Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współdziałanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą współdziałanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

145. pokonferencyjne refleksje


Wzięłam udział w ciekawej konferencji. Od momentu, gdy tematyka alkoholowa szczególnie mnie interesuje było to może czwarte moje spotkanie zorganizowane przez i dla profesjonalistów w dziedzinie leczenie uzależnień. A więc o alkoholizmie do niealkoholików mówili niealkoholicy. Oczywiście, nic w tym złego, wręcz przeciwnie. W każdym razie – ciekawe doświadczenie. Mnie szczególnie zafrapowała jedna rzecz. Otóż na siedmiu prelegentów co najmniej pięcioro wypowiadało się – i to zdecydowanie pozytywnie – o Wspólnocie Anonimowych Alkoholików. W tym troje profesjonalistów mających szerokie doświadczenie i praktykę w kontaktach z alkoholikami (to istotne, bo – co wydaje się absurdalne – zdarzają się „specjaliści”, którzy opowiadają, piszą coś o alkoholizmie i nawet próbują alkoholików leczyć, choć nigdy wcześniej nie spotkali się z żywym okazem trzeźwiejącego alkoholika. Z pijanym zresztą też mogli nie mieć styczności. Tak, wiem, sama bym w to nie uwierzyła, ale widać nie tylko alkoholicy mają patent na dziwactwa. Szkoda tylko, że niektórych kosztuje to życie, a ci drudzy biorą za to kasę).
Skąd moje zdziwienie wobec tych pozytywnych głosów o AA? Bo ostatnio zetknęłam się z wieloma opowieściami, które początkowo traktowałam ze sporym dystansem. Opowieściami o wyraźnie niechętnym stosunku terapeutów i lekarzy do AA. Niektóre opowieści wręcz nie mieściły mi się w głowie. No, bo jak to, jaki sens miałoby zniechęcanie pacjentów – których dobro i zdrowie jest przecież celem naczelnym lekarza – do korzystania z narzędzia, w dodatku bezpłatnego i nieograniczonego w swoim zasięgu terytorialnym i czasowym, ułatwiającego utrzymanie trzeźwości? Czy to możliwe, żeby psychologowie i terapeuci uzależnień zabraniali wręcz uczestnictwa w spotkaniach AA? W realizacji Programu 12 Kroków ze sponsorem? Trudno uwierzyć! A jednak… Potwierdzenie tych już nie jednostkowych doniesień dostałam z ust znanej i uznanej w dziedzinie lecznictwa odwykowego osoby. Kto, po co i dlaczego. Śmieszne, choć przede wszystkim bardzo smutne, że dzieje się to z pobudek, które są tak bardzo jaskrawe u alkoholików (aż mi się naiwnie wydawało, że są dla nich zarezerwowane, bo przecież nikt normalny tak by się nie zachowywał) i które właśnie Program 12 Kroków Anonimowych Alkoholików jest w stanie z uzależnionego człowieka wytrzebić. To znaczy, człowiek uzależniony jest w stanie sam wytrzebić, dzięki konkretnym zaleceniom, dzięki wskazówkom zawartym w 12 Krokach, dzięki pomocy Siły Wyższej nade wszystko. Alkoholicy mogą stać się uczciwymi ludźmi. Terapeuci natomiast mogą kierować się pobudkami mało humanistycznymi. I nie, nie chodzi wyłącznie o kasę, nie tylko o to, że nie opłaca się, żeby pacjent wyzdrowiał (żeby poszedł swoją drogą, wyposażony w pakiet wskazówek, z jedną naczelną – na terapii dostałeś bazę, w AA ci pomogą na stałe!) i nie wracał już nigdy na terapie poszerzone, pogłębione, kolejne warsztaty, nawroty, głody i złości… Ludzi chorych na alkoholizm jest naprawdę tyle, że starczy na obsadzenie terapeutycznych turnusów na długie dziesięciolecia.
Wystąpieniu jednego z prelegentów towarzyszyła prezentacja multimedialna – na wielkim ekranie bezpardonowo wypunktowane motywy lekarzy, psychologów, terapeutów, którzy chyba pomylili się z powołaniem albo mają problem z przerostem ego – tak, to zostało nazwane po imieniu. Byłam zdumiona odwagą i bezkompromisowością takiego ujęcia. Lekarz/terapeuta/psycholog, który w ogromie swego poczucia mocy, w swej arogancji skazuje pacjenta na brak pomocy, ze strachu, że jego metody okażą się niewystarczające, może nie-jedyne, nie jest dobrym lekarzem/terapeutą/psychologiem. Jest egoistą i egocentrykiem. Nie ważne, czy robi to dla zysku czy z powodu przerostu ego. Raz jeden spotkałam się ze stwierdzeniem – równie odważnym – że jeszcze żadnemu profesjonaliście nie udało się wyleczyć alkoholika z alkoholizmu. Ale udało się to Wspólnocie AA. Porażające, szczególnie, że stwierdzenie to padło z ust profesjonalisty! Wycinanie tego narzędzia (AA), odcinanie pacjentów od informacji o tym jest nie tylko ignorancją (poziom kształcenia przyszłych profesjonalistów od uzależnień jest w Polsce katastrofalny, wiedza na temat zasad i istoty działania AA zerowa – to również opinia zainteresowanego tematem specjalisty w dziedzinie leczenia uzależnień), arogancją (nikt nie może mieć większej wiedzy w dziedzinie leczenia uzależnień niż pan doktor! A już na pewno nie banda byłych pijaków! Co oni mogą wiedzieć… – faktycznie, trudno to sobie wyobrazić, szczególnie jeśli się nigdy w życiu nie pofatygowało na otwarty mityng AA). Jest też skazaniem wielu ludzi na śmierć!

