niedziela, 3 stycznia 2010

010. nie jestem nienormalna

Dziś mityng DDA. Poprzednio – jedyny raz w tym miejscu – byłam dwa lata temu. Nie lubię tych mityngów, są dla mnie takie rozlazłe. Cóż, kiedy nawet takie niedoskonałe działają.
Nie miało mnie tam być dzisiaj. Podobnie, jak nie miałam być wczoraj w pewnym miejscu i zobaczyć sceny, która godziła w moją godność i moje bezpieczeństwo, i która wymusiła na mnie podjęcie konkretnych działań, tym bardziej, że wszystko odbyło się przy świadkach. Przypadek? Wątpię. Ja to nazywam nawet nie magią, tylko niezwykłą egzemplifikacją Bożej Miłości do mnie. Od jakiegoś czasu wiem i głęboko wierzę, że mój Anioł Stróż (czy jakkolwiek mogłabym nazwać tę Siłę) bardzo o mnie dba, ma pełne ręce roboty i wykonuje ją potwornie sumiennie.
Wczoraj Bóg pozwolił mi więc zobaczyć, że jestem oszukiwana. Zrobił to w sposób widowiskowy i tak, że trudno przejść nad tym do porządku, choć ja odkryłam w sobie nawet pokusę udania, że nic się nie stało albo że to na pewno da się jakoś wytłumaczyć.
Dziś za to, właśnie na mityngu, usłyszałam dwie niesamowite rzeczy – dla mnie odkrywcze, choć siedzę w temacie od lat. Po pierwsze, że dorastanie w chorym, pijanym domu spowodowało u mnie między innymi uzależnienie od bycia krzywdzoną (właśnie, niezauważalnie dla samej siebie, zaczęłam pozwalać to robić). Po drugie, pewne określone moje dziwne, wkurzające, wstydliwe zachowania są efektem życia z tatą alkoholikiem i współuzależnioną mamą, nie jest moją winą, że wybuchają teraz nagle, gdy ktoś włączy zapalnik. To nie jest moja wina, nie mam na to wpływu, że się pojawiają (inna rzecz, co dalej z tym zrobię), nie mogę tego kontrolować, bo jestem bezsilna wobec tych zachowań. Nie znaczy to dla mnie, że nie ponoszę za nic odpowiedzialności, a jedynie to, iż nie muszę katować się dodatkowo, że jestem słaba, że mało się staram, że jestem nikim, że coś tam się stało, nad czymś nie zapanowałam, czemuś się poddałam. Ogromna ulga!
I jeszcze to, że skoro bezsilność, to tylko Bóg się z tym rozprawi, więc spokojnie mogę mu to powierzyć. A nawet muszę (nie mówiąc o tym, że teraz już bardzo chcę), bo to jest zbyt wielkie dla mnie, sama nie uniosę.

*

Straciłam czujność. Ja, taka doświadczona, dbająca o swoje bezpieczeństwo alkoholiczka. Jak to się stało, że dałam się wmanipulować w to picie u mnie w domu? Że nie zauważyłam, czym to może grozić, nie zastanowiłam się, dlaczego ten toast taki niezbędny? Proste, bo współuzależnienie było pierwsze, przed alkoholizmem, bo najpierw zadziałała ta zapadka z dzieciństwa. To na pewno ze mną coś nie tak, że mam jakieś obiekcje, tu człowiek chce normalnie, jak człowiek właśnie, a ja, dzikus jakiś, wymyślam, że nie można. Przecież powiedział, że wszystko jest dla ludzi, zwłaszcza rozsądnych, a on rozsądny… Tak powiedział.
Przestraszyłam się, że poszło tak łatwo. Że byłam tak niebezpiecznie blisko. Wiem, że byłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz