czwartek, 16 września 2010

038. prawo (do-)wyboru


Dzisiejszy list od A. był jak cios obuchem w moją pewność siebie i pychę wiedzy, oczywiście ukryte, tym razem akurat pod szczerą i prawdziwą troską i chęcią zrozumienia. Rzecz cała była o relacjach: co zrobić, jeśli spotykasz kogoś, do kogo cię ciągnie, ale wiesz/czujesz/podejrzewasz/mówią ci/wszelkie przesłanki świadczą, że nie ma dobrych prognoz, kiepskie szanse na powodzenie. Lepiej się nie pchać. I nie chodzi nawet o porażkę, ale o coś więcej – o własne bezpieczeństwo. I ja ciągnęłam w tym kierunku, pewna, że to ma sens, mało tego, przeszukująca własne zasoby pomysłów i przewidywań moich zachowań – teraz chyba bym nie weszła, zrezygnowałabym (bo kiedyś wiadomo, co było – nic nie miało znaczenia, nie liczyło się, żadna przeszkoda) – i niemal dumna z siebie, z tego co mi się wydaje, że mogłoby być. I przekonana, że przede wszystkim trzeba o siebie dbać.
Tymczasem A. z tym swoim podstępnym listem, wyjeżdża z pierwszym krokiem, z brakiem kontroli, z ograniczeniami w kierowaniu własnym życiem: na ile mam prawo odrzucać coś, co daje mi Bóg, na ile mogę rachować, czy ktoś postawiony na mojej drodze nadaje się, czy nie, czy ma choroby w normie i popieprzenie w normie (w mojej normie, rzecz jasna), czy warto inwestować, wchodzić, czy lepiej się odwrócić. Czy mam moralne prawo zadecydować, że ktoś z większymi problemami niż moje, z większym kalectwem, niż moje, biedniejszy, gorzej wykształcony nie rokuje, że nic mi nie da? Bo przecież takie rachuby to, jak by nie patrzeć, konsumpcjonizm, szukanie własnego zaspokojenia. Czy szukanie kogoś lepszego, odpowiedniejszego to nie handel?
No i ruszyło mnie. Że przecież to prawda, że po coś Bóg stawia nam na drodze ludzi, po coś wyposażył nas w hormony i pragnienia, które powodują, że niektórzy przyciągają tak mocno, że trudno się oprzeć (wie, że byśmy próbowali się opierać?), i że nawet jak z nimi mamy same klęski to i tak o coś chodzi, że coś się zmienia, dojrzewa – w nas i w tych drugich. I że im bardziej trudny ten drugi, tym może właśnie bardziej wartościowy, bo więcej pracy wewnętrznej będzie nas kosztował. I jeszcze, że Bóg/Los/Natura/Siła Wyższa wie lepiej. Że ja nie mam prawa odrzucać. Ach, dołożył mi ten list. Ale na koniec A. dopisał jedno zdanie i ono mnie wybiło z tego toru: napisz mi proszę, czy ja pijany jestem i głupoty piszę? Napisz prawdę. Zatrzymałam się, zaczęłam myśleć. Najpierw zobaczyłam, co mnie tak poruszyło i zawstydziło – poczucie winy. Że być może odbieram ludziom ich mądrość, ich piękno i przekreślam dary, jakie mają dla innych, że oceniam z góry. A potem powoli sobie wszystko poskładałam: nie można nikogo odrzucać – ja nie daję sobie takiego prawa – ani odwracać się, gdy jest potrzebna pomoc, ale trzeba zachować ostrożność, czujnie obserwować czy relacja mnie nie niszczy, czy nie grozi mojej trzeźwości – ja mam wobec siebie taki obowiązek – bo pijana (niekoniecznie alkoholem) nie tylko nikomu nie pomogę, ale i sama się zatracę.
*
Byłam dwa razy w takiej sytuacji – przeżyłam, choć było bardzo ciężko i dziś podejrzewam, że już na granicy. Nie wiem ile zmieniłam swoją obecnością w czyimś życiu, ani jak sama dojrzałam dzięki tym konkretnym relacjom – akurat tego nie potrafię (być może jeszcze) zobaczyć. Wiem, że były sporym utrudnieniem w moim trzeźwieniu, ale nie wiem, czy mogłam bez nich ruszyć z miejsca.
Nie wiem, Drogi A., nie wiem… Odwracać się, tchórzyć, uciekać? Chyba nam już nie wolno. Lecz odwrócić się od siebie (czyli wystawić na realne niebezpieczeństwo) też nie wolno. Sztuką jest więc przyglądanie się; i uczciwość wobec siebie. Bądź uważny. I staraj się być szczęśliwy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz