Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrola. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 maja 2013

097. kłopotliwy nadzorca


Umysł alkoholika staje się w pewnym momencie jego największym wrogiem. Z czasem, w procesie leczniczej obróbki, udaje się wyłączyć jego otwarcie szkodliwą działalność, choć zawsze pozostaje ciałem niepewnym, gotowym w razie odpuszczenia czujności czy dopuszczenia innych zaniedbań wskoczyć na dywersyjne pozycje. (Napisałam zawsze, lecz mam ogromną nadzieję, że jednak nie). Wiele razy słyszałam – i na terapii, i w AA – że sprawny umysł może być w wychodzeniu z uzależnienia raczej balastem niż pomocą. Intelektualiści mają gorzej! I tak, i nie. Przez lata zobaczyłam i doświadczyłam, że bywa z tym różnie. Ale mam kilka własnych przykładów na to, że zbyt szybko śmigające kółeczka w maszynce mojego umysłu potrafią utrudnić mi życie.

*
Dziś znowu przyłapałam mój umysł na blokowaniu mi dostępu do czegoś, czego potrzebuję i pragnę. (Tak, wiem, to rozdwojenie i antropomorfizacja wydają się cokolwiek schizofreniczne, ale umówmy się, że to po prostu skrót myślowy). I nie podoba mi się to. Rzecz działa się podczas medytacji. Od kiedy na poważnie podeszłam do tematu (Krok 11: Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia), pokonałam już największe, ja sądziłam – przeszkody. Zyskałam na tyle wewnętrznej dyscypliny, by codziennie lub prawie codziennie do medytacji usiąść. Dogadałam się z moim ciałem (bolącym kręgosłupem i niezbyt elastycznymi stawami) i znalazłam wygodną pozycję, która nie odciąga uwagi od meritum. Złapałam też optymalną dla mnie na teraz metodę: skupianie się na oddechu. I gdy już to wszystko ogarnęłam… włączył się kolejny problem – mój umysł. Dziś dotarło do mnie, że to nie kwestia rozbieganych myśli, które nie poddają się dyscyplinie (nie, te dość łatwo potrafię przywołać do porządku), to raczej sprawa kontroli. Mój umysł wciąż chce mieć kontrolę nad wszystkim. Zdobywanie wiedzy, samodyscyplina, poznawanie nowych metod, racjonalne układanie klocków, przesuwanie i zmiana przekonań – to wszystko jest stosunkowo proste i do przyjęcia, nie ma większych niespodzianek. Ale relacja z Bogiem, duchowość (praktyczna, nie w teorii)? Powiało grozą. Grozą niewiadomej! I mój wewnętrzny kontroler sobie z tym nie radzi. Rozpostarł blaszaną osłonę, żeby przypadkiem nic niepewnego, nieznajomego, grożącego rozpadem struktury się nie przedarło, i próbuje trzymać ster. A ja pracuję nad jego (no, moją własną, przecież) kapitulacją na kolejnym odcinku frontu. A ponieważ kilka przyczółków mamy już zdobytych, jest szansa – z pomocą Siły Wyższej – na wygraną. Tym bardziej, że nie nastawiam się na krwawy terror – rozumiem, że mój umysł robi to, co do niego należy: próbuje mnie chronić; w tym zakresie, do jakiego jest powołany. On po prostu pewnych rzeczy może jeszcze nie pojmować, na wiarę mu trudno, musi najpierw pomacać. 

