież coś wymyślić, w niewinnym geście dostrzec zapowiedź wielkiego zepsucia i rychłej przewiny. Słysząc więc kilkanaście lat później o dyscyplinie łagodności skupiłam się na tej drugiej, bo właśnie ona było dla mnie pojęciem nieznanym. Ale okazało się, że i tu błądzę, a moje pojmowanie niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, z prawdą. Wpadłam w kolejna pułapkę – jak zdrowa dyscyplina pomyliła mi się kiedyś z karcerem, tak teraz łagodność z folgowaniem sobie. Kiedyś nie umiałam odpoczywać, odpuścić sobie, po „nawróceniu” poszłam na całość. Odpoczynek zamienił się w lenistwo. Dbanie o siebie w zaniedbywanie obowiązków. Nie umiałam (czy teraz umiem?) tego właściwie ocenić. Oceniam po długim czasie – po owocach – i widzę, że to „dbanie o siebie” nie wyszło mi na dobre. Poszłam nie tą drogą.
Od wczoraj testuję zasadę: obok łagodności – zdrowa dyscyplinaMam nadzieję, że uda mi się trzymać jak najbliżej złotego środka.

środa, 27 kwietnia 2011

057. 24 godziny


Kiedyś usłyszałam, że polscy anonimowi alkoholicy, którzy przenosząc na nasz grunt Wspólnotę AA ograniczyli się właściwie do mityngów, gubiąc gdzieś po drodze to, co najważniejsze, a w każdym razie niezbędne: istotę Programu 12 Kroków i osobę sponsora, wypaczyli też ideę 24 godzin. Bo przecież Amerykanie wymyślili tę technikę dla ratowania się przed realnym i bezpośrednim zagrożeniem zapiciem – jeśli masz przymus picia nie myśl o całym życiu, o tym, że nie możesz już nigdy przenigdy się napić, myśl tylko o jednym dniu, masz wytrzymać tylko 24 godziny, a jeśli doba wydaje ci się kosmosem nie do przebrnięcia, podziel ją na mniejsze odcinki, nawet na kwadranse, to dużo łatwiej znieść. Logiczne. A my co? Huzia po bandzie i całości, 24 godziny i 24 godziny. Życzę ci 24 godzin. A co to za życzenia, skoro ja nie mam obsesji picia i akurat dla mnie to niewiele znaczy? Do czego mam to zastosować?
*
Mam czasem takie sekundy tuż po przebudzeniu, właściwie jeszcze na granicy snu i jawy, kiedy wypływa jakaś myśl, niezwykle klarowna, jasna, przemądra, po prostu kwintesencja, odpowiedź na trapiące mnie problemy. To tylko przebłysk, jeśli nie zdążę uchwycić – zniknie, może na zawsze. W jednej z takich sekund zrozumiałam, w jaki sposób mogę zastosować technikę 24 godzin, jak mi to może pomóc. Że tu przecież chodzi o coś większego. Na przykład o stosowanie Programu dzień po dniu, we wszystkich naszych poczynaniach. Co wcale nie jest łatwe. Wymaga uwagi i cholernego wysiłku. Bo znajomość 12 Kroków sama z siebie niczego nie załatwia, oprócz tego, że bezpowrotnie odbiera komfort nieprawego, nieuczciwego życia. Po pierwszej odwykówce nigdy już nie uda ci się beztrosko napić. Po pierwszej przymiarce do Programu nie uda ci się być sukinsynem bez emocjonalnych konsekwencji.
*
Ale odkryłam jeszcze jedno wykorzystanie techniki 24 godzin, bardzo podobne do ratowania się przed obsesją picia. Tyle że ja potrzebuję się ratować przed czymś innym – przed byciem nieszczęśliwą. Już wiem, że ten stan niespełnienia, niezadowolenia, braku satysfakcji to wyłącznie sprawka mojego umysłu. Całe 24 godziny bez frustracji, smutku, cierpienia są dziś dla mnie kosmosem. Muszę je dzielić na mniejsze odcinki, czasem nawet na kwadranse. Wtedy jest lżej. Ci, co się na tym znają, mówią, że z czasem obsesja picia znika. Może w takim razie obsesja nieszczęścia też?

