Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezsilność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezsilność. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 stycznia 2015

140. bezsilność i kierowanie

Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem.

Mówią, że program 12 kroków AA to prosty program dla skomplikowanych ludzi. Tak, jasne, prosty… Jak bardzo prosty, przekonuję się za każdym razem, gdy słyszę wypowiedzi typu: pierwszą część pierwszego kroku zrobiłem, ale od siedmiu lat nie mogę przejść tej drugiej części; no, ja jej po prostu nie rozumiem; nie, nie zgadzam się na to niekierowanie, jak piłem, to może tak, ale teraz?

Fakt, polskie tłumaczenie tego kroku jest odrobinę mylące (co zapewne jest tylko drobiazgiem, bo nie przeszkodziło tysiącom uzależnionych od alkoholu ludzi przestać pić i do picia nie wracać), i może jednocześnie wprowadzać zamieszanie i wyprowadzać na manowce. Może chodziło tylko o przekorę – skoro jest taki prosty (program), to go troszkę skomplikujemy!? W końcu jesteśmy tacy niezwykli…

Oryginalny, angielski, zapis Kroku Pierwszego, nie dość, że nie wspomina słowem o „przestawaniu” (co sugeruje, że kiedyś, dawniej, bez alkoholu było inaczej, że wtedy kierowaliśmy), to wskazuje na równorzędność pierwszej i drugiej części. Zespół pracujący nad nowym tłumaczeniem Wielkiej Księgi zdaje się rozważał zmianę brzmienia polskiego Kroku Pierwszego, co z tego wyjdzie, czas pokaże. Ale mnie poruszyło coś innego. To, że żadnej zmiany w kierowaniu moim życiem nie było – wszystko jedno czy pod wpływem alkoholu, czy nie – już wiedziałam. Teraz zrozumiałam, że nie chodzi wcale o kolejność (i związaną z tym hierarchię ważności): najpierw bezsilność, potem niekierowanie. A raczej, że jest to kolejność odwrotna. W moim przypadku tak właśnie było: konsekwencją niekierowania, a dokładniej rzecz ujmując niekierowalności życiem (czyli niemożności podporządkowania się czemukolwiek: zasadom, normom, Bogu, rzeczywistości, rodzicom, pracodawcom, samej sobie wreszcie!) było moje uzależnienie. Nie kierowałam, nie przewidywałam, nie rozumiałam, nie umiałam i nie mogłam przestać. Dlatego piłam. Piłam za dużo. Dużo za dużo. I się uzależniłam. Czyli – stałam się bezsilna wobec C2H5OH. Czy gdyby ktoś wtedy powiedział: Hej, mała, nie pij tyle, bo skończysz na odwykówce! zatrzymałabym się? Szczerze wątpię. Bo bym nie uwierzyła. Bo lubiłam pić i picie sprawiało mi przyjemność i dawało ulgę. Bo chyba nie byłam w stanie nie pić. Na pewno nie byłam w stanie dotrzymać obietnicy danej samej sobie, wywiązać się z zawartej ze sobą umowy.
Moje życie nie poddawało się kierowaniu, dlatego podejmowałam lekkomyślne, katastrofalne dla mnie i często dla otoczenia, decyzje. Decyzja o piciu, o pomaganiu sobie przy pomocy alkoholu, była tylko jedną z wielu kiepskich, beznadziejnych decyzji w moim życiu. Nadmiar alkoholu w dokonywaniu lepszych wyborów (nawet w chwilach bez promili we krwi) zdecydowanie nie pomagał. I tak koło się zamykało, a wręcz układało w spiralę.  

czwartek, 8 września 2011

064. moje słodkie dno

Coś się dzieje, a ty nie wiesz dlaczego. Chcesz czegoś, a wychodzi zupełnie inaczej. Najpierw się złościsz, potem próbujesz różnych sztuczek, żeby jednak było po twojemu, na koniec wpadasz w rozpacz, bo nie jest. Zwykle to trwa bardzo długo. Rozwija się latami. Czasem odległość od początku do końca znacząco się skraca. Wszystko zależy od tego, jak bardzo ci po drodze z rzeczywistością. Jak bardzo chcesz i umiesz ją zobaczyć, i się na nią zgodzić.
Najgorszy (niby) jest upadek, ten moment, kiedy już wiesz, że z twoich wysiłków nic nie będzie, że to wszystko na nic – och, tak leciutko, prawie że elegancko, przy dobrym swingu i pysznej kawce z pianką, piszę o stanie, w którym gówno podchodzi ci pod nos i wlewa się do środka, bo w końcu musisz przecież zaczerpnąć powietrza. I ten potworny strach – co będzie, gdy… O stanie największego upodlenia, dna i syfu, kiedy myślisz, że można już tylko umrzeć. Ale jeśli w nim byłeś choć raz, dobrze wiesz, o jaki stan chodzi.
Napisałam „niby”. Bo? To moment i miejsce najgorsze z możliwych w tym czasie dla ciebie. Ale jeśli tylko zdołasz się odbić od dna (co tak naprawdę wymaga tylko, i aż, jednego – stwierdzenia, że już dłużej tak nie chcesz) nie tylko dno się skończy, ale ty poszybujesz wysoko. Bo po wypluciu gówna z ust wszystko staje się niewiarygodnie świeże.
*
Takich stanów miałam w życiu kilka. Nie wszystkie na jeden temat. Nie wszystkie przeżywałam z jednakowym natężeniem. Nie wszystkie były tego warte. Ostatni mi pokazał, że chyba umiem z nimi żyć. I, wiem, zabrzmi wariacko, że są moim błogosławieństwem. Gdyby nie one nie odbiłabym się, nie zaczęłabym żyć, tak naprawdę.
Leżę więc sobie, myślę, że jestem największą kretynką na świecie, że sama to wszystko sobie zorganizowałam, w środku jestem czarniejsza niż ta noc, boli potwornie, że moje pragnienia, a może tylko chcenia nic nie znaczą, nic z nich nie będzie, a moje starania są śmieszne i głupie. Zalewam się łzami i… błagam Boga, żeby mnie uratował, żeby coś z tym zrobił, bo ja już nie wiem, nie mogę, nie umiem, nie dam rady. Poddaję się.
Mija bezsenna noc, mija zamglony ponury poranek i dzień, i noc kolejna. Budzę się znowu i czuję, że to wszystko odeszło, że już nie chcę tych chceń, że mam spokój i ciszę w środku. Już wiem, że to nie koniec świata, bo takich końców świata przeżyłam przecież parę. Wiem jeszcze jedno, właśnie to odkryłam, a może tylko sobie przypomniałam: po stracie zostaje wspaniała przestrzeń, miejsce do wypełnienia (niektórzy nazywają je pustką, ale to tylko prowadzi do użalania się) i ogromna porcja energii (pozostałość po staraniach, uganianiu się za…) i to jest wielka szansa, której nie mam zamiaru przepuścić.

piątek, 10 czerwca 2011

060. małe kłamstewka


Zbierają się latami. Odkładają, rosną w sterty i hałdy. Nie tykane, nie wietrzone, niezauważane  – przecież są takie małe, takie niewinne… Kłamstwo lub podłość wielkiego kalibru strasznie uwiera, choćby tylko dla własnego komfortu i spokoju trzeba się z nim rozprawić. Ale małe niewinne kłamstewka? Nawet nie kłamstewka przecież, ot, przemilczenia, małe przebarwienia rzeczywistości, niezrozumienie tematu…

*

Nie wynikały z celowego ordynarnego mijania się z prawdą, z chęci zatajenia czegoś. Nie, były jedynie systematycznym, metodycznym wręcz przetrącaniem definicji, myleniem pojęć. Przy okazji niezwykle skutecznym, misternie zawoalowanym mechanizmem obronnym. Czy umyślnym? Na poziomie świadomości nie miałam takiej intencji. Ja – ta codzienna, zdrowiejąca, mocno stąpająca po gruncie teraźniejszości (albo choć próbująca się do tej wizji zbliżyć) – nie wiedziałam, bo nie chciałam wiedzieć, że to robię. Wolałam się za bardzo nie wgłębiać w pojęcia, które nagle zaczęły mnie dotyczyć. Stworzyłam własne ich definicje (oparte na stereotypach, wykoślawionych, niesprawdzonych informacjach, plotkach, braku wiedzy, czyli po prostu ignorancji) – bezpieczne dla mnie zakłamanej i dla mojej choroby zakłamania – i przez lata ich się trzymałam. „Trzymałam się” to mało precyzyjny opis. Ja do nich w ogóle nie zaglądałam, nie wietrzyłam przekonań, nie weryfikowałam. Bo i po co? Żeby odkryć coś dla mnie niewygodnego? Coś, co może zacząć uwierać moją dobrze odżywioną tożsamość świetnie trzeźwiejącej alkoholiczki (jeśli już musiałam mieć przylepione do siebie słowo „alkoholiczka”, to tylko osłodzone jakimś wzorowym epitetem).Sporo przekonań na temat mojego picia odkłamałam dosyć szybko, w pierwszych tygodniach i miesiącach niepicia. Ale kilka czekało na sprostowanie wiele lat.

*

Pierwsze małe kłamstewko. Nie wynosiłam z domu. Wynoszenie z domu łączyło się dla mnie z następującym obrazkiem: sprzęt grający, biżuteria zastawione w lombardzie, książki oddane do antykwariatu, cenne przedmioty wysprzedawane po to, by mieć pieniądze na alkohol. To oczywiste, że nie mogę się z tym identyfikować. Koniec, kropka! Ale nie przyszło mi do głowy, że kupowanie sobie drinków za jedyne dostępne pieniądze – które zarabiał mój mąż – jest… tak, właśnie tym. Pomniejszaniem domowego budżetu. Czyli okradaniem najbliższych. A moje pierwsze zarobione pieniądze? Uznałam, że są moje właśnie i mogę z nimi robić co chcę. Mogę je przepić. Tych nie musiałam wynosić, bo ich do domu nawet nie przynosiłam. Więc chyba się nie liczy?Drugie małe kłamstewko. Nie piłam alkoholi niekonsumpcyjnych. Naturalnie, że nie! Wody brzozowej, denaturatu czy płynu Borygo nie miałam nigdy w ręku. Cóż za pomysł, żeby zadawać mi takie pytanie. Mi! Nie budziło za to moich zastrzeżeń to, że tak chętnie brałam się za wzmacnianie organizmu Biovitalem (który nie wiedzieć czemu serwowałam sobie zawsze w kieliszku do likieru) albo że buteleczka Neospasminy (ulubionej od dzieciństwa i zażywanej obficie) starczała mi na dwa „użycia”, rzecz jasna bez konsultacji z lekarzem. W dalszej kolejności jest bimber (odpowiednio doprawiony smakował prawie jak winiak, no, w każdym razie na pewnym etapie „prawie” nie robiło specjalnej różnicy). Można się oczywiście upierać, że syropy są przecież przeznaczone do spożycia. Tak, ale jako leki, w ściśle określonych – i przepisanych! – dawkach.Trzecie małe kłamstewko. Nie piłam ciągami. Cóż to jest ciąg, cug, korek, kocioł? To wielodniowe patologiczne picie, od rana do wieczora, a właściwie od świtu do świtu, bez przerw, bez powrotów do domu. Przepraszam bardzo, do takich rzeczy proszę mnie nie mieszać! To, że każdego wieczoru wypijam kilka lampek wina, ale przecież nie każdego się upijam, to że po „ciężkim wieczorze”, takim z gatunku już nigdy więcej nie wezmę alkoholu do ust, do obiadu wypijam ożywcze, orzeźwiające piwo, to chyba jeszcze nie tragedia? Jaki to ciąg? Nie docierało do mnie, że każda definicja ma wersję minimum, w tym przypadku chodzi o codzienne przyjmowanie dawki alkoholu. Przyjmowałam? Przyjmowałam!Czwarte małe kłamstewko. Nie piłam w miejscach, które uważałam za nieodpowiednie dla mnie i z ludźmi, z którymi w innym wypadku nigdy bym nie utrzymywała relacji. Och, oczywiście, że piłam, ale nie dlatego, że musiałam. To był mój wybór. Bo ja robiłam taki eksperyment! Ja – kobieta nowoczesna, wykształcona, feministka i buntowniczka mogę robić co chcę, gdzie chcę i z kim chcę. Miałam taki kaprys, żeby wejść do jakiejś spelunki. To była ciekawość człowieka poszukującego… takie zbieranie materiałów. Z pewnością nie miało wiele wspólnego z tym, że w okolicy nie było innego lokalu o nieco wyższym standardzie obsługi, że akurat na droższy lokal niekoniecznie starczyłoby funduszy albo że z jakiegoś powodu bałam się do tego „lepszego” wejść (a z mordowni mnie chyba nie wyproszą?)Wylazły na powierzchnię w idealnym momencie – gdy Pierwszy Krok zaczął mi się nieznacznie zacierać. Gdy zaczęłam gubić granice, być może szykować się na dopuszczenie jakichś wątpliwości i głupich nadziei, że może ja jednak więc zobaczyłam, że jednak nie.