*

Pamiętam zupełnie inny modus operandi. Już na pierwszym spotkaniu z terapeutą w ośrodku leczenia uzależnień pacjent dowiadywał się o warunkach (nie, nie o możliwościach, nie o ofercie – jeśli alkoholik ma być skutecznie leczony nie może być traktowany jak klient, który płaci, więc wymaga, który może sobie wybrać, to co mu pasuje), w tym o warunku wstępnym, bez którego nie było mowy o przyjęciu na terapię: musiał iść na pięć-dziesięć mityngów AA. W trakcie terapii udział w mityngach był również obowiązkowy – widniały one w planie zajęć i nie były punktem fakultatywnym. Pod koniec terapii pacjent zobowiązywał się do kontynuowania pewnych działań, w tym – zawsze – do uczestnictwa w mityngach AA. To była podstawa i nikt nie wnosił sprzeciwów. Jedni pacjenci z tego korzystali, podobnie jak z dostępnej dodatkowej oferty terapeutycznej, inni nie i najczęściej – pozostawieni sami sobie, na własne życzenie – wracali do picia. Nikt nie dyskutował, a już na pewno nie terapeuci. Oni doskonale wiedzieli, że bez AA pacjent ma nikłe szanse na sukces, czyli życie bez alkoholu. Ale wtedy, w tamtych czasach, to znaczyło, że to terapeuci nie zadbali o pacjenta. Może czasy zmieniły się tak bardzo – choć tych lat aż tyle nie minęło – że niektórzy specjaliści nie biorą odpowiedzialności za swoją pracę. Brak informacji, gdzie szukać pomocy w nagłym wypadku (nagły wypadek głodu alkoholowego to nie jest w przypadku świeżo suchego alkoholika znowu taki wyjątek), zwłaszcza w czasach i warunkach, gdy ośrodki leczenia nie są dostępne w każdej porze dnia i nocy, gdy czekać na wizytę trzeba coraz dłużej, to moim zdaniem, co najmniej nieetyczne działanie.

*

Na koniec jedno: naprawdę bardzo się cieszę, że spotykam mądrych, świadomych, odpowiedzialnych i etycznych profesjonalistów, bo wcale nie podoba mi się świat podzielony na zwalczające się frakcje: leczenie profesjonalne i AA*. Ja naprawdę wierzę, że tylko współpraca ma sens, bo ona pozwala osiągać dobre cele. Nie wiem jak to jest z profesjonalistami, ale czytałam, że Wspólnota AA nie rości sobie żadnych praw i nie ma monopolu na leczenie alkoholizmu, a ponadto, z nikim i niczym nie walczy. Ja też nie. Czasem tylko nie zgadzam się na promocję głupoty, ignorancji i arogancji. Gdziekolwiek, również na spotkaniu AA.