niedziela, 17 kwietnia 2011

056. coś wspólnego


Przez lata całe Tradycje AA były dla mnie niewidzialne. Nie miałam pojęcia, w jaki sposób mogą mnie dotyczyć. Nie miałam również chęci zapytać. Przyszły do mnie z zupełnie innej strony (której poznania również nie spodziewałam się po sobie): zaczęłam myśleć o wspólnym dobru. Parkować samochód tak, żeby zostało miejsce dla kogoś jeszcze, zakręcać wodę, gdy myję zęby, żeby bez sensu nie leciała, bo płacimy za to wszyscy (nie mam w domu licznika, konto jest wspólne), gasić światło w pustej sali, bo ktoś zapomniał. Zaczęło mnie to obchodzić. I wiele innych wspólnych rzeczy. Któregoś dnia dotarło do mnie, że to Pierwsza Tradycja AANasze wspólne dobro jest najważniejsze… (wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności anonimowych alkoholików).
*
Przeczytałam dziś: Na świecie faktycznie wiele jest krzywd, niesprawiedliwości, a wielu ludzi potrzebuje pomocy różnego typu, jednak staram się pamiętać, że Wspólnota AA nie jest w stanie zwalczyć, pokonać całego zła i nie jest lekarstwem na wszystkie bolączki współczesnego świata. (mityng.blogspot.com) i doznałam silnego wzruszenia, że ja należę do czegoś tak niezwykłego, że jestem maleńką cząstką wspaniałego narzędzia, które ocala setki tysięcy istnień przed koszmarnym końcem, wybudza ze śmiertelnego letargu, wytrąca z chocholego tańca, zamienia ludzkie wraki (nawet jeśli jakimś cudem mają wciąż karoserię najnowszego modelu audi albo mercedesa, pod nią na ostatnich obrotach rzęzi silnik od zramolałego forda, a może i poloneza) w całkiem sprawne istoty. Nie maszyny. Tylko czujących, myślących i czyniących ludzi. Sama niewiele mogę – obetrzeć jakąś pojedynczą łzę, podnieść, podprowadzić kawałek, rozśmieszyć, na moment wygładzić czyjąś brew – ale jako część wielkiej całości działam globalnie. Bo moja obecność i moje zaangażowanie mają sens. Tu, na miejscu, na mojej grupie, po cichutku, niewidocznie i niezauważalnie. Ale również dalej (jeszcze bardziej niezauważalnie i niewymiernie, lecz równie realnie jak Niewidzialna Ręka): w czyimś sercu, w jego domu, gdy przyniesie rano żonie kawę do łóżka albo pierwszy raz w życiu pozmywa naczynia i nie będzie się czepiał dzieciaków, że nie są idealne, w pracy, gdy choć raz pomyśli, że jego durny szef może ma gorzej i ciężej i nie trzeba mu dokładać, w jego mikroświecie, gdy przepuści kogoś w kolejce i odpuści soczystą wiązankę tłukowi, co wlecze się przed nim pięćdziesiątką, i którejś nocy, przed zaśnięciem, zamiast smagać się kolejnymi swoimi niedociągnięciami pomyśli o sobie z czułością, uciszy szum nerwowych myśli i zaśnie w błogiej ciszy, swojej własnej.
Ja w tym jestem i mam swój udział. Ktoś ma udział w tym, że ja staję się lepsza. To działa. Naprawia świat. Realnie.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

055. okruszki



Moja ulubiona seria zdjęć to ta, w kasztanowej alei przy domu. Jestem na nich raz z mamą, raz z tatą. Malutki bobas w białym kombinezonie. Wszyscy się śmiejemy. Ja do mamy, a ona do taty, którego nie widać, bo robi zdjęcie. A potem zdjęcie robi mama, tata tak ładnie na nią patrzy i trzyma mnie na rękach. Lubię sobie wyobrażać, że byliśmy wtedy bardzo szczęśliwą rodziną.

*

Tata ciągle grzebał przy samochodzie. Gdy stamtąd wracał tak pięknie pachniał – smarem i benzynką. Czasem zabierał mnie ze sobą. Do pomocy. Opowiadał rezolutnej czterolatce, co robi, pokazywał, co się w aucie popsuło, jak wkręca się śrubki. A potem nagle przestał. I nigdy się nie dowiedziałam, co to jest dyferencjał.

