poniedziałek, 4 stycznia 2010

011. zasysająca otchłań

Znowu się odzywa. Pierwsze sygnały są tak subtelnie zawoalowane, że możesz ich nawet nie poczuć albo pomylić z czymś zupełnie innym, jakąś małą choróbką, dolegliwością żołądkową. Możesz zgonić na niskie ciśnienie, napięcie przedmiesiączkowe albo początek podstępnej działalności pasożyta. Zaczyna się dziwnym wierceniem w brzuchu, suchością w ustach, szumem w uszach. Wydaje ci się, że te czysto fizyczne objawy muszą mieć związek z twoim ciałem, z jego chwilowym niedomaganiem. Mają, ale nie w sposób, w jaki o tym myślisz. Nawet się nie spodziewasz, co się za tym kryje i jak długo nosisz w sobie tego wirusa. Kiedy już rozpęta się na dobre przypomnisz sobie – ona nie da ci tego nie zauważyć, przegapić, zrobi wszystko, żebyś poczuł każdą komórką, każdym neuronem, każdym nanometrem swojej aury, każdym gramem swojej duszy – z czym masz do czynienia i że nie masz żadnych szans, i tak polegniesz, choćbyś nie wiadomo jak się starał, buntował, walczył.
Powolutku, i na razie tylko na sekundę, rozchyla zasłonki, wypuszcza trujące tchnienie, jakiś smrodliwy powiew. Spróbuj ratować się teraz, zanim z przeraźliwej czarnej otchłani zionie prawdziwą pustką. Żarłoczną, nigdy nienasyconą, nieubłaganą. Czy już ją poznajesz? Swoją prywatną zabójczą bezdenną dziurę rozpaczy. Za późno na odwrót. Jedyne, co możesz teraz zrobić, to modlić się, by tym razem pozostawiła cię przy życiu. Nie licz na więcej. Zapomnij o godności. Po jej ataku nic ci z tych rzeczy, uważanych przez demokratów za podstawowe i niezbywalne prawa każdej ludzkiej jednostki, nie zostanie. Nie będziesz o nich nawet pamiętał. Jedyne, na co – być może – będzie cię stać, to powolne, żmudne pielęgnowanie maleńkiego kłącza instynktu przetrwania, jeśli będzie na tyle nieuważna, że nie rozszarpie go na strzępy i nie zetrze na miazgę.
Może jesteś na tyle głupi, że zechcesz z nią walczyć. Cóż, możesz spróbować zalać ją morzem alkoholu, zapchać żarciem, zagłuszyć beznadziejnym pieprzeniem kogoś, kogo imienia na pewno nie zapamiętasz, nawet o nie nie zapytasz. Utonąć w necie, w hazardzie, prochach. Dać się ogłupić telenowelom albo wstąpić do sekty. Zgnoić swoje dziecko albo rozpuścić się w słodkokrwistym smaku pięści jakiegoś sfrustrowanego faceta.
Nic jej nie nasyci, zapewniam cię. Z ohydnym odgłosem beknięcia, z głuchym pomrukiem zdziwienia twoją szarpaniną upomni się o więcej. I ty jej to dasz. Wlejesz w nią więcej wódy, pozwolisz się zerżnąć kolejnym zezwierzęconym półidiotom, zastawisz wszystko, co ci jeszcze dziwnym trafem zostało, połkniesz tabletki, przypalisz swoje białe uda lokówką albo wbijesz między nie szydełko.
Znam to. Nie wiem, jakim cudem jeszcze żyję. To, co miało przynieść ratunek okazało się być stygnącym cementem na moich stopach. Ściągnęło mnie w dół, jeszcze głębiej, niż sądziłam, że można upaść. W rejony, o których wiedzą tylko nieliczni. Bo ci, którzy tam trafili albo nigdy nie wracają, albo nie chcą czy nie potrafią o tym mówić. Zresztą, i tak nikt by nie uwierzył.

*

Napisałam to w 2005 roku. To fragment czegoś, co miało być powieścią.
Podobnie było ze mną. Przez lata. Dziś znowu się odezwała. Inaczej, bo i ja jestem inna. Ale też przeraziła. To rodzaj metaprzerażenia – przez chwilę wiłam się ze strachu nie tylko na myśl o tym, że oto znowu do mnie macha, że będzie bolało, że jest bardzo niebezpiecznie, ale przed oczekiwaniem i wyobrażeniem, do czego mnie doprowadzi, do czego zmusi tym razem. Jak bardzo się poniżę.
Na razie zamilkła. Zastanawiam się, czy nadmiernym analizowaniem nie rozdmuchuję jej, tak jak jest na przykład ze złością. Mogłabym się postarać ucinać myśli o tym, jak bardzo będę się bała, jak będę się trzęsła, czy uda się pozostać przy wewnętrznym rozedrganiu, opanować drżenie głosu i rąk. Mogłabym…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz