czwartek, 8 września 2011

064. moje słodkie dno

Coś się dzieje, a ty nie wiesz dlaczego. Chcesz czegoś, a wychodzi zupełnie inaczej. Najpierw się złościsz, potem próbujesz różnych sztuczek, żeby jednak było po twojemu, na koniec wpadasz w rozpacz, bo nie jest. Zwykle to trwa bardzo długo. Rozwija się latami. Czasem odległość od początku do końca znacząco się skraca. Wszystko zależy od tego, jak bardzo ci po drodze z rzeczywistością. Jak bardzo chcesz i umiesz ją zobaczyć, i się na nią zgodzić.
Najgorszy (niby) jest upadek, ten moment, kiedy już wiesz, że z twoich wysiłków nic nie będzie, że to wszystko na nic – och, tak leciutko, prawie że elegancko, przy dobrym swingu i pysznej kawce z pianką, piszę o stanie, w którym gówno podchodzi ci pod nos i wlewa się do środka, bo w końcu musisz przecież zaczerpnąć powietrza. I ten potworny strach – co będzie, gdy… O stanie największego upodlenia, dna i syfu, kiedy myślisz, że można już tylko umrzeć. Ale jeśli w nim byłeś choć raz, dobrze wiesz, o jaki stan chodzi.
Napisałam „niby”. Bo? To moment i miejsce najgorsze z możliwych w tym czasie dla ciebie. Ale jeśli tylko zdołasz się odbić od dna (co tak naprawdę wymaga tylko, i aż, jednego – stwierdzenia, że już dłużej tak nie chcesz) nie tylko dno się skończy, ale ty poszybujesz wysoko. Bo po wypluciu gówna z ust wszystko staje się niewiarygodnie świeże.
*
Takich stanów miałam w życiu kilka. Nie wszystkie na jeden temat. Nie wszystkie przeżywałam z jednakowym natężeniem. Nie wszystkie były tego warte. Ostatni mi pokazał, że chyba umiem z nimi żyć. I, wiem, zabrzmi wariacko, że są moim błogosławieństwem. Gdyby nie one nie odbiłabym się, nie zaczęłabym żyć, tak naprawdę.
Leżę więc sobie, myślę, że jestem największą kretynką na świecie, że sama to wszystko sobie zorganizowałam, w środku jestem czarniejsza niż ta noc, boli potwornie, że moje pragnienia, a może tylko chcenia nic nie znaczą, nic z nich nie będzie, a moje starania są śmieszne i głupie. Zalewam się łzami i… błagam Boga, żeby mnie uratował, żeby coś z tym zrobił, bo ja już nie wiem, nie mogę, nie umiem, nie dam rady. Poddaję się.
Mija bezsenna noc, mija zamglony ponury poranek i dzień, i noc kolejna. Budzę się znowu i czuję, że to wszystko odeszło, że już nie chcę tych chceń, że mam spokój i ciszę w środku. Już wiem, że to nie koniec świata, bo takich końców świata przeżyłam przecież parę. Wiem jeszcze jedno, właśnie to odkryłam, a może tylko sobie przypomniałam: po stracie zostaje wspaniała przestrzeń, miejsce do wypełnienia (niektórzy nazywają je pustką, ale to tylko prowadzi do użalania się) i ogromna porcja energii (pozostałość po staraniach, uganianiu się za…) i to jest wielka szansa, której nie mam zamiaru przepuścić.

2 komentarze:

  1. A jeżeli pustka jest większa, niż się to wydawało? Jeśli zwitek pakuł, przygotowany na okoliczność zatykania, okazuje się żałośnie cienki? Jeśli zamiast energii pozostało już tylko znużenie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Wolne miejsce można wypełnić czym się chce. Na tyle już jestem świadoma i pragnę dla siebie dobra, by nie ładować tam śmieci. Jeszcze mam siłę. Być może zaraz nastąpi awaria i żałośnie zakwilę, ale póki co, wybieram jasną stronę ulicy.

    OdpowiedzUsuń