poniedziałek, 25 stycznia 2010

015. licytacja trwa

Musiałabym sobie powiedzieć: przyznałam, że jestem bezsilna wobec wykrzywionej potrzeby bycia kochaną za wszelką cenę, że przestałam kierować własnym życiem. Tymczasem ja wciąż próbuję nad tym panować, kierować, kontrolować. I wydaje mi się, że to ma sens, no bo kto ma to zrobić, jeśli nie ja? Nie przyszło mi do głowy, że mogę ogłosić bezsilność. Mało tego, nie przyszło mi do głowy, że przez te wszystkie lata moimi decyzjami, wyborami, czynami kierowała chora potrzeba bycia ważną. Chora nie dlatego, że sama w sobie taka potrzebna jest dziwna (bo przecież nie jest). Chora, ponieważ brała górę nad wszystkim, liczyło się tylko to, żeby dostać dawkę, namiastkę poczucia miłości lub choć zainteresowania.
W tej chwili, gdy przyszło mi do głowy, że właśnie zaczynam robić pierwszy krok w tej dziedzinie, przeszły mi po nogach okropne dreszcze. To będzie straszne. To jest niezbędne. Całą sobą poczułam, że na to czekałam wszystkie te lata. Żeby przypomnieć sobie każdą sytuację, kiedy upadałam, gdy traciłam godność tylko po to, by dostać ochłap, by zapchać czarną dziurę.

*

Minęło trochę czasu i już znowu chwyciłam ster, już znowu chcę kierować, już nie mam chęci ani bolesnej motywacji, żeby się poddać, żeby prosić. Muszę poczekać na kolejny cios, na kolejne odrzucenie (może tylko w moim mniemaniu), na następne upokorzenie? Ale czy nie jest nim bezustanne wgapianie się w telefon, zaklinanie go? Czarowanie, mamienie losu – ja już jestem w stanie zacząć czytać horoskopy… To prawdziwy upadek. Pamiętam, jak przed laty powiedziałam sobie dość: gdy dotarło do mnie, że oto zrezygnowałam z suszenia włosów i odkurzania, żeby nie przegapić dzwonka telefonu. Bo może on zadzwoni. Tak naprawdę nie ten jakiś on był ważny, tylko żrąca pustka, którą nagle przestał wypełniać. Dziś też ją odczuwam. Jest mi niewyraźnie, źle we własnej skórze, nie mogę znaleźć sobie miejsca, nic na dłużej nie jest w stanie zatrzymać mojej uwagi. Czekam w napięciu, żeby coś. Coś nie nadchodzi. Ja się skręcam. Znam podobny stan z dzieciństwa, kiedy nie mogłam doczekać się na jakąś ważną dla mnie rzecz, wyjazd, niespodziankę. Ale tamto było uprawomocnione, dzieci mają prawo do niecierpliwości.
Zastanawiam się, czy te moje hektyczne drgawki są widoczne i odczuwalne po drugiej stronie słuchawki, kiedy telefon już zadzwoni. Czy udaje mi się zachować twarz zamarzniętej królowej lodu i chłodu. Bo przecież pokazać swoje emocje to wstyd. Zwłaszcza te nienormalne, konwulsyjne. Więc wpadam w kolejny obłęd – udawanie, że mi nie zależy tak bardzo, że mnie nie boli. Tak to się nigdy nie skończy… Nawet o pokorę trzeba prosić.