*

U babci w kuchni stał czarny rzeźbiony kredens. Bardzo stary, chyba prawie tak stary jak babcia. Wciąż przy nim siedziałam, bo rodzice wyjechali i strasznie długo nie wracali. Babcia pozwalała zaglądać we wszystkie zakamarki i opowiadała dziwne historie o świętych, Panu Jezusie, dobrych Niemcach i złych Ruskich. A rodzice nie wracali. Nie mogłam się doczekać. Któregoś dnia zdjęłam błękitną kokardę z warkoczyka i śliną czyściłam z kurzu zawiłe kredensowe ornamenty. Żeby mieć wspaniały, lśniący wehikuł, który zabierze mnie do mamy i taty.

*


Przyjechali do nas goście. Jeszcze wtedy przyjeżdżali. Wujek Mirek z narzeczoną. Siedzieli przy stole, jedli kolorowe kanapki, pili i się śmiali. A najgłośniej tata. Ja miałam nie przeszkadzać. Grzeczne duże dziewczynki bawią się same. Potem mama zrobiła truskawkowy kisiel. Nalała do salaterek. Duże grzeczne dziewczynki pomagają mamie. Co z tego że rączki malutkie, a miseczki gorące. Gdy się wylało byłam bardzo dzielna. Trochę czerwonego strachu i po krzyku. Szybko zdjęli ze mnie parzącą koszulkę. Posadzili na zielonym fotelu i jak jakąś księżniczkę wynieśli do ogrodu. Właściwie byłam szczęśliwa – tyle osób naraz zajmowało się taką mizerną osóbką.

*


Jutro wielki dzień – raniutko wyjazd do szpitala. Nie wszystkie dzieci mogą tam pojechać. Najpierw była wspaniała wyprawa po zakupy: piżamkę w pajacyki i czerwone bambosze. A potem kolacja. I tata z nami siedział. I było niezwykle. Bo nie wyganiali do łóżka i można było obejrzeć kawałek filmu. Mama opowiadała, że tam będzie dużo dzieci i że będę się miała z kim bawić. I że będzie naprawdę fajnie. A jak stamtąd wyjdę to już całkiem zdrowa.
A potem bardzo długo leżałam z opatrunkiem na oczach i jeden chłopiec częstował mnie gumami do żucia. Powiedział, że będzie moim starszym bratem. Dobrze było mieć jakąś rodzinę w szpitalu. Mama przyjeżdżała, jak tylko mogła. Nawet raz wujek przyjechał. Ale tata to nie – chyba był bardzo zajęty.

*


Głupia była ta baba z przedszkola. Najgłupsza ze wszystkich. I zła. Chodziła tylko i gadała zamiast pracować. I nie wpadło jej do głowy, że ktoś może słyszeć. Na przykład jakieś dziecko schowane za szafką w szatni. Gadała, że ta mała P musi sama przychodzić do przedszkola, bo mamusia w szlafroczku, paznokcie piłuje i mężusiowi jajeczniczkę robi. Głupia! Co ona tam mogła wiedzieć. Mama nie miała żadnego szlafroka. A ja byłam już duża i mogłam chodzić sama. A te wszystkie dzieciaki to maluchy jakieś, co się boją i trzeba je prowadzać. A ja zawsze sobie dam radę i mamie muszę pomóc, bo zajęta. A tata… niewiadomo.

*


Mama powiedziała: mam dla ciebie niespodziankę – będziesz miała siostrzyczkę albo braciszka (wolałam siostrzyczkę, żeby bawić się z nią w przedszkole). Babcia powiedziała: widzisz, wreszcie będziesz miała małego dzidziusia, teraz musisz bardzo mamie pomagać, bo ma mało siły. Ciocia powiedziała: pewnie się cieszysz, że będziesz miała siostrzyczkę, pomagaj mamie, bo przez ten brzuch nie może tak ciężko pracować.
I wszystkie sąsiadki mówiły: ależ ma pani pociechę z tej małej, taka grzeczna, tak wszystko umie załatwić, taka rezolutna i poważna, zakupy zrobi, wszystko potrafi policzyć, posprząta, pozmywa, nawet pranie rozwiesi. I wcale nie chce się bawić. A inne dzieciaki to tylko by latały po dworze, wołami do domu nie zaciągniesz.

*


Raz tata postanowił urządzić nam piękny pokoik. Taki malutki, tylko dla nas. Powiedział, że będzie jak domek dla lalek. Opowiadał o nim długo, jaki będzie wspaniały, jakie w nim będą mebelki malutkie, jaką farbą pomaluje ściany, a potem, że mama uszyje kolorowe zasłonki i obrusik specjalny na stolik mały. I nawet wziął kartkę i rysował dokładnie, jak będzie pokoik wyglądał, gdzie będzie łóżko i szafki. I bardzo się wszyscy cieszyliśmy. A mama to chyba najbardziej. Następnego dnia tata powiedział, że teraz ma pilne sprawy i pokoik musi poczekać. I czekał. Potem trochę się złościł, gdy pytałam. I chyba za często pytałam tatę, bo się denerwował, krzyczał i pewnie za karę pokoiku nie zrobił.
Potem jeszcze parę razy mówił o pokoiku, a ja – choć już byłam duża i w końcu zrozumiałam, że nic z tego nie będzie – i tak za każdym razem nabierałam się jak jakaś głupia.

*


Mama była najładniejsza ze wszystkich. A jak szła na imieniny albo wesele zakładała swoje śliczne sukienki i malowała oczy na zielono. Wyglądała jak jakaś aktorka. Tata nie mógł się napatrzeć. Najmłodsza z nas właśnie do niej była podobna. A ja i średnia siostra chyba do taty. Ale wcale się na to nie zgadzałyśmy i zawsze się kłóciłyśmy (na początku zawsze wygrywałam, bo byłam najstarsza i najsilniejsza). A potem przestałyśmy – nie było o co walczyć. Mama była coraz bardziej zmęczona i nie wyglądała już tak ładnie. Nosiła workowatą brązową sukienkę. Miała okropne włosy i sińce pod oczami. Wszystko przez ojca, bo wcale nie chciał pracować, tylko pił i robił awantury.

*


Zbieraliśmy kasztany. Do szkoły, na ZPT. Na mojej ulicy rosły najlepsze w całej okolicy. Zabrałam tam dzieciaki z klasy. Strząsaliśmy kolczaste kulki, rozłupywaliśmy. Miałam już cały worek, szło mi świetnie. Wtedy przyszedł on. Tym charakterystycznym chwiejnym krokiem. Krzyknął: do domu. A potem porwał torbę pełną lśniących kulek i wysypał wszystko na drogę. Z rozpaczy i wielkiej niesprawiedliwości, z nienawiści i wstydu nie wiedziałam, co robić. Złapał mnie za rękę i ryczącą zawlókł na podwórko. Nazajutrz kolega z ławki przyniósł dla mnie trochę kasztanów. Ale ja już nie potrzebowałam. Miałam całe pudło. Przed wieczorem ojciec poszedł ze mną za dom i nastrącał kasztanów bez opamiętania.

*


Znowu się wtoczył do mieszkania, zawadzając o framugę drzwi. Matka zamarła z drutami w rękach. My – nagle skulone dzieciaki – czekamy. Szurając nogami przelazł do dużego pokoju. Chodził i chodził, ale nie znalazł nawet pyłku, wszystko wysprzątane. No to przylazł do nas. I tu zaraz coś mu podpadło. A to rozrzucone zabawki, a to matka zamiast sprzątać jakieś szmaty znowu robi albo książkę gównianą czyta. No i wreszcie: pokaż te zeszyty, co tak bazgrzesz, przepisz, a w ogóle to ja porozmawiam z tymi nauczycielami, napiszę, co o nich myślę, ja im wszystkim wygarnę. I nie rycz, ty…
To nic, nie jest jeszcze tak późno, a jutro wstanę o piątej, jak mama do pracy. Podartą historię trzeba przepisać, z matmy wystarczy wyrwać zabazgrane ostatnie strony. Tylko następnym razem muszę pamiętać, żeby na pewno mieć w szufladzie zapasowe zeszyty.

*


Raz w szkole zdarzył się wypadek – spadłam ze schodów. Straszliwy ból w kolanie. W domu nie było mamy. Potem ten przyszedł, jak zwykle pijany. Kopał w spuchniętą nogę. Żeby udowodnić, że tak naprawdę nic się nie stało i że nie boli. Na pogotowiu założyli wielki gips i kazali nosić aż do wakacji.