niedziela, 9 maja 2010

026. rozmowa


Ostatni mityng i temat: czy pomaga mi rozmowa z innym alkoholikiem? Odpowiedz jest dla mnie tak oczywista, że nawet nie rozważam mówienia o tym. Bo co powiedzieć? Że gdy jest źle wystarczy jeden telefon do M. i nawet mityng lepiej tego nie załatwi?
Nie muszę o tym mówić, nie muszę się nawet specjalnie zastanawiać nad siłą rozmowy, a po mityngu mam realne potwierdzenie. Zaczyna się niepozornie, od jakiegoś pytania czy stwierdzenia, że to bliskie, a kończy… po prawie dwóch godzinach żarliwej wymiany doświadczeń. Co to daje? Hm, na przykład odpowiedź na wcale nie postawione pytanie (nie zadane w tej rozmowie, ale sobie samej stawiane od lat). Rozmawiasz z kimś – ja wiem, że to wcale nie musi być alkoholik, tym razem nie był – kto ma taką samą albo podobną bazę: przeżyć, przemyśleń, wrażliwości, cierpienia, pragnienia rozwoju, może nawet duchowości, i już ta baza wystarczy, żeby zaiskrzyło, żeby nie trzeba było najpierw testować, a potem naprowadzać na właściwe tory. Tu wszystko wiadomo, można operować skrótami, można darować sobie szczegóły, nie silić się na eufemizmy. Ale najlepsze jest to, że można usłyszeć coś, co być może już słyszane (bo na pewno w takiej czy innej formie było mówione), lecz dopiero teraz, właśnie teraz, kiedy jest najbardziej potrzebne, dociera.
Na przykład, skąd się bierze ten mdlący lęk przed zranieniem, oszukaniem, nielojalnością? Że więcej w nim kontroli, chęci załatwienia sobie spokoju, ale też nie brania odpowiedzialności za swoje życie, niż realnych podstaw. Tak jakby obsesyjne myślenie o możliwości bycia zdradzoną  (na jakiejkolwiek płaszczyźnie) miało uchronić przed tym faktem, jakby miało przerzucić odpowiedzialność ze zdradzającego na mnie, czyli dać mi jakąś moc do zapanowania nad zdradą. Ale też uchronić mnie od jedynej odpowiedzialności, jaka do mnie należy – za siebie. Bo na czyjąś nielojalność nie mam wpływu (zaklęcie: „on/ona nie ma prawa tak mnie traktować” jest niepoważne, jest… właśnie zaklęciem), jedyne co mogę, a nawet mam obowiązek, to zareagować. I dlatego robiłam wszystko, by uciec od odpowiedzialności, bo nie wierzyłam, że potrafię się obronić, zatroszczyć o siebie, powiedzieć nie.
Ale jest jeszcze coś – obraz mnie nieporadnej, zbyt słabej na działanie jest, po pierwsze, zafałszowany, po drugie, nieaktualny, i to dobre kilka lat. A jednak funkcjonował i to z sukcesem przez ten czas. Tylko dlatego, że nie zdobyłam się na wysiłek, by przyjrzeć się temu wcześniej (choć możliwe, że wcześniej i tak niewiele bym zobaczyła).
Niespełna dwie godziny i już więcej nie muszę się bać. Tylko przypomnieć to sobie, zobaczyć fakty, gdy lęk starym zwyczajem zadławi.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

015. licytacja trwa

Musiałabym sobie powiedzieć: przyznałam, że jestem bezsilna wobec wykrzywionej potrzeby bycia kochaną za wszelką cenę, że przestałam kierować własnym życiem. Tymczasem ja wciąż próbuję nad tym panować, kierować, kontrolować. I wydaje mi się, że to ma sens, no bo kto ma to zrobić, jeśli nie ja? Nie przyszło mi do głowy, że mogę ogłosić bezsilność. Mało tego, nie przyszło mi do głowy, że przez te wszystkie lata moimi decyzjami, wyborami, czynami kierowała chora potrzeba bycia ważną. Chora nie dlatego, że sama w sobie taka potrzebna jest dziwna (bo przecież nie jest). Chora, ponieważ brała górę nad wszystkim, liczyło się tylko to, żeby dostać dawkę, namiastkę poczucia miłości lub choć zainteresowania.
W tej chwili, gdy przyszło mi do głowy, że właśnie zaczynam robić pierwszy krok w tej dziedzinie, przeszły mi po nogach okropne dreszcze. To będzie straszne. To jest niezbędne. Całą sobą poczułam, że na to czekałam wszystkie te lata. Żeby przypomnieć sobie każdą sytuację, kiedy upadałam, gdy traciłam godność tylko po to, by dostać ochłap, by zapchać czarną dziurę.

*

Minęło trochę czasu i już znowu chwyciłam ster, już znowu chcę kierować, już nie mam chęci ani bolesnej motywacji, żeby się poddać, żeby prosić. Muszę poczekać na kolejny cios, na kolejne odrzucenie (może tylko w moim mniemaniu), na następne upokorzenie? Ale czy nie jest nim bezustanne wgapianie się w telefon, zaklinanie go? Czarowanie, mamienie losu – ja już jestem w stanie zacząć czytać horoskopy… To prawdziwy upadek. Pamiętam, jak przed laty powiedziałam sobie dość: gdy dotarło do mnie, że oto zrezygnowałam z suszenia włosów i odkurzania, żeby nie przegapić dzwonka telefonu. Bo może on zadzwoni. Tak naprawdę nie ten jakiś on był ważny, tylko żrąca pustka, którą nagle przestał wypełniać. Dziś też ją odczuwam. Jest mi niewyraźnie, źle we własnej skórze, nie mogę znaleźć sobie miejsca, nic na dłużej nie jest w stanie zatrzymać mojej uwagi. Czekam w napięciu, żeby coś. Coś nie nadchodzi. Ja się skręcam. Znam podobny stan z dzieciństwa, kiedy nie mogłam doczekać się na jakąś ważną dla mnie rzecz, wyjazd, niespodziankę. Ale tamto było uprawomocnione, dzieci mają prawo do niecierpliwości.
Zastanawiam się, czy te moje hektyczne drgawki są widoczne i odczuwalne po drugiej stronie słuchawki, kiedy telefon już zadzwoni. Czy udaje mi się zachować twarz zamarzniętej królowej lodu i chłodu. Bo przecież pokazać swoje emocje to wstyd. Zwłaszcza te nienormalne, konwulsyjne. Więc wpadam w kolejny obłęd – udawanie, że mi nie zależy tak bardzo, że mnie nie boli. Tak to się nigdy nie skończy… Nawet o pokorę trzeba prosić.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...