niedziela, 24 stycznia 2010

014. niezgoda na bezsilność

Pierwszy krok AA mam – chyba – jako tako opanowany. Wiem, ze warto od czasu do czasu odświeżyć sobie obrazy z przeszłości, udowadniające, co tak naprawdę mogę, jaką mam władzę, a raczej – czego nie mogę i nad czym nie panuję.
Gorzej z ogłoszeniem bezsilności wobec innych zniewoleń. Jedno teraz najbardziej daje się we znaki. Trudno mi z nim, bo dotyczy rudymentarnej potrzeby ludzkiej – miłości i bliskości. Tu nie potrafię i nie chcę oddać. Poddać się, powierzyć Bogu, poprosić, by to On poprowadził. Jak to zrobić? Z alkoholem sprawa jasna – mogę odstawić, dzień po dniu,  na długo, wyobrażam sobie, że nawet na całe życie. Ale z bliskością, miłością, byciem z mężczyzną… Nie, tego nie jestem w stanie się wyrzec! To chyba tak, jak z zakłóceniami w jedzeniu, z bulimią czy anoreksją. Wiem, że musiałabym się nauczyć jakoś funkcjonować z uzależnieniem, bo przecież jeść muszę, by żyć.
OK., może nie muszę kochać i być kochaną, żeby przeżyć. Ale życia bez tego nie chcę. Nie chcę tak żyć, ani nawet wyobrażać sobie, że będę tego pozbawiona, że umrę bez miłości. Tego rodzaju miłości.
Jestem wściekła, że nie mogę ułożyć sobie życia (tak, to bolesne i żałosne, że pełnię widzę tylko w byciu z mężczyzną; bo przecież życie – poza tym jednym obszarem – mam świetnie ułożone), nie mam na to zgody. No, bo jak to, dlaczego ja nie mogę tego mieć? Co takiego zrobiłam, że ja nie? Czy to kara?
Ostatnio pokłóciłam się o to z Bogiem. Nie, nie pokłóciłam, zrobiłam Mu karczemną awanturę, z krzykami, wyzwiskami i płaczem. Jak to jest, z tą Jego miłością, skoro nie chce mi dać takiego drobiazgu (w Jego optyce, tak przypuszczam), tego, co jest dla mnie najważniejsze, co jest mi tak potrzebne, że aż niezbędne? (Teraz, oczywiście, widzę, dlaczego mogę tego nie dostawać… właśnie dlatego, że to najważniejsze, że poza tym nie ma dla mnie smaku, że tego chcę pożądam).
Kłótnia odbyła się w drodze na przypadkowy i ponadplanowy mityng. A tam, zamiast kroku pierwszego, jak przykazane w styczniu, nagle omawiają trzeci: Powierzyliśmy nasze życie i naszą wolę opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy. Co takiego? Mam oddać się komuś, kto nawet nie wiadomo czy istnieje, czy w ogóle mnie zna, a już na pewno nie ma zamiaru pomóc mi w czymkolwiek? Akurat! Bunt coraz większy – nie zamierzam się powierzać, bo nie ufam, że On mnie uratuje. I widzę naraz, że krok drugi (Uwierzyliśmy, że siła większa – do tej pory zawsze stawiałam w to miejsce Boga – od nas samych może przywrócić nam zdrowie.) też wziął w łeb. Ale nie ma się co dziwić, że lecą jak domino. Skoro pierwszy nie istnieje kolejne nie mają przecież racji bytu.