*


Po kilkunastu latach rowerowy szlak zawiódł mnie aż do dawnego domu. Przystanęłam przy płocie i z dziecięcą ciekawością patrzyłam w okna. Dom prawie w ruinie. Przez skwer nieopodal szedł stary człowiek. Zupełnie siwy. Krzyknął: nazbierajcie sobie kasztanów. Wtedy go poznałam. I pierwszy raz od dzieciństwa, zdziwiona sama sobą, nazwałam go w myślach tatą.

*

Czasem po niedzielnym obiedzie któraś z nas wyciąga pudło ze zdjęciami. Siedzimy w piątkę – babcia, mama, ja i moje dwie siostry – oglądamy, wspominamy, dopowiadamy sytuacje ze zdjęć i zaśmiewamy się do łez, z tego jak wyglądałyśmy. Niekiedy za taką rozśmieszoną łzą kryje się mały smutek czy tęsknota. Patrzę wtedy na te moje dziewczyny i myślę sobie, jaki to cud, że z tego wyszłyśmy i że żyjemy tak zupełnie inaczej.

wtorek, 29 marca 2011

054. podział


Że istniejemy my, alkoholicy, i oni, normalni, wiedziałam i słyszałam wiele razy. Że my mamy źle, przechlapane, a oni, ci zdrowi, mają lepiej. Dużo w moim myśleniu było naiwności, ale było coś jeszcze, co jest bardzo dla kogoś takiego jak alkoholik (czytaj: człowiek z rozdętym ego) niebezpieczne. Chodzi o poczucie wyjątkowości, inności, odrębności. O coś, ku czemu ciągnie alkoholika przez całe życie: przedpijane, pijane i popijane też, coś, czym się upija i upaja, co jednocześnie winduje go na szczyty i gotuje upadek. Im bardziej jestem inna, tym bardziej wyobcowana. Inność wpajam sobie sama. Mam w tym cel. Jest nim znalezienie alibi, idealnego wytłumaczenia do niezadowolenia z życia, użalania się i w konsekwencji do picia. Tak, wyjątkowość jest wspaniała i upajająca, ale pamiętam jaką ogromną ulgę sprawiło mi odkrycie, że jestem taka sama, że inni też mają gorzej, i że odczuwam jak oni i nie jestem nienormalna. To przede wszystkim: że nie ja jedna mam taką wrażliwość i tak odbieram świat. „Wydzielanie się” jest dla alkoholika bardzo szkodliwe, jak każde oddzielanie. Prowadzi do rozrostu ego, tego, co właśnie należałoby umniejszyć.
*
Ten podział wydał mi się ostatnio nie tylko szkodliwy, ale też bezzasadny. Bo oprócz tego, że niczego tak naprawdę nie nazywa, nie pokazuje rzeczywistości (poza tą oczywistą, że niektórzy są alkoholikami, a inni nie): nie rozdziela faktycznie świata na tych chorych, w sensie pewnego upośledzenia, i całą resztę zdrowych, wolnych od wszelkich zaburzeń, od nieuporządkowanych emocji, od pokiereszowanego życia. Bo skąd pomysł, że gdy ktoś nie zmaga się z widocznym uzależnieniem to nic go nie gryzie? Że nie trawią go lęki, nerwice, głupie przekonania, narzekactwo, pesymizm, złość, różne dysfunkcje i nieumiejętności interpersonalne? Że ma ze sobą spokój i wie, jak żyć?
Czasem nawet mam wrażenie, że ci normalni mają bardziej przechlapane niż my, niby-chorzy. Bo ja mam Program zmiany i od 11 lat, dzień po dniu, może bardziej kwartał po kwartale i rok po roku, staję się innym człowiekiem. Wiem, że lepszym, bardziej świadomym, uważnym, niż byłam (mam na to konkretne dowody). Nie lepszym od ludzi „nieświadomych”, nie ma w tym tonu wartościowania. Mogę powiedzieć, że bardziej uprzywilejowanym – miałam szczęście trafić na Drogę – ale moje uprzywilejowanie nie stawia mnie bynajmniej w wygodniejszej pozycji. Bo ja wiem, że komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie. Takie to uprzywilejowanie.