*Swoją drogą, sama nazwa „lecznictwo profesjonalne” jest niesprawiedliwa i mocno myląca, ponieważ sugeruje, że wszystko, co nie mieści się w jej obrębie jest… nieprofesjonalne. A więc, amatorskie? Nie takie? Nie działa? Partanina? Cóż, znowu semantyka. Profesjonalne, czyli zawodowe. Nie ma to nic wspólnego z jakością.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

124. wredne pytanie

Czasem ktoś ci zada takie pytanie: niby nic, niby prosta sprawa, niby ciebie tak bardzo nie dotyczy, właściwie to pytanie dość ogólne jest, ale… jakoś tak nieprzyjemnie się robi. Bo niby niewinne pytanie osadzające się pylistym dźwiękiem wewnątrz głowy, jakoś tak nieprzyjemnie drażni. I już po chwili wiesz, czemu drażni. Bo to bardzo wredne, podstępne pytanie!

*


Nie lubię takich pytań, choć prawdę mówiąc przynoszą mi najwięcej korzyści. Później, gdy się już z nimi uporam, ułożę. Ale zanim to się stanie, zwyczajnie ich nie lubię. Nie lubię widzieć, że nie jestem taka, jak sądziłam, jak sobie mimo wszystko wyobrażałam, a nawet roiłam. Bo takie pytanie, całkiem przy okazji, obnaża fakt, że te fragmenty myślenia o sobie, to nic ponad rojenia właśnie.
Ale do rzeczy! Za co dokładnie nie lubię kolegi, który zadał pytanie na jednym z forów, na internetowej grupie dla alkoholików? Bo przez niego musiałam przyznać, że jeszcze sporo mi brakuje do wizji działaczki-współpracowniczki. Otwartej na ludzi. Rozumiejącej ludzi. Lubiącej, a nawet kochającej ludzi. Naprawdę sporo.
Pytanie dotyczyło Tradycji Piątej, choć tak naprawdę spraw dużo szerszych: 
Czy mam z kimś wspólne cele i czy potrafię działać w grupie?
Uch!?! W grupie… Ale po co zaraz w grupie? Potrafię świetnie działać, jestem skuteczna, jestem obrotna i kreatywna, ale… po co w to mieszać innych? Inni komplikują, spowalniają, wypaczają, przeszkadzają, psują wreszcie. Inni to kłopot. A ja się te kłopoty nauczyłam omijać doskonale. Kiedyś, dawniej, już w dzieciństwie. A skoro coś dobrze działa, to po co zmieniać?
No, tak, wiem dobrze po co, wiem, do czego prowadzą samotne wycieczki alkoholika (alkoholiczki) o wybujałych instynktach wszelakich! I wiem, że w pojedynkę mniej mogę osiągnąć niż w grupie. I jeszcze przeczuwam, a czasem już nawet czuję, że duchowa korzyść z działań wspólnych jest większa niż z występów solowych.
Między egocentryczną egoistką a otwartą na współpracę i ludzi społecznicą są przystanki pośrednie. Na razie zatrzymałam się na przystanku mniej lub bardziej bezinteresowne działania na rzecz innych są w porządku, są w zasięgu moich możliwości. Ale póki co, wciąż łatwiej robić mi coś „dla” niż „z”.

Tymczasem, ja mam się nauczyć nie tylko działać (co też musiałam zrewidować, bo owszem, działałam, tyle że czasem bezmyślnie, impulsywnie, bez planu i często bez pozytywnych i zadowalających efektów), ale współdziałać. W relacjach interpersonalnych zawsze coś mi szwankowało. A najbardziej wtedy, gdy trzeba było coś rozwiązywać – kolektywnie. Sama mogłam uratować świat. Ale dzielić się z innymi troską, obowiązkami i triumfem (Tu cię mam!)???
Tak całkiem przy okazji zauważyłam, że im głębszą z kimś osiągnę więź, tym większa gotowość do rezygnacji z używania moich wad, forsowania moich najlepszych ze wszystkich pomysłów czy stawania okoniem (czyli: A róbta se sami, nie będę rzucać pereł przed wieprze). A jeśli do tego wszystkiego jestem w stanie zobaczyć jakiś wspólny cel… tak, to zdecydowanie zwiększa szanse na współpracę. Najważniejsze zatem, żebym zechciała (żeby mi się chciało) podjąć wysiłek szukania wspólnego celu – różnych, rozmaitych, w różnych wspólnotach – wtedy współdziałanie będzie dużo prostsze. 

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...