niedziela, 3 stycznia 2010

010. nie jestem nienormalna

Dziś mityng DDA. Poprzednio – jedyny raz w tym miejscu – byłam dwa lata temu. Nie lubię tych mityngów, są dla mnie takie rozlazłe. Cóż, kiedy nawet takie niedoskonałe działają.
Nie miało mnie tam być dzisiaj. Podobnie, jak nie miałam być wczoraj w pewnym miejscu i zobaczyć sceny, która godziła w moją godność i moje bezpieczeństwo, i która wymusiła na mnie podjęcie konkretnych działań, tym bardziej, że wszystko odbyło się przy świadkach. Przypadek? Wątpię. Ja to nazywam nawet nie magią, tylko niezwykłą egzemplifikacją Bożej Miłości do mnie. Od jakiegoś czasu wiem i głęboko wierzę, że mój Anioł Stróż (czy jakkolwiek mogłabym nazwać tę Siłę) bardzo o mnie dba, ma pełne ręce roboty i wykonuje ją potwornie sumiennie.
Wczoraj Bóg pozwolił mi więc zobaczyć, że jestem oszukiwana. Zrobił to w sposób widowiskowy i tak, że trudno przejść nad tym do porządku, choć ja odkryłam w sobie nawet pokusę udania, że nic się nie stało albo że to na pewno da się jakoś wytłumaczyć.
Dziś za to, właśnie na mityngu, usłyszałam dwie niesamowite rzeczy – dla mnie odkrywcze, choć siedzę w temacie od lat. Po pierwsze, że dorastanie w chorym, pijanym domu spowodowało u mnie między innymi uzależnienie od bycia krzywdzoną (właśnie, niezauważalnie dla samej siebie, zaczęłam pozwalać to robić). Po drugie, pewne określone moje dziwne, wkurzające, wstydliwe zachowania są efektem życia z tatą alkoholikiem i współuzależnioną mamą, nie jest moją winą, że wybuchają teraz nagle, gdy ktoś włączy zapalnik. To nie jest moja wina, nie mam na to wpływu, że się pojawiają (inna rzecz, co dalej z tym zrobię), nie mogę tego kontrolować, bo jestem bezsilna wobec tych zachowań. Nie znaczy to dla mnie, że nie ponoszę za nic odpowiedzialności, a jedynie to, iż nie muszę katować się dodatkowo, że jestem słaba, że mało się staram, że jestem nikim, że coś tam się stało, nad czymś nie zapanowałam, czemuś się poddałam. Ogromna ulga!
I jeszcze to, że skoro bezsilność, to tylko Bóg się z tym rozprawi, więc spokojnie mogę mu to powierzyć. A nawet muszę (nie mówiąc o tym, że teraz już bardzo chcę), bo to jest zbyt wielkie dla mnie, sama nie uniosę.

*

Straciłam czujność. Ja, taka doświadczona, dbająca o swoje bezpieczeństwo alkoholiczka. Jak to się stało, że dałam się wmanipulować w to picie u mnie w domu? Że nie zauważyłam, czym to może grozić, nie zastanowiłam się, dlaczego ten toast taki niezbędny? Proste, bo współuzależnienie było pierwsze, przed alkoholizmem, bo najpierw zadziałała ta zapadka z dzieciństwa. To na pewno ze mną coś nie tak, że mam jakieś obiekcje, tu człowiek chce normalnie, jak człowiek właśnie, a ja, dzikus jakiś, wymyślam, że nie można. Przecież powiedział, że wszystko jest dla ludzi, zwłaszcza rozsądnych, a on rozsądny… Tak powiedział.
Przestraszyłam się, że poszło tak łatwo. Że byłam tak niebezpiecznie blisko. Wiem, że byłam.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...