piątek, 4 lutego 2011

053. czekanie


Czekanie to stan umysłu. Teraźniejszość/obecność jest wtedy, gdy już dłużej nie czekasz na następny moment, wierząc, że właśnie ten następny moment będzie bardziej zaspokajający niż obecny. Jeśli tylko ślizgasz się po powierzchni teraźniejszości, ta chwila nigdy nie będzie wyglądała na wystarczającą. I wtedy czekasz na jakiś ważny moment, który nada znaczenie twojemu życiu. Wielu ludzi spędza całe swoje życie czekając na… początek swojego życia.
(CzekanieEckhart Tolle)
Ja tak spędziłam wiele lat. Pamiętam nawet, że wprost o tym mówiłam i myślałam: moje życie dopiero się zacznie, gdy… Nie wiedziałam kiedy, nie wiedziałam, co będzie tym początkiem, wiedziałam tylko, że to co teraz, to nie to. Bo to nie może być to! Takie… nijakie? Nie umiałam patrzeć na rzeczy z zachwytem. W ogóle nie umiałam patrzeć.
Dziś już mam świadomość, że moje życie trwa, że nic spektakularnego nie przyjdzie z zewnątrz i nie uczyni z niego fajnej przygody. Byłoby super. Ale nie będzie. Tylko ja sama mam moc sprawczą. I nie chodzi wcale o to, żebym się spięła i zorganizowała sobie małe Las Vegas. Mam intuicję, że to tylko kwestia zmiany perspektywy. Tylko. Trochę trudne.
*
O tym samym pisze de Mello: chcesz nadziei na coś lepszego niż to, co masz teraz, prawda? Zapominasz jednak o jednym. Że masz teraz to wszystko, czego tak bardzo pragniesz. Choć o tym nie wiesz. Dlaczego nie skupiasz się na chwili obecnej, tylko żyjesz nadzieją na lepszą przyszłość? Zapominając o teraźniejszości żywimy się nadzieją na przyszłość. Czy wobec tego przyszłość nie jest kolejna pułapką?
(Przebudzenie)

piątek, 28 stycznia 2011

052. wszystkie drogi do duchowości


Jakiś czas temu trafiłam na wywiad, który mnie wciągnął, po prostu zaczarował. Ale oprócz treści zaintrygowało jeszcze coś. Jak zawsze, gdy dostrzegam elementy Programu AA – jak mi się wydaje – w miejscach, wypowiedziach, źródłach, w których Programu nikt nie zna. I dociera do mnie, że to nie jest po prostu program dla alkoholików, program na wyzdrowienie z alkoholizmu (o ile o czymś takim w ogóle można mówić), tylko program stawania się człowiekiem, program rozwoju duchowego. Natykam się na to w różnych miejscach i zawsze cieszę – bo wyobrażam sobie, jaki wspaniały będzie świat, gdy duchowych ludzi będzie więcej (tak, tak, wiem, że świat jest taki, jaki być powinien i że wszyscy ludzie są duchowi, wiem dobrze, ale też obserwuję i widzę, a moja perspektywa jest dokładnie taka, do jakiej na ten moment dorosłam).
*
Poddanie oznacza akceptację tego momentu, w którym jesteś, tej sytuacji, takiej, jaka jest. Ale nie będziesz w stanie poddać się, jeśli nie będziesz miał już dość cierpienia. I na jakimś poziomie rozpoznasz, że większość twojego cierpienia jest stworzona przez ciebie. Jest stworzona z oporu, przeciwko temu, co jest. Jest stworzona z interpretacji czegoś, co jest. To pochodzi z myśli. Z interpretacji, nie z sytuacji.
Cierpienie to wspaniały nauczyciel. Dla większości ludzi jest jedynym duchowym nauczycielem. Cierpienie pogłębia cię. Stopniowo usuwa stworzone przez umysł poczucie siebie – ego. Dla niektórych ludzi nadchodzi moment, kiedy uświadamiają sobie: „wycierpiałem wystarczająco”.
I pamiętaj, że to myśli, twoje myśli (bardziej niż cokolwiek) sprawiają, że cierpisz. Zazwyczaj to nie sytuacja, ale twoja interpretacja sytuacji „jak straszne to wszystko jest”.
Chodzi o akceptację, ale akceptacja nie przyjdzie, jeśli nie osiągnąłeś tego wewnętrznego punktu gotowości. Jeśli wycierpiałeś wystarczająco, wtedy jesteś gotowy. Wtedy widzisz, że jest inny sposób życia, w którym nie spieram się już dłużej mentalnie z tym, co jest. A to jest koniec samo-zadawanego cierpienia.