czwartek, 30 grudnia 2010

046. biała bluzka


Cynizm, zepsucie, ironia ocierająca się o chamstwo, ciężka gra półsłówek, niezrozumiała dla mniej błyskotliwych, niestrawna dla bardziej, te niby żarciki – nieśmieszne, dźgające jak sztylety. Mój ojciec, piekielnie zdolny skrzypek z jednym okiem, zdegenerowany malarz-artysta – stały bywalec knajpy, w której pracowałam, ja… (było ich/nas więcej, ale… tylu pamiętam dobrze). Nie mogę słuchać tych żartów, odzywek – wystarczy pół zdania i wiem, z kim mam do czynienia. Wywraca mnie na lewą stronę. Sama  kiedyś taka byłam. I sądziłam jeszcze, że to jest ok., że to oznaka inteligencji. Ale już nawet się tego nie wstydzę. To było.
Czytam Białą Bluzkę i widzę dramat, smutek, rozpacz pijacką. Ja widzę tylko objawy choroby, właściwie wyłącznie to mnie interesuje. No i beznadzieja. Jak ona mnie wciąga! Taki mam czas.
W teatrze u Jandy jakbym oglądała coś innego. Jest nieszczęście, jest. Ale już nie tak cholernie pijackie (a ja chciałam właśnie się unurzać), bardziej narodowościowe. Dla mnie zbędny wtręt – jako dziecko rodziców niezaangażowanych w nic oprócz chlania i reagowania na to chlanie, całą wiedzę o świecie musiałam zdobyć sama, na sytuację polityczną, dawną i obecną, nie starczyło mi zapału i miejsca w głowie.
Ale wybaczam teraz Jandzie tę całą nudną politykę, wybaczam jej za piosenkę Wariatka tańczy. Bo sprawia, że drży we mnie każda komórka, oddzielnie, rozpaczliwie, i mam swoje unurzanie.
Taką to by na stos 
Na co jej durny los 
Dajcie chłopcy ten kagańczyk 
Warkocz jej płonie już 
Dookoła złoty kurz 
A wariatka jeszcze tańczy
Szalona wiruje chusta 
Szalone całują usta 
Otkaczałka, wariatka, ech 
Nie patrzy do lustra
Czerwona na niej sukienka 
Czerwona w sercu udręka 
Otkaczałka, wariatka, ech 
Przed losem nie klęka
(Ależ gapa ze mnie! Nasz system szkolnictwa wywiązał się świetnie ze swojego zadania:  kazał się doszukiwać politycznych aluzji – dziewiętnastowiecznych, zamierzchłych żeby nie było! – w byle obłoku czy gołębiu, więc po takim przegięciu nie widzę nawet, gdy mam czarno/czerwono na białym. Przecież ta Wariatka jest polityczna! I cholernie ludzka.)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

045. co mi się narodziło


Święta są straszne. Zwłaszcza te święta. Przed Wigilią atak złych myśli, użalania, czarnowidztwa. O śmierci, końcu, pustce. Wreszcie o piciu. Tak, to by było nawet coś – dowalić sobie jeszcze bardziej, dobić się, zniszczyć. Choć w tamtej chwili jeszcze tego nie widziałam, że nie chodzi o wątpliwą ulgę, ale o kolejny cios; umysł zatrzymał się na rozważaniu, z kim albo w czyjej asyście w tym moim starym mieście mogłabym dokonać aktu autodestrukcji. Ta praca umysłu i spacer wokół domu wystarczyły, żeby jakoś się postawić do pionu, wyleźć ze skorupy, zacząć rozmawiać, coś robić, nie myśleć. Na trochę wystarczyło, bo potem znowu: czyjeś zaręczyny, czyjeś ciąże, czyjeś plany, czyjeś coś. A moje? Co moje? Moje nic. Brak celu, psychiczna emerytura mocno przedwczesna. Nic do zdobycia, do realizacji jest czymś strasznym. Zakopuję się w ziemi. Samodzielnie, jak na dzielną dziewczynkę przystało. Ale gdy to robię, gdy atak trwa, nie potrafię i nie chcę spojrzeć szerzej, że to głupie, niepotrzebne, że szkoda czasu i energii, że nie służy życiu. Przecież jakiś czas temu podjęłam decyzję – życie jest naprawdę tym, czego chcę, nawet jeśli czasem powraca stare myślenie.
*
Rozmowa z J. o piciu i niepiciu. Znamy się od dziecka i zupełnie na inny temat, ale gdy okazało się, że łączy nas nie tylko wspólny plac zabaw, czasem zapuszczamy się w pijackie rewiry. Od początku – głupia! – czułam się „mądrzejsza”, z większym doświadczeniem w trzeźwieniu, bo J. nie pije po swojemu, bez terapii, psychologów, AA. Opowiadałam, tłumaczyłam, raz nawet zabrałam na mityng. A wczoraj, chyba pierwszy raz zlazłam z tego piedestaliku, pokazałam siebie słabą, niepewną, zagubioną. I gdy wracałam ze spotkania poczułam, że się uśmiecham, że lżej, że 12 krok… Czy ja w ogóle rozumiem 12 krok? Czy można o nim sensownie opowiedzieć – teoretycznie? 12 krok to było moje spotkanie z J. Nie – radzenie, nie – mądrzenie się. Tylko prawda o sobie.

środa, 24 listopada 2010

044. ktoś się martwi

Najpierw zadzwonił C, z daleka, z jakby pretensją (taką zdrową, ustawiającą), że nic nie piszę na blogu i w związku z tym on nie wie, co u mnie. Gorzej – nie odbieram telefonów, znaczy – nie ma mnie. Za to nowa fascynacja – samochód, więc sobie domyślił jakieś złe.Potem napisał A: jak masz zmartwienia i marnie się czujesz, a potem znikasz na dwa dni, to się trochę martwię; nie tak bardzo, bo wiem, że jesteś silna, radzisz sobie, ale tak trochę. A ja się zdziwiłam. Bo bardzo się odzwyczaiłam, że ktokolwiek może się martwić. Czy stoi za tym brak wiary, że mogę być dla kogoś na tyle ważna, żeby się troszczył? Nie wiem, ale to chyba wygodne. Żyć bez opowiadania się, bez oglądania na innych. Do czasu. Bo gdy nadchodzi kryzys (niekoniecznie już starość i samotność) i stan (wydumanej, domniemanej) pustki to ta wolność już tylko ciąży. Wtedy by się chciało, żeby ktoś zwrócił uwagę na smutek w przymknięciu powiek czy linii pleców. Niechby nawet za cenę tego niby braku wolności. A tu, proszę, nie trzeba doprowadzać się do takiego stanu, bo są tacy, co są. Nawet jeśli – tak jak ja często – tylko myślą, nie dzwonią, pozostawiając wolność nawet na znikanie…

wtorek, 26 października 2010

043. na oścież


Pojawiło się nie wiadomo skąd. Dziwne takie. Niespodziewane. Nie wiadomo jak do tego podejść, co myśleć. Pragnienie prawdziwej bliskości. Nie, że przytulić się. Nie, że czyjaś obecność. Pragnienie czegoś, co dawno, dawno temu, w szczenięctwie mogło być prawie naturalne, potem nie sprawiało jeszcze takiego wielkiego kłopotu, a później, przez lata wydawało się niemożliwe i przede wszystkim niepotrzebne. Powiedzieć o sobie wszystko, pokazać się całkowicie, bez masek, osłonek, przebrań, makijażów. Mieć kogoś takiego, jedną osobę, której to wszystko… Te straszne rzeczy, „okropne” tajemnice, całe dzieciństwo, życiorys cały pogmatwany, wszystkie ciotki, dziadki, zajadłości, choroby dziedziczne, szpitale, cmentarze… Wszystkie głupotki, młodzieńcze miłostki, szkolne zachwyty, pierwsze sanki i sasanki, kolonie, harcerskie obozy, bunty i sny znaczące. Myśli wszystkie, poczucia, wartości, cele i marzenia, strachy i wstydy. I to najgorsze, zawsze pogardzane: te zwykłe, banalne, te flaki z olejem, co to lepiej, żeby ich nie było, bo tak zamulają, tak szarańczą życie, codzienną już i tak codzienność. Wywalić siebie całą. Odkryć się do cna. Nie bać się. Nie wstydzić. Że głupia, że śmieszna, że nudna. I żeby ten ktoś to wszystko przyjął. Tak zwyczajnie, jakby nic się nie stało. Jakby to było coś najnormalniejszego na świecie.
Tak zamarzyłam. Pierwszy raz w życiu.

niedziela, 24 października 2010

042. lubię tylko smutne piosenki


Zakochałam się. Wiem, że to toksyczna fascynacja, że choć inspirująca, to może zaprowadzić tylko w smutne rewiry. Ale na razie nie chcę jej przerywać. Zakochałam się w Osieckiej, która do tej pory mnie bardziej nudziła czy irytowała, niż ciekawiła, której nie rozumiałam, bo nie chciało mi się przyjrzeć, wczytać i wsłuchać. A potem coś przeczytałam, jakiś wiersz, artykuł, list. I wpadłam. Pociąga mnie bardzo, słyszę w niej już tylko smutek albo zapowiedź smutku. Może dlatego, że wiem, jak się skończyło.
*
Lubię tylko smutne piosenki. Nic nie poradzę, wesołe mnie nie ruszają. No, chyba że w takiej wesołej odnajdę jakąś cichą rozpacz ukrytą pod uszminkowanym uśmiechem skocznych nutek. O, wtedy jest się nad czym pochylić, co przytulić i wchłonąć pod skórę. Wiem od długiego czasu, że słuchanie takich piosenek jest dla mnie szkodliwe, bo mnie tak słodko oplata i wciąga, że sama nie wiem kiedy, ale już jestem cała w tym smutku, topię się, już oddychać nie mogę. Więc najczęściej unikam, zwłaszcza, gdy nie czuję się najlepiej, gdy sama z siebie wchodzę w minorową skalę. Ale nie zawsze chcę uniknąć.
Pamiętam czasy – sprzed picia, z picia i po piciu – kiedy upajałam i upijałam się muzyką. Wystarczyły dwie nuty i było po mnie. Dopisywałam do nich swoją żałobną treść. Taplałam się w jakimś nie do końca sprecyzowanym żalu do świata, Boga, za siebie i wcale nie miałam chęci z tego stanu się wydobywać. Było mi dobrze, że było mi źle. Dopiero po latach, gdy to zamiłowanie do użalania się nad sobą i zapał do organizowania świata tak, by dawał mi w kość (albo żeby wyglądało, że daje w kość), porządnie mnie zawstydziło postanowiłam z tym skończyć. Odłożyłam wszystkie moje audio wyzwalacze. Czasem, po tym odwyku, włączałam coś i sprawdzałam, czy nadal ma moc. Zwykle wyłączałam, bo pogodzona ze sobą nie słyszałam już w tym dawnego wołania wspólnym głosem. Nie było żadnego wspólnego głosu. Ale i tak lubię tylko smutne piosenki; mole i septymy…

czwartek, 21 października 2010

041. wartość życia


Jak i czym mierzy się wartość życia? Tym, co zostanie po człowieku, gdy jego już nie będzie? Wspomnieniami? Jego dziełami: wierszami, piosenkami, powieściami, domami, które zbudował, chlebami, które upiekł, samochodami, które zreperował? Zawiązanymi na czyichś warkoczach wstążkami? Otartymi komuś łzami? Wychowanymi, lub nie, dziećmi? Osamotnionymi zwierzętami i przyjaciółmi?
I kiedy życie jest wartościowe? Kiedy zrobił coś dobrego, czy kiedy zrobił po prostu coś, nawet złego, bo wszystko może się zamienić w korzyść i nie nam to oceniać? A może nie musi nic robić, tylko być?
Od lat mam obsesję marnowanego czasu, podsycaną straszną wizją mnie siedemdziesięcioletniej, spoglądającej wstecz i rozumiejącej z bezlitosną jasnością, że na wszystko jest już za późno, że zmarnowałam mój czas, przegapiłam okazje. Wiem, że wielu rzeczy już nie dokonam, że wiele furtek jest już dla mnie zamkniętych, ale wiem też, że mam całą masę innych, które wciąż mnie zapraszają. Nie będę już miała gromady dzieci, może nawet nie doświadczę świadomego, dojrzałego macierzyństwa, ale mogę wynieść się z miasta, zbudować dom, hodować zwierzęta i przyjmować zbłąkane dusze. Skoro w moim, prawie zaawansowanym, wieku nauczyłam się pływać i prowadzić auto, nauczę się jeszcze jeździć konno i na nartach. Napiszę książkę, wyjadę w podróż dookoła świata, choć wcale nie wiem, czy to da mi spełnienie. Ono jest chyba gdzie indziej. Już wiem, że nie muszę daleko szukać, ale to nie znaczy, że będzie łatwo. Bo to dość trudne miejsce – w sobie trudniej znaleźć – brak dystansu i właściwej perspektywy. Ale jest przecież coraz lepiej.
*
Wczoraj postanowiłam zrobić coś tylko dla siebie, tylko dla przyjemności. Okazało się, że nie bardzo umiem, że wciąż coś staje mi na drodze. I że właściwie nigdy tak nie robię, nie potrafię położyć się z książką, przed telewizorem, zostawić cały świat i po prostu odpocząć. Tyle jest ważnych albo po prostu ciekawych rzeczy do zrobienia, tyle wiedzy do odkrycia, tyle słów do poskładania i myśli do wymyślenia. Stan zero pożyteczności jest dla mnie ostatnio fascynujący. I jak się przekonałam – póki co, nieosiągalny.
Więc dziś, godząc się z własnymi nieumiejętnościami, w ramach bycia pożyteczną piekę ciasto marchewkowe – całe wieki minęły od czasu, gdy coś piekłam, gdy w domu pachniało ciepłem i miłością (taki zapach ma przecież ciasto) – choć trochę żałuję, że nie dla najbliższych, nie dla dzieci, nie dla gości, nie dla rodziny. Cóż, niekiedy nawet koleżanki z pracy dają punkt zaczepienia… To też jakaś wartość.

piątek, 1 października 2010

040. zadość uczynić


Na początku września ruszył temat dziewiątego kroku. Aż dymiło. Kłębiło się i kłębiło, gdzieś tak do połowy miesiąca, a potem nagle ucichło, jak nożem odciął. A ja dalej myślałam, aż wymyśliłam. Coś nowego we mnie. W samą porę, bo wrzesień już się kończy. Najpierw było mi trochę nieswojo, bo od lat nie wracałam do tych spraw, nie odgrzebywałam na nowo niechlubnej przeszłości – przed sobą ani przed nikim. Zdaje się, że gdzieś w okolicach drugiego czy trzeciego roku niepicia wpadłam nagle w ciąg zadośćuczyniania (w moim ówczesnym pojęciu), wyjaśniania i przepraszania. Najbardziej utkwiła mi w pamięci próba rozmowy z byłym mężem. Nieudana, bo nie chciał rozmawiać (dziś się z tego cieszę, bo nie mam pojęcia, jak jeszcze bardziej mogłam go skrzywdzić moją tyradą i wyjaśnieniami). Na jednym z niedawnych mityngów kręciłam się niespokojnie, bo moje nic na ten temat nie dawało mi spokoju. Wtedy spojrzałam na tablice z krokami. Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, o ile nie zraniłoby to ich lub innych. Ani słowa o przepraszaniu. Ani słowa o mówieniu czegokolwiek, o wracaniu do tego (zwłaszcza, gdy mogłoby zranić). Tam jest o działaniu. O naprawieniu szkód. Jeśli zrujnowałam komuś opinię, rozpowiadając, że jest niesolidny, to moje zadośćuczynienie nie będzie polegało na tym, że do niego pójdę i mu powiem: słuchaj, to ja o tobie gadałam, przepraszam. Mogę z nim w ogóle nie rozmawiać (jeśli on nie ma pojęcia, czyja to sprawka), tylko zacząć odkręcać – jeśli już się przyznawać, to tylko tym, na których zdanie wpłynęłam, którzy przez moje pomówienie zaczęli go gorzej traktować, zacząć o nim dobrze (prawdziwie) mówić, bronić go, gdy ktoś powtarza fałszywe (moje dawne) opinie. Jeśli zaniedbywałam chorą matkę/dziecko/rodzinę to mam poświęcać jej teraz czas, dbać o nią, być. Bez wykrętów i „słusznych” wymówek.
Słyszałam wiele razy, że dziewiąty krok to jest rodzaj techniki poprawiania nastroju: wyznam komuś swoje przewiny i zrobi mi się lżej; że to dla mnie to całe przepraszanie, więc warto podjąć trud, skonfrontować się ze wstydem, strachem, pychą. Jest dokładnie odwrotnie! Zadośćuczynienie jest dla tego, kogo skrzywdziłam! To on ma się lepiej poczuć, nie ja. Dlatego – o czym dobitnie piszą w 12/12 – lepiej na siłę nie oświecać niczego nieświadomej osoby w kwestii dokonanych na niej podłości.
Miałam ostatnio okazję usłyszeć to od kogoś z drugiej strony. Od mojej mądrej i kochanej M., na której ktoś (chyba bliski) wykonał swój dziewiąty krok. Jak zostawił ją, oszołomioną, z tym całym gównem, o którym nie miała pojęcia, że jest jego autorstwa. Zadbał o siebie – pozbył się ciężaru poczucia winy. Nie przyszło mu do głowy zastanowić się wcześniej, jak z tą wiedzą będzie teraz żyć M. Dorzucił do pierwszej rany kolejną, może gorszą (poczucie bycia oszukaną przez przyjaciela, zawiedzione zaufanie, może pomysł, żeby już nigdy nikomu nie wierzyć).
*
Są takie sytuacje, gdy „przepraszam” jest zadośćuczynieniem. Telefon mojej mamy i to słowo. Bo to było jej pierwsze w życiu przepraszam, po latach wypierania, że cokolwiek nam zrobiła, pierwszy raz, gdy wzięła odpowiedzialność i przyznała, że nie wszystko jej wyszło. To mi wystarczyło (tyle, że ona i tak swoim życiem odpłaca, a jej „przepraszam” było jak wisienka na torcie).

wtorek, 28 września 2010

039. po


Moje zainteresowanie tematem to chyba jeszcze nie obsesja?
Jedna z najważniejszych obserwacji, jakie mam z tamtego czasu, to ta, że człowiek uczy się życia na bieżąco i w najstraszniejsze doświadczenia wchodzi bez żadnego przygotowania. Ta cała nasza wiedza wynikająca z obserwowania życia i niekiedy zastanawiania się – pod wpływem różnych czytanych książek czy filmów – jak by zareagował, gdyby spadło na niego nieszczęście, okazuje się nieprzydatna. To nie mózg, ale ciało zaczyna szaleć. Traci rytm. Jest tętno 200, serce nie bije, ale wali, rozsadza klatkę piersiową, są zawroty głowy, ciosy w żołądek. Ale coś dziwnego dzieje się z głową. Natura widocznie wymyśliła sposób na  znieczulenie. Powiedzenie: dostał obuchem w głowę, jest prawdziwe. Uderzenie jest tak mocne, że człowiek nic nie czuje.
Nie przyjmuje informacji? 
Dawkuje. Minęło pięć miesięcy i czasami wydaje mi się, że nie do końca dotarło do mnie, co się stało.
(Dzieci) natychmiast się wprowadziły. Razem ze swoimi przyległościami. W salonie rozbili namiot, rozłożyli materace. I dom zamienili w obozowisko. Moje kochane dzieci starały mi się pomóc, wyrwać mnie z odrętwienia. I wie pani, powiem coś, co też trudno racjonalnie wytłumaczyć. To jest moje kolejne doświadczenie i swego rodzaju odkrycie. Człowiek nawet w najtragiczniejszych chwilach życia bywa momentami szczęśliwy. Patrzyłam na to  towarzystwo, które kręciło się po domu, śmiało, coś mi opowiadało, zagadywało, b y ł o. Cały czas ze mną było. I nagle człowiek przystawał i myślał: Boże, ile ja mam, jak dużo jeszcze mam!
Kiedyś miałam obawy, czy wypada dzwonić do kogoś w nieszczęściu. Zastanawiałam się głupio, czy wypada, czy nie zakłócam spokoju. Dziś wiem, nauczyłam się. Trzeba nie bać się i dzwonić. Telefony trzymały mnie przy życiu. Nawet te przeze mnie nieodebrane – kiedy dzieci podnosiły słuchawkę i mówiły: dziękuję, przekażę – także były wsparciem.
I jeszcze takie zaskoczenie. Kiedyś myślałam, że jeśli człowiek był tak strasznie szczęśliwy, to gdy traci najbliższą osobę, będzie strasznie smutny. To nieprawda. Ukochany człowiek  umiera, a jego miłość zostaje i trwa. Widocznie dał mi jej tyle, że na długo starcza.

czwartek, 16 września 2010

038. prawo (do-)wyboru


Dzisiejszy list od A. był jak cios obuchem w moją pewność siebie i pychę wiedzy, oczywiście ukryte, tym razem akurat pod szczerą i prawdziwą troską i chęcią zrozumienia. Rzecz cała była o relacjach: co zrobić, jeśli spotykasz kogoś, do kogo cię ciągnie, ale wiesz/czujesz/podejrzewasz/mówią ci/wszelkie przesłanki świadczą, że nie ma dobrych prognoz, kiepskie szanse na powodzenie. Lepiej się nie pchać. I nie chodzi nawet o porażkę, ale o coś więcej – o własne bezpieczeństwo. I ja ciągnęłam w tym kierunku, pewna, że to ma sens, mało tego, przeszukująca własne zasoby pomysłów i przewidywań moich zachowań – teraz chyba bym nie weszła, zrezygnowałabym (bo kiedyś wiadomo, co było – nic nie miało znaczenia, nie liczyło się, żadna przeszkoda) – i niemal dumna z siebie, z tego co mi się wydaje, że mogłoby być. I przekonana, że przede wszystkim trzeba o siebie dbać.
Tymczasem A. z tym swoim podstępnym listem, wyjeżdża z pierwszym krokiem, z brakiem kontroli, z ograniczeniami w kierowaniu własnym życiem: na ile mam prawo odrzucać coś, co daje mi Bóg, na ile mogę rachować, czy ktoś postawiony na mojej drodze nadaje się, czy nie, czy ma choroby w normie i popieprzenie w normie (w mojej normie, rzecz jasna), czy warto inwestować, wchodzić, czy lepiej się odwrócić. Czy mam moralne prawo zadecydować, że ktoś z większymi problemami niż moje, z większym kalectwem, niż moje, biedniejszy, gorzej wykształcony nie rokuje, że nic mi nie da? Bo przecież takie rachuby to, jak by nie patrzeć, konsumpcjonizm, szukanie własnego zaspokojenia. Czy szukanie kogoś lepszego, odpowiedniejszego to nie handel?
No i ruszyło mnie. Że przecież to prawda, że po coś Bóg stawia nam na drodze ludzi, po coś wyposażył nas w hormony i pragnienia, które powodują, że niektórzy przyciągają tak mocno, że trudno się oprzeć (wie, że byśmy próbowali się opierać?), i że nawet jak z nimi mamy same klęski to i tak o coś chodzi, że coś się zmienia, dojrzewa – w nas i w tych drugich. I że im bardziej trudny ten drugi, tym może właśnie bardziej wartościowy, bo więcej pracy wewnętrznej będzie nas kosztował. I jeszcze, że Bóg/Los/Natura/Siła Wyższa wie lepiej. Że ja nie mam prawa odrzucać. Ach, dołożył mi ten list. Ale na koniec A. dopisał jedno zdanie i ono mnie wybiło z tego toru: napisz mi proszę, czy ja pijany jestem i głupoty piszę? Napisz prawdę. Zatrzymałam się, zaczęłam myśleć. Najpierw zobaczyłam, co mnie tak poruszyło i zawstydziło – poczucie winy. Że być może odbieram ludziom ich mądrość, ich piękno i przekreślam dary, jakie mają dla innych, że oceniam z góry. A potem powoli sobie wszystko poskładałam: nie można nikogo odrzucać – ja nie daję sobie takiego prawa – ani odwracać się, gdy jest potrzebna pomoc, ale trzeba zachować ostrożność, czujnie obserwować czy relacja mnie nie niszczy, czy nie grozi mojej trzeźwości – ja mam wobec siebie taki obowiązek – bo pijana (niekoniecznie alkoholem) nie tylko nikomu nie pomogę, ale i sama się zatracę.
*
Byłam dwa razy w takiej sytuacji – przeżyłam, choć było bardzo ciężko i dziś podejrzewam, że już na granicy. Nie wiem ile zmieniłam swoją obecnością w czyimś życiu, ani jak sama dojrzałam dzięki tym konkretnym relacjom – akurat tego nie potrafię (być może jeszcze) zobaczyć. Wiem, że były sporym utrudnieniem w moim trzeźwieniu, ale nie wiem, czy mogłam bez nich ruszyć z miejsca.
Nie wiem, Drogi A., nie wiem… Odwracać się, tchórzyć, uciekać? Chyba nam już nie wolno. Lecz odwrócić się od siebie (czyli wystawić na realne niebezpieczeństwo) też nie wolno. Sztuką jest więc przyglądanie się; i uczciwość wobec siebie. Bądź uważny. I staraj się być szczęśliwy.

piątek, 10 września 2010

037. dobrze, że boli


Przeżywanie bólu po stratach jest podstawą naszego rozwoju emocjonalnego. Nasz świat wewnętrzny rozpada się wtedy na kawałki, które musimy na nowo mądrze poskładać. Jeśli to potrafimy – wiele możemy zyskać. Większą dojrzałość, odporność psychiczną, mądrość.
Przypadkiem znaleziony świetny artykuł o żałobie. Nie zamierzałam o niej, bo akurat mam łaskawy moment ciszy, przerwę w rozpamiętywaniu i żałowaniu, ale samo przyszło. I w dodatku tak pięknie wyjaśniło, skąd na przykład nieadekwatna, jakby się wydawało na rozum, siła żalu po stracie, smutek nieproporcjonalny.
Kiedy rozpoczynamy proces żałoby, na głębszym poziomie raz jeszcze przeżywamy wszystkie straty, z jakimi zmagaliśmy się od początku życia, i ponownie stajemy przed koniecznością odbudowy naszego wewnętrznego świata. To czyni proces żałoby jeszcze bardziej bolesnym i trudnym. Ale jednocześnie – bardziej twórczym i dającym nadzieję na odbudowę i naprawę także tych wcześniejszych zniszczeń.
I jeszcze jedno – konstatacja, że nieustannie coś tracimy, z czymś musimy się żegnać (z ludźmi, urodą, siłą, zdrowiem, marzeniami) przyniosła ulgę. Że to naturalne i nieuniknione, i codzienne. Te małe utraty może niekoniecznie uodparniają i przygotowują na wielkie (to akurat chyba niemożliwe), ale jednak wzmacniają, na pewno udowadniają, że niejedno można znieść i przeżyć, bez wielkiej tragedii. Czasem potrzebuję takiego potwierdzenia: przeżyłaś to i to, więc przeżyjesz nowe to.

czwartek, 9 września 2010

036. tylko ta chwila


M. uważa, że „tu i teraz” to 50 procent istoty Programu AA. Ja sądzę, że to podstawa (daruję sobie procenty, taka precyzja jest chyba zbędna, zresztą, kto jest w stanie policzyć…) wszystkiego. Życia, po prostu. I wiem, że choć to bardzo trudne, jest do opanowania. To tylko technika, jak wiele innych. To aż metafizyka. Medytacja teraźniejszością, afirmacja chwili. Ale łatwiej podejść do spraw technicznych, nauczyć się metody. Korzyści duchowe przyjdą później, niepostrzeżenie. Trzymać się, na początku kurczowo, danej chwili, miejsca, w którym właśnie jesteś, sytuacji, którą współtworzysz. Być w tym całym sobą. Odcinać wszystko, co nie należy do tego odcinka. Zostawić niedokochaną miłość, niewykłóconą rację, nieprzegryzione zgryzoty. One miały swój czas. Nie ruszać niezjedzonego jedzenia, niewypranego prania, niewygranej gry. Ich czas nadejdzie.

*

Siedzę w restauracji, i zamiast rozkoszować się daniem i konwersacją, myślę rozpaczliwie o parasolu, który zapomniany leży w domu – właśnie zaczęło padać. Myślę o tym jak zmoknę, jak w tym deszczu pokonam drogę, która przede mną za jakąś godzinę. Złoszczę się na mój brak przewidywania. Trawię moment na coś, czego nie ma. I łapię się na tym i przywlekam z deszczowych chmur i ulic do stolika, szepcząc do własnego ucha: skąd wiesz, co będzie za chwilę, jest tyle rozwiązań… A gdy wychodzę z knajpki po deszczu nie ma śladu. Tak, to śmieszne – ile niepotrzebnych zmartwień i zmarszczeń czoła, nastroszonych troską brwi.

wtorek, 7 września 2010

035. co mnie ominęło


Rzadko się zdarza, żebym zabrała ze sobą na wakacje jakąś aowską literaturę. Chyba te lata mnie rozleniwiły. Ale ten czas jest inny, zauważyłam, że może być niebezpiecznie, że nakłuty smutkiem umysł może chcieć pogrążyć się (i mnie) jeszcze bardziej, wejść na dobrze znaną ścieżkę autodestrukcji. Więc wrzuciłam do walizki „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”. Dawno nie czytałam.
Krok Pierwszy, o podwyższonym dnie. Miałam 26 lat, gdy przestałam pić. Teraz dociera do mnie, jak wiele okropnych doświadczeń i cierpienia, nie tylko psychicznego, oszczędził mi Bóg, czy Los, czy cokolwiek to było. Mogę tylko podejrzewać, że z mojej równi pochyłej stoczyłabym się zahaczając po drodze o przemoc, wypadki, upokorzenia, biedę. Z jednej strony zaoszczędzone 10-15 lat piekła. Z drugiej – prezent w postaci tego czasu, który – o, tego jestem pewna! – nie poszedł na marne. Nie wiem, czy wykorzystałam go do ostatniej kropli, może nie, ale dokonałam niewiarygodnego skoku świadomości.
Krok Czwarty, o skutkach poczucia zagrożenia emocjonalnego. Złość, litowanie się nad sobą, depresja za każdym razem, gdy czułam lub przeczuwałam odrzucenie. Albo gdy coś szło nie po mojej myśli, choć było ukryte pod świętą racją – rozdrażnienie, zawód, przygnębienie… gniew. Tak, odkryłam coś całkiem nowego – mój gniew. Bo ktoś zachowuje się nie tak, jak prosiłam, a przecież mówiłam. Dlaczego robi inaczej albo wcale nie chce? Najdotkliwsze w najbliższych relacjach. Dlaczego nie umiałam zaakceptować, że ktoś taki jest, tak ma, nie chce lub nie potrafi? Skąd pomysł, że robi to przeciwko mnie?
Krok Szósty, o pożegnaniu z wadami. W tym wypadku nie chodziło o to, że nie chcę rozstać się z czymś niewygodnym. Ja po prostu nie wiedziałam, że to coś niewygodnego istnieje. Moja gotowość, by Bóg uwolnił mnie od wad charakteru pojawiła się niemal w tej samej chwili, co świadomość, że ten gniew istnieje. I co robi(ł) z moim życiem.

czwartek, 5 sierpnia 2010

034. żal po stracie


Pamiętam przedostatnie zadanie na terapii – każdy miał takie samo: pożegnalny list do alkoholu. Wyszedł… piękny! Mój terapeuta aż poprosił o kopię, żeby mieć jako przykład dla kolejnych pokoleń alkoholików, którzy chcą, albo tylko tak im się wydaje, skończyć z piciem. Mogłam być z siebie dumna – wzorowa uczennica. Myślę, że był efekciarski i pretensjonalny, a pomysł z personifikacją – alkohol w roli toksycznego kochanka – był wyjątkowo banalny. Bo chwyciwszy się najoczywistszej w moim wypadku drogi ucieczki postanowiłam sprawić sobie literacką frajdę. Nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę. Przyznam, że ten list mnie samą wzruszył do drżenia, ale ile było w nim prawdy? Prawdą była z pewnością siła emocji – to były same emocje. Na pewno był skuteczny (bardziej jako symbol, akt magiczny, niż faktyczny), choć wymuszony, bo zadany. Nigdy później z niczym i z nikim się w taki sposób nie żegnałam. Szłam na żywioł i to było… straszne. Znam wszystkie etapy żałoby, teoretycznie przerabiałam je kilka razy, praktycznie – kilkadziesiąt. Mój żal po stracie najlepszej w tamtym czasie podpory był mało przytomny – działo się zbyt wiele, zbyt szybko, przy naprawdę niewielkim udziale mojej świadomości – mało co z tamtych uczuć, stanów i zdarzeń łączyłam z odstawieniem ukochanej trucizny. Później też wolałam żyć trochę poza jaźnią, przynajmniej w tych najtrudniejszych kwestiach, które wymagały wzięcia odpowiedzialności za własne zachowanie. Z dużym zdziwieniem przyjęłam całkowity rozstrój po śmierci człowieka – nikogo bliskiego, zdawałoby się – tylko dlaczego myślałam, że ktoś mi umarł? Dlaczego przez długie miesiące ta śmierć wyskakiwała ze mnie nagle, jakby bez mojej zgody, w neutralnych rozmowach, czemu nie mogłam powstrzymać płaczu?
A ileż było żałobnych łez po oczekiwaniach, niespełnionych uczuciach, po przyjaźniach, miłościach i niby-miłościach, po przywiązaniach i iluzjach… Po przedmiotach, sytuacjach, ludziach.
Żałoba może i nie poddaje się matematycznej precyzji, ale działa za to ze śmiertelną konsekwencją. Przewleka cię przez wszystkie stany: szok i otępienie, zaprzeczanie i złość, tęsknotę, nadzieję, rozpacz, bezradność, ale zawsze odstawia na metę i zwraca cię życiu.
*
Wiele razy słyszałam od przyjaciół alkoholików naznaczoną lekkim zdziwieniem relację ze stanu żałoby (tej wywołanej śmiercią kogoś bliskiego albo odkryciem własnej śmiertelnej choroby), a raczej jej początku, z samego jądra katastrofy: że nawet przez moment nie pomyśleli o swoim najskuteczniejszym kiedyś pocieszycielu. A to zdziwienie płynie chyba z konfrontacji z nieprawomyślnymi fantazjami, które z tragedii, nim stała się faktem, czyniły oczywiste i całkowicie uprawomocnione alibi – przecież w takiej sytuacji każdy by się napił. I mnie zdarzyło się pławić w oparach podobnych marzeń. Tylko że dziś wiem, a wiedza ta płynie z samych trzewi (teraz! kto wie, co może zdarzyć się w moim umyśle, i „trzewiach”, w innej sytuacji, i kto by marnował energię na domysły?), iż może być tak źle, że myśl o uldze płynącej palącą strugą przez gardło wyda się żałosna, bo nic nie będzie w stanie ugasić bólu. Wódka jako remedium wywoła gorzki śmiech. I wiem też, że bez względu na nasycenie czerni wokół, świat nie tylko trwa (w biernym oczekiwaniu), ale toczy się dalej, w swoim zawrotnym tempie. Bo to widzę.

wtorek, 20 lipca 2010

033. ściąga


Tym razem było o fałszywej dumie. Chciałabym umieć opisać to wszystko, co się zdarzyło, tę falę szczerości, takiej najprostszej, do bólu, a przy tym wcale niewysilonej, niezawstydzającej. Zwyczajnej i dobrej. Tyle że nie potrafię tak prosto. Jeszcze dziś nie potrafię. Wychodzi pretensjonalnie. Podkreśliło mi się tylko w głowie to, co siedzi w niej od jakiegoś czasu: Kim jestem, że mam prawo żądać, oczekiwać, mieć roszczenia? Kim jestem? Takich pępków świata są miliardy. Cała ziemia jest nimi obstawiona. Skąd pomysł, że ktoś coś mi ma albo powinien…
(Piszę to i od razu wpadam w popłoch: przecież cel terapii był taki, że jednak mam czegoś oczekiwać, nie godzić się na traktowanie, które mi nie odpowiada, na ochłapy; a może chodziło tylko o to, żeby patrzeć realistycznie i nie skręcać się z nieszczęścia, nie próbować uszarpać czegoś od kogoś, kto sam nie ma albo z różnych powodów nie chce się dzielić?)
…a może mylę moje prawdziwe potrzeby z oczekiwaniami innych, z jakimiś wymaganiami, normami, z tym co należy, co się powinno, co wypada, co się nie godzi. Ponieważ sama tego nie wiem – skąd miałabym wiedzieć, nikt mnie nie nauczył – opieram się na cudzej opinii. Ale skąd pewność, że oni mają rację? Próbowałam pójść na łatwiznę i odpisać pracę domową. I nie chodzi o to, żeby nie przyglądać się innym, wręcz przeciwnie, tylko w taki sposób się nauczę. Problem w tym, że zrzynałam nie od najlepszych uczniów, tylko od mi podobnych. Albo myliłam strony i spisywałam nie to zadanie. W pośpiechu, lęku, zagubieniu łatwo było o pomyłkę. W największych emocjach działałam na oślep. Tak, miałam przymus działania właśnie wtedy, kiedy najlepszym rozwiązaniem było przeczekanie, wyciszenie i spokojne przyjrzenie się sytuacji. Teraz mam czas na analizę, ale czy następnym razem zadziałam właściwie? Nie wiem, jednak każdy kolejny raz to nowa szansa na najlepszą dla mnie reakcję.

wtorek, 13 lipca 2010

032. pokora jest taka prosta


Wczoraj mityng o pokorze. Intensywny. Poruszający. Padały słowa, których jeszcze kilka dni temu nie rozumiałabym tak dobrze, może przepłynęłyby tylko. Pokora to akceptacja tego, co się dzieje. Rozpacz jest chyba krańcowym wyrazem pychy (och, tak, wiem – jak można jeszcze bardziej dokopywać złamanemu człowiekowi, jak można być tak podłym, by w depresji widzieć ucieczkę, czyli wybór samego chorego…). Nie jest to bunt w czystej postaci, to coś gorszego. Bunt wprost wyrażony zakłada choć minimalną odpowiedzialność, rozpacz – nie. Rozpacz odżegnuje się od niej: ktoś mi to zrobił, świat mi to zrobił, Bóg mi to zrobił…
No więc dobrze, pierwszy raz w życiu świadomie zrezygnowałam z rozpaczy. Wzięłam odpowiedzialność. Tak, to ja. Zrobiłam to sobie sama. Nawet wiem jak i dlaczego. Choć kiedy się działo nie widziałam. I dobrze, że stało się coś, co mnie zatrzymało i zmusiło do spojrzenia na to, co robię, i czy to jest to, czego chcę. I czego ja właściwie chcę. Ponieważ dopiero od niedawna, mimo, co by nie mówić, zaawansowanego wieku, przeżywam pewne rzeczy i sytuacje naprawdę świadomie, ta zadziałała na mnie dobitnie. I wiem, że pewnych błędów już nie popełnię.
Akceptuję moją lekcję.
*
Pokora to prawda o sobie samym. Wstyd, który towarzyszy całe życie. Najpierw, że wszyscy wiedzą, czyją jestem córką, potem, że dowiedzą się, jaka jestem naprawdę, ilu rzeczy nie wiem, nie umiem, że nie jestem w stanie nic zapamiętać, że to, co myślę, co mam w głowie jest takie miałkie. A gdy się dowiedzą – przecież nikt nie chciałby się zadawać z kimś takim. I mimo że minęło tyle lat, tyle pracy, że tyle się wyprostowało i unormalniło, wstyd ciągle umie rozłożyć mnie na łopatki. Więc zamiast powiedzieć co czuję, myślę i dlaczego, co mnie ukształtowało, oddalam się, żeby uniknąć zdemaskowania. Zamiast pokazać, jak bardzo mi zależy, robię wszystko, żeby nikt się nie domyślił. Zamiast dawać, jak tego pragnę, chowam do środka, bo konfrontacja z odrzuceniem daru (choć bardziej z fantazją o odepchnięciu) jest zbyt straszna.
W tym miejscu pokory brak. Jeszcze. Ale coraz bardziej prawda ciśnie mi się na usta i choć boję się strasznie, jednocześnie nie mogę się doczekać wypowiedzenia tego wszystkiego. I uwolnienia.

poniedziałek, 5 lipca 2010

031. ciągnie mnie


Śmierć we mnie jest tak silna… Już nawet nie mami jakimiś wizjami, kolorowymi płatkami, po prostu gwałtem wciąga. Każe mamrotać te okropne słowa, budzące najgłębszą trwogę deklaracje, od których rozum nagle otrzeźwiały natychmiast się odżegnuje. Ale po stronie życia nie stoi już – jak dawniej – Malutka, radośnie (choć to chyba radość histeryczna, podszyta rozpaczą) rzucająca się na wszystko, co może ją przy życiu zatrzymać. (Co ona, biedulka, mogła wskórać? Zaledwie odroczenie.) Od jakiegoś czasu zastąpiła ją jakaś dorosła cząstka, strasznie wątła, cherlawa, wcale sobie nie radzi. Coś tam próbuje, jakieś negocjacje, jakieś logiczne argumenty, jakieś racjonalne racje. Ale słaba jeszcze, słabiutka. Tak, sama to widzę, napisałam „jeszcze”, jakby nagle zaświtała nadzieja, że ona taka słaba, bo to początek, że z czasem i kolejnymi próbami oparcia się mrokowi nabierze krzepy i doświadczenia, że będzie lepiej i lepiej. A w końcu pragnienie zniszczenia siebie zniknie, rozpuści się, odpłynie. Bo nie dam rady inaczej. Nie wytrzymam. Ktoś musi to zatrzymać.
*
Niesienie posłania zawsze mnie elektryzowało. Nie tylko mnie, przecież. To takie niesamowite móc komuś pokazać, otworzyć oczy, dać nowe życie. To tak wspaniale karmi ego. I tak boli, gdy ten ktoś nie chce/nie może skorzystać. Ale boli tylko wtedy, gdy działa pycha. Nie wiem dlaczego, lecz tym razem zaskoczyła zapadka z poczuciem, że to nie mój kawałek życia, że ja mam bardzo ograniczoną rolę, i przyjęłam to ze spokojem (może tylko lekki wewnętrzny – zwodniczy – uśmieszek pokazuje mi, że potrzebna większa pokora, bo co ja tam wiem…). Tak, to wspaniałe, coś komuś pokazać, a potem z boku widzieć, jak się zmaga i jak się heroicznie gramoli przez to życie. I niczego nie oczekiwać, tylko się cieszyć z tego, co jest.

piątek, 11 czerwca 2010

030. działam, bo działam

Taki dobry dzień. Niespodziewanie wolny od pracy – wyszedł jak sobota. Długie spanie – do wyspania; dużo energii, nawet do sprzątania – z biurka zniknęła okropna sterta papierzysk; pozałatwiane drobne sprawy – odgruzowuje się przestrzeń życiowa, przybywa miejsca na nowe wspaniałe rzeczy; czas i chęć na ćwiczenia bez pobłażania – wdzięczne ciało wyrzuca z głowy głupie myśli i pomysły. Szczęśliwa i zmęczona. I tyle dobrej energii, że nie mogę doczekać się jutra i tego, co przyniesie.

środa, 19 maja 2010

029. przedpokój


To uczucie znam od czasu, kiedy jego obecność nie była aż tak dojmująco deprymująca, kiedy jeszcze można je było jakoś przemycić przed surowym, wszystkowidzącym okiem rozsądku, wytłumaczyć młodym wiekiem, niedojrzałością, trudnym dzieciństwem czy zbyt wczesnym i bezpardonowym wpadnięciem w pułapkę dorosłości. Mimo że nawet wtedy sprawiało kłopot i było niczym zabiedzone czteroletnie dziecko sąsiadów przychodzące w odwiedziny zawsze w porze deseru – bez względu na rozmiar czasowych uników, niezależnie od zmiany czasu podawania pucharka lodów, kubka, znad którego unosi się słodka, kakaowa para, puszystej bezy czy truskawek ukrytych pod śnieżnobiałą powłoczką – wlepiające czarne, iskrzące w niemiłosiernie brudnej buzi oczęta w poobiedni przysmak i przełykające głośno ślinę. Choćbyś był największym skurwielem na świecie nie jesteś w stanie wyrzucić go z domu. Ale o kosztowaniu ulubionych łakoci możesz zapomnieć – gwarantuję, że nie przejdą ci przez gardło.
Było. Pojawiało się w najmniej odpowiedniej chwili. Wgryzało się w najbardziej niewygodny sposób w twoją codzienność. I w żaden sposób nie można było się go pozbyć. Kiedy masz siedemnaście lat i myślisz o swoim przyszłym życiu jak o wielkim worku pełnym bożonarodzeniowych prezentów, z których każdy ci się należy, bo to oczywiste, że na niego zasłużyłeś pracą, wytrwałością albo tym tylko, że istniejesz i ktoś chce sprawić ci przyjemność, to znaczy, że jesteś szczęśliwym młodym człowiekiem, wyposażonym przez los i rodziców we wszystko, co potrzebne, by sięgać po gwiazdy, wiszące na niebie bonusów do zgarnięcia dla tych, którzy zawsze, nawet bez wysiłku, osiągają to, co chcą. Może być też tak, że w ogóle nie myślisz o przyszłości albo widzisz ją tak czarną, że nie masz ochoty tam zaglądać. Cóż, nie zazdroszczę, bo i nie ma czego. Ale możesz, tak jak ja, być zwykłym na wpół dorosłym dzieciakiem, który myśli, że prawdziwe życie zacznie się dopiero za jakiś czas. Że teraz wciąż jeszcze trwa próba generalna. Że można pozwolić sobie na skuchy i błędy, bo to nie dzieje się naprawdę. Gorzej, gdy to samo odczucie nawiedza cię w dniu twoich dwudziestych piątych urodzin. Ale prawdziwy problem masz wtedy, gdy jako trzydziestoparolatek wciąż widzisz siebie w przedsionku, w jakimś pieprzonym przedpokoju życia. Co jakiś czas przyłapuję się na tym, że znowu tam tkwię, choć wiele miesięcy wcześniej wydawało mi się, że przekroczyłam już próg prawdziwego istnienia. Widocznie co jakiś czas dostaję silnego zawrotu głowy, który jednym zgrabnym kopniakiem powala mnie na kolana, przeczołguje po podłodze i podstępnie zamienia mi kierunki. I znów ląduję tam, skąd raptem przed chwilą ruszyłam. Znam już na pamięć wytartą bordową wykładzinę, która strzępi się żałośnie wyrwana spod listwy, obnażając brudnoróżowe płytki PCV. Poznaję enerdowską winylową tapetę w tandetne perłowe kwiaty, ozdobioną w rogu efektownym zaciekiem w kształcie atomowego grzyba. I drzwi jak do gabinetu dyrektora państwowego przedsiębiorstwa, obite napuchniętym wyciszającą gąbką brudnawym, matowym skajem. I koniecznie sztuczna trzykrotka smętnie zwisająca z drewnianej drabinki przymocowanej do ściany. Tadam! Witam w moim przedpokojowym królestwie.
*
Coraz częściej pojawia się ponaglająca myśl: nie mam już tyle czasu, co kiedyś; za chwilę może być już za późno na to, na czym mi najbardziej zależy. I co wtedy? Wystawić się na konfrontację z największym rozczarowaniem życia? Zawsze najbardziej bałam się tego, że coś mi przepadnie z mojej winy. Ta myśl, że oto właśnie przegapiam ten moment, była nieznośna. Dręczyła mnie do dna. Że oto ocknę się kiedyś w przyszłości-starości i zobaczę, że wszystko mi przepadło. Napięcie było tak duże, że nie byłam w stanie – choć chciałam przecież, bo dobrze wiedziałam, czym to grozi – zabrać się do roboty. Byłam sparaliżowana. Być może tym, że nie wiedziałam właściwie, czego chcę. Ale dziś myślę, że również brakiem akceptacji – że mogę czegoś nie osiągnąć. Dziś wiele rzeczy odpuściłam, już nie dręczą, już wiem, że nie muszę, że to nie było tak istotne, że niekoniecznie dla mnie. Są jednak jeszcze takie (chyba to szczęście, że są, to znaczy, że mam wciąż jakieś marzenia i ambicje), które nie dają spokojnie zapaść się w fotel. Dziś znowu spotkałam się z jedną z takich rzeczy, których pragnę, ale nie mam dość siły (odwagi, determinacji, wiary), żeby zacząć realizować, robię tylko jakieś śmieszne podchody, mamię nimi głównie samą siebie. Ale jak długo można się oszukiwać? Trochę za bardzo zaczęłam się szanować, żeby ciągnąć tę maskaradę. Poprosiłam więc o Boską interwencję – skoro sama nie daję rady, On musi pomóc. Jeśli tylko to ma sens, jeśli tylko to, czego chcę jest pragnieniem na moją miarę, a przecież On to wie, niech tak zorganizuje rzeczywistość, niech tak ją ułoży, żeby zaczęło się dziać. Ja sama już chyba nic nie jestem w stanie zrobić, mogę tylko czekać i obserwować. Cicho i uważnie.

niedziela, 16 maja 2010

028. życie na siłę


Pogubiłam się. Pisanie stało się żmudne. Myślenie nabrało nieznośnego ciężaru. Może zamiast silić się na oryginalność powinnam zamilknąć? A może zamiast milczeć lepiej wszystko uprościć. Włożyć wysiłek w stworzenie czytelnego komunikatu. Nabrać pokory. Patrzeć uważnie, mówić prosto i szczerze, odpuścić sobie efekciarskie zagrywki. Chciałabym opisać swój dzień, ale to będzie takie nudne. Chciałabym, żeby to coś wnosiło, ale nie mam takiej wiary. Właściwie najbardziej sensowne byłoby pisać o Programie, tyle że utknęłam na mieliźnie, nie chce mi się do pewnych spraw wracać, odkrywać na nowo, choć przecież wiem, że za każdym razem czyta się inaczej, bo z innego miejsca.
Znużenie, wypalenie, pustka. Najwięksi wrogowie dobrego życia. Walczę z nimi od dłuższego czasu. Zwykle mają przewagę. Nie rozumiem, skąd się biorą – mam wszystko, co jest mi potrzebne do szczęścia. Może jednak nie wszystko, może zgubiłam coś i nawet nie zauważyłam. Nic dziwnego, było nie tylko niewidzialne, ale i nie bardzo wygodne. Tyle że jedyny ratunek to znowu podnieść i nieść dalej. Inaczej się nie da. Z życiem jest jak z treningiem albo rehabilitacją – musisz krok za krokiem przekraczać siebie, pluć na ból, zmęczenie, niechęć, na niby logiczne myśli: po cholerę się tak męczę? Tylko wtedy coś osiągniesz. Przez większą część dnia (tygodnia, miesiąca) muszę się zmuszać. Gdy się dobrze rozbujam, w nagrodę udaje mi się zrobić coś bez wysiłku, a nawet mieć satysfakcję, i to z najprostszej rzeczy. I dzieje się tak, jak z zakochaniem – gdy kogoś kochasz robisz dla niego rozmaite rzeczy, tylko po to, żeby sprawić mu przyjemność. I nie ma mowy o poświęceniu. Możliwość sprawienia mu radości daje i tobie wielką przyjemność (kto wie, czy nie większą). Czasem udawało mi się zakochać w życiu, wierzę, że ten stan jest ciągle do osiągnięcia. Gdybym przestała wierzyć…

piątek, 14 maja 2010

027. początek czegoś

Wydaje mi się, a może nawet mam pewność, że jeśli byłeś nieszczęśliwym dzieckiem z popapranej rodziny, wystarczy że opiszesz kilka twoich sztandarowych historii (na przykład jak jako pięcioletni szkrab chodziłeś wokół śmietnika na przystanku autobusowym i zbierałeś z mamą bilety, które nie wyglądały na tyle jednoznacznie, by nie nabrać ewentualnego kontrolera – bo przecież brak pieniędzy nie oznacza, że można łamać wszystkie reguły i jak ostatni chuligan jeździć na gapę; albo jak mama namawiała cię do zabawy pod tytułem „kto zje więcej solonej cebuli” tylko dlatego, żebyś nie odkrył, że poza cebulą nie ma już nic do zjedzenia; albo może jak z ojcem – zaczerwienionym i wilgotnym na policzkach, tuż po wyjściu imieninowych gości – jeden jedyny raz w życiu uczyłeś się grać w kocią kołyskę, nie wiedząc nawet, że tak się nazywa; znajdź tych kilka barwnych i – uwaga – naprawdę jasnych wspomnień, żeby móc nimi przepleść twój życiowy koszmar, który wydawał ci się czymś tak naturalnym jak oddychanie – do czasu, kiedy odkryłeś, że nie wszyscy oddychają tym samym powietrzem; wsadź tam opowieść o tym, jak ojciec kopał twoje spuchnięte kolano, usiłując ci udowodnić, że wcale nie jest pęknięte, jak wykręcał korki w całym domu za każdym razem, kiedy w telewizji puszczali jakiś film, który mógłby odciągnąć uwagę rodziny od jego niezwykłej osoby, jak łamał druty, na których matka włóczką ze swoich skołatanych do ostatka nerwów usiłowała udziergać kolejny nikomu niepotrzebny sweter, jak darł książki, czy odgrażał się – w co święcie wierzyłeś i umierałeś ze wstydu – że pójdzie i powie tym nauczycielom, co o nich myśli, bo przecież to on budował tę szkołę, do której teraz chodzisz, a w której oni moją zaszczyt przebywać, ale wcześniej to wszystko napisze w twoim dzienniczku albo zeszycie do polskiego; jak grzebał w twoich rzeczach i czytał twoje nieśmiałe i oszołomione swoim nieprawdopodobnym istnieniem listy miłosne, zwłaszcza te pierwsze, których się wstydziłeś, ale nigdy w życiu byś ich nie wyrzucił i trzymasz je do dzisiaj, i szydził z ciebie, albo jak próbował utopić cię w wannie, o czym nawet nie pamiętasz, tylko przypomniała ci ostatnio siostra; a może o tym, jak w wieku jedenastu lat, nie mogąc zmusić się do płaczu, a czując, że za chwilę ten dziwny, niekształtny worek, który na nieszczęście był tobą, pęknie z hukiem, otwierałeś ciężkie masywne drzwi, wsadzałeś palce w szparę przy zawiasach i z całych żałosnych jedenastoletnich sił trzaskałeś o futryny) i masz świetną powieść. Na pewno chwyci za serce, poruszy to, co trzeba poruszyć, żeby się podobało, żeby czytelnik otarł się o koszmar, ale wyszedł z opresji cało, a zresztą przez cały czas gdzieś z tyłu głowy miał przecież wielką mięciutką ścianę z gąbki, która dawała mu niezbędną porcję poczucia bezpieczeństwa, taka ściana z kremowym napisem: te rzeczy nie dzieją się naprawdę, nie dotyczą mnie i nigdy nie będą. 
Zapewne z cudownym, bezpiecznym, miękkim, różowym i słodkim jak wata cukrowa dzieciństwem możesz zrobić podobnie. Ale nie pytaj mnie o szczegóły. W tej kwestii nic ci nie doradzę.

niedziela, 9 maja 2010

026. rozmowa


Ostatni mityng i temat: czy pomaga mi rozmowa z innym alkoholikiem? Odpowiedz jest dla mnie tak oczywista, że nawet nie rozważam mówienia o tym. Bo co powiedzieć? Że gdy jest źle wystarczy jeden telefon do M. i nawet mityng lepiej tego nie załatwi?
Nie muszę o tym mówić, nie muszę się nawet specjalnie zastanawiać nad siłą rozmowy, a po mityngu mam realne potwierdzenie. Zaczyna się niepozornie, od jakiegoś pytania czy stwierdzenia, że to bliskie, a kończy… po prawie dwóch godzinach żarliwej wymiany doświadczeń. Co to daje? Hm, na przykład odpowiedź na wcale nie postawione pytanie (nie zadane w tej rozmowie, ale sobie samej stawiane od lat). Rozmawiasz z kimś – ja wiem, że to wcale nie musi być alkoholik, tym razem nie był – kto ma taką samą albo podobną bazę: przeżyć, przemyśleń, wrażliwości, cierpienia, pragnienia rozwoju, może nawet duchowości, i już ta baza wystarczy, żeby zaiskrzyło, żeby nie trzeba było najpierw testować, a potem naprowadzać na właściwe tory. Tu wszystko wiadomo, można operować skrótami, można darować sobie szczegóły, nie silić się na eufemizmy. Ale najlepsze jest to, że można usłyszeć coś, co być może już słyszane (bo na pewno w takiej czy innej formie było mówione), lecz dopiero teraz, właśnie teraz, kiedy jest najbardziej potrzebne, dociera.
Na przykład, skąd się bierze ten mdlący lęk przed zranieniem, oszukaniem, nielojalnością? Że więcej w nim kontroli, chęci załatwienia sobie spokoju, ale też nie brania odpowiedzialności za swoje życie, niż realnych podstaw. Tak jakby obsesyjne myślenie o możliwości bycia zdradzoną  (na jakiejkolwiek płaszczyźnie) miało uchronić przed tym faktem, jakby miało przerzucić odpowiedzialność ze zdradzającego na mnie, czyli dać mi jakąś moc do zapanowania nad zdradą. Ale też uchronić mnie od jedynej odpowiedzialności, jaka do mnie należy – za siebie. Bo na czyjąś nielojalność nie mam wpływu (zaklęcie: „on/ona nie ma prawa tak mnie traktować” jest niepoważne, jest… właśnie zaklęciem), jedyne co mogę, a nawet mam obowiązek, to zareagować. I dlatego robiłam wszystko, by uciec od odpowiedzialności, bo nie wierzyłam, że potrafię się obronić, zatroszczyć o siebie, powiedzieć nie.
Ale jest jeszcze coś – obraz mnie nieporadnej, zbyt słabej na działanie jest, po pierwsze, zafałszowany, po drugie, nieaktualny, i to dobre kilka lat. A jednak funkcjonował i to z sukcesem przez ten czas. Tylko dlatego, że nie zdobyłam się na wysiłek, by przyjrzeć się temu wcześniej (choć możliwe, że wcześniej i tak niewiele bym zobaczyła).
Niespełna dwie godziny i już więcej nie muszę się bać. Tylko przypomnieć to sobie, zobaczyć fakty, gdy lęk starym zwyczajem zadławi.

niedziela, 25 kwietnia 2010

025. myślenie zabija

Usłyszałam kiedyś, że dla alkoholika myślenie jest nie tyle szkodliwe, co wręcz zabójcze (oczywiście, nie chodzi tu o proces poznawczo-porządkująco-refleksyjny, a raczej o zdolność tworzenia najbardziej zadziwiających ciągów nie-logicznych), bo jedyne, co taki potrafi wymyślić to pół litra. Niekiedy mam wrażenie, że – pomijając okres, w którym produktem mojego rozumowania było właśnie owo „pół litra” – jedyne, co ja potrafiłam i potrafię spreparować w głowie to katastrofa, kłopoty, nieszczęście.

Od dziecka przyzwyczajona do myślenia i wymyślania, fantazjowania i wyobrażania sobie, do tworzenia alternatywnych zakończeń, a jak dobrze szło – zwykle szło – to i środków, i początków, nie potrafię przestać. Choć mnie to męczy, wręcz niszczy. Wiem, że powinnam się zatrzymać i że tylko ja mogę to zrobić. Wiem nawet, że to jest możliwe. Tylko jakoś… nie umiem.
W pierwszych długich miesiącach trzeźwienia borykałam się z nocnymi napadami myślobicia – istny huragan szalejących w mojej głowie słów i zdań. Doprowadzało mnie to na skraj wyczerpania, nie dawało żyć. Uratowała technika wycinania świata, likwidacji wszystkiego. Nakładałam na ten kłębiący się jazgot szarą mgłę, która tłumiła dźwięki i ruch. Potem wyobrażałam sobie szarą betonową ścianę i wpatrywałam się w nią długo przed zaśnięciem. Wreszcie tablice z cyframi, powoli przesuwające się przed moimi oczami – od 1 do 9 i z powrotem. W końcu udało im się zastąpić nie tylko wrzaski i natrętne myśli, ale nawet całe sekwencje zawsze fatalnych dla mnie wyobrażonych zdarzeń.
Mogę łatwo sobie wytłumaczyć, po co mi one były – miały hartować, przygotować grunt, zabezpieczyć, żeby aż tak nie bolało (skoro już raz przeżyłam to w myślach, a nawet w całym ciele, bo ono aktywnie w tym uczestniczyło, bolało i płakało, to będę przygotowana, już mnie nie zaskoczy, nie dotknie). Błąd! Zawsze zaskakiwało. Dotkliwie, podwójnie. I chyba na życzenie – bo niewywołane w przedsennej fantazji może nigdy by nie zaistniało. Miały jeszcze jedną funkcję, o której wtedy nie miałam pojęcia – nie dać mi żyć, nie pozwolić oddychać całą pojemnością płuc.
*
Dzisiaj próbuje tak samo. Tyle że ja więcej wiem, również to, że więcej mogę. Trzymać rękę na pulsie rzeczywistości. Patrzeć i widzieć, co jest prawdziwe. Być tylko w teraźniejszości i nie wybiegać do przodu dalej niż 24 godziny. We wszystkim zdawać się na Siłę Wyższą, nie szarpać się wobec Jej woli – przecież wierzę w Jej opiekę i to, że ma dla mnie plan na życie (i że to najlepszy plan, jaki może się zdarzyć; i właśnie się zdarza).

czwartek, 15 kwietnia 2010

024. żałoby we mnie brak

Wiem, co się stało. I tyle. Bo jakoś nie czuję, żeby mnie to dotyczyło. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy moje reakcje są poprawne, czyli normalne. A może ja nie mam uczuć, żadnej wrażliwości, serca nie mam? Bo wokół wszyscy chlipią, przejęci, zdruzgotani. A ja jakoś nie. Gorzej, widzę w sobie okropne pokłady cynizmu. Więc zaraz się martwię, że coś ze mną nie tak. Mam jedno wytłumaczenie mojej „znieczulicy” – nie oglądam TV, nie słucham radia, nie czytam gazet. Po prostu nie wiem, co się dokładnie dzieje, nie uczestniczę w tym narodowym poruszeniu, a tym samym nie daję się nasączać cudzymi reakcjami, nie pozwalam sobie sztucznie pompować emocji.
Nawet moje dziecko, i to całe wieki temu, znało wyimki z Psychologii tłumu Le Bona – po takiej lekturze na pewne rzeczy patrzy się inaczej. Zobaczyłam kiedyś, i uczyłam się tego, jakie zadziwiające reakcje można w widzu wywołać muzyką, montażem, światłem, komentarzem, i choć czasem daję się podejść zupełnie nieprofesjonalnie, to jednak szybko wracam na ziemię, ze spojrzeniem okrutnie bystrym.
Ale przecież nie chodzi mi wcale o Prawdę, o wrażliwość społeczną i uczciwość mediów – ja tylko martwię się o własną kondycję. I to też nie ze względu na moje ego (nazywam to moją małą prywatną laurką), nie po to, żeby wydawać się fajniejszą, już mi na tym coraz mniej zależy. Ja po prostu bym chciała być użyteczna, wyczulona na innych, żeby czasem pomóc, ale głównie jak najrzadziej ranić. A teraz przestraszyłam się, że tracę wrażliwość. Choć Program obiecuje mi przecież coś zupełnie innego: że moja uważność na drugiego człowieka wzrośnie. I że nie będzie mnie to wcale zbyt wiele kosztowało, bo stanie się automatyczne, jak oddychanie.
A może po prostu krucho u mnie z poczuciem wspólnoty? Owszem, wdzięczna jestem z istnienia AA, nawet czasem zdarza mi się pełne wdzięczności zdziwienie na myśl o wspólnocie wiary, ale na jakiekolwiek spędy, gdzie ogrom i siła tej wspólnoty/tych wspólnot mogłyby się w pełni objawić, się nie piszę. Byłam dwa razy w Częstochowie – zdecydowanie wystarczy. Lepiej ogarniam mniejsze skupiska ludzkie. Ja po prostu nie znoszę tego ściskającego gardło uczucia, tej łzawej czułostkowości – jestem tym w sobie zażenowana. Ale to przecież nie jedyny powód. Nawet gdy jestem w kościele i z jednej strony czekam na cud poruszenia (mimo wszystko czekam), to gdy pojawi się coś na jego kształt, ja zaraz się zastanawiam, czy ono jest autentyczne, czy to nie jedynie wynik ckliwej pieśni i poruszenia współwiernych. Przez długie miesiące – mam takie podejrzenie – na tym właśnie opierała się moja duchowość. Myliłam ją z labilną emocjonalnością (dziś bliższa jestem myśli, że wiara to nie uczucie tylko wola; i wierność pomimo wszystko). Już tak nie chcę. Więc unikam choćby cienia czegoś podobnego.