Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspólnota AA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspólnota AA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

145. pokonferencyjne refleksje


Wzięłam udział w ciekawej konferencji. Od momentu, gdy tematyka alkoholowa szczególnie mnie interesuje było to może czwarte moje spotkanie zorganizowane przez i dla profesjonalistów w dziedzinie leczenie uzależnień. A więc o alkoholizmie do niealkoholików mówili niealkoholicy. Oczywiście, nic w tym złego, wręcz przeciwnie. W każdym razie – ciekawe doświadczenie. Mnie szczególnie zafrapowała jedna rzecz. Otóż na siedmiu prelegentów co najmniej pięcioro wypowiadało się – i to zdecydowanie pozytywnie – o Wspólnocie Anonimowych Alkoholików. W tym troje profesjonalistów mających szerokie doświadczenie i praktykę w kontaktach z alkoholikami (to istotne, bo – co wydaje się absurdalne – zdarzają się „specjaliści”, którzy opowiadają, piszą coś o alkoholizmie i nawet próbują alkoholików leczyć, choć nigdy wcześniej nie spotkali się z żywym okazem trzeźwiejącego alkoholika. Z pijanym zresztą też mogli nie mieć styczności. Tak, wiem, sama bym w to nie uwierzyła, ale widać nie tylko alkoholicy mają patent na dziwactwa. Szkoda tylko, że niektórych kosztuje to życie, a ci drudzy biorą za to kasę).
Skąd moje zdziwienie wobec tych pozytywnych głosów o AA? Bo ostatnio zetknęłam się z wieloma opowieściami, które początkowo traktowałam ze sporym dystansem. Opowieściami o wyraźnie niechętnym stosunku terapeutów i lekarzy do AA. Niektóre opowieści wręcz nie mieściły mi się w głowie. No, bo jak to, jaki sens miałoby zniechęcanie pacjentów – których dobro i zdrowie jest przecież celem naczelnym lekarza – do korzystania z narzędzia, w dodatku bezpłatnego i nieograniczonego w swoim zasięgu terytorialnym i czasowym, ułatwiającego utrzymanie trzeźwości? Czy to możliwe, żeby psychologowie i terapeuci uzależnień zabraniali wręcz uczestnictwa w spotkaniach AA? W realizacji Programu 12 Kroków ze sponsorem? Trudno uwierzyć! A jednak… Potwierdzenie tych już nie jednostkowych doniesień dostałam z ust znanej i uznanej w dziedzinie lecznictwa odwykowego osoby. Kto, po co i dlaczego. Śmieszne, choć przede wszystkim bardzo smutne, że dzieje się to z pobudek, które są tak bardzo jaskrawe u alkoholików (aż mi się naiwnie wydawało, że są dla nich zarezerwowane, bo przecież nikt normalny tak by się nie zachowywał) i które właśnie Program 12 Kroków Anonimowych Alkoholików jest w stanie z uzależnionego człowieka wytrzebić. To znaczy, człowiek uzależniony jest w stanie sam wytrzebić, dzięki konkretnym zaleceniom, dzięki wskazówkom zawartym w 12 Krokach, dzięki pomocy Siły Wyższej nade wszystko. Alkoholicy mogą stać się uczciwymi ludźmi. Terapeuci natomiast mogą kierować się pobudkami mało humanistycznymi. I nie, nie chodzi wyłącznie o kasę, nie tylko o to, że nie opłaca się, żeby pacjent wyzdrowiał (żeby poszedł swoją drogą, wyposażony w pakiet wskazówek, z jedną naczelną – na terapii dostałeś bazę, w AA ci pomogą na stałe!) i nie wracał już nigdy na terapie poszerzone, pogłębione, kolejne warsztaty, nawroty, głody i złości… Ludzi chorych na alkoholizm jest naprawdę tyle, że starczy na obsadzenie terapeutycznych turnusów na długie dziesięciolecia.
Wystąpieniu jednego z prelegentów towarzyszyła prezentacja multimedialna – na wielkim ekranie bezpardonowo wypunktowane motywy lekarzy, psychologów, terapeutów, którzy chyba pomylili się z powołaniem albo mają problem z przerostem ego – tak, to zostało nazwane po imieniu. Byłam zdumiona odwagą i bezkompromisowością takiego ujęcia. Lekarz/terapeuta/psycholog, który w ogromie swego poczucia mocy, w swej arogancji skazuje pacjenta na brak pomocy, ze strachu, że jego metody okażą się niewystarczające, może nie-jedyne, nie jest dobrym lekarzem/terapeutą/psychologiem. Jest egoistą i egocentrykiem. Nie ważne, czy robi to dla zysku czy z powodu przerostu ego. Raz jeden spotkałam się ze stwierdzeniem – równie odważnym – że jeszcze żadnemu profesjonaliście nie udało się wyleczyć alkoholika z alkoholizmu. Ale udało się to Wspólnocie AA. Porażające, szczególnie, że stwierdzenie to padło z ust profesjonalisty! Wycinanie tego narzędzia (AA), odcinanie pacjentów od informacji o tym jest nie tylko ignorancją (poziom kształcenia przyszłych profesjonalistów od uzależnień jest w Polsce katastrofalny, wiedza na temat zasad i istoty działania AA zerowa – to również opinia zainteresowanego tematem specjalisty w dziedzinie leczenia uzależnień), arogancją (nikt nie może mieć większej wiedzy w dziedzinie leczenia uzależnień niż pan doktor! A już na pewno nie banda byłych pijaków! Co oni mogą wiedzieć… – faktycznie, trudno to sobie wyobrazić, szczególnie jeśli się nigdy w życiu nie pofatygowało na otwarty mityng AA). Jest też skazaniem wielu ludzi na śmierć!

*

Pamiętam zupełnie inny modus operandi. Już na pierwszym spotkaniu z terapeutą w ośrodku leczenia uzależnień pacjent dowiadywał się o warunkach (nie, nie o możliwościach, nie o ofercie – jeśli alkoholik ma być skutecznie leczony nie może być traktowany jak klient, który płaci, więc wymaga, który może sobie wybrać, to co mu pasuje), w tym o warunku wstępnym, bez którego nie było mowy o przyjęciu na terapię: musiał iść na pięć-dziesięć mityngów AA. W trakcie terapii udział w mityngach był również obowiązkowy – widniały one w planie zajęć i nie były punktem fakultatywnym. Pod koniec terapii pacjent zobowiązywał się do kontynuowania pewnych działań, w tym – zawsze – do uczestnictwa w mityngach AA. To była podstawa i nikt nie wnosił sprzeciwów. Jedni pacjenci z tego korzystali, podobnie jak z dostępnej dodatkowej oferty terapeutycznej, inni nie i najczęściej – pozostawieni sami sobie, na własne życzenie – wracali do picia. Nikt nie dyskutował, a już na pewno nie terapeuci. Oni doskonale wiedzieli, że bez AA pacjent ma nikłe szanse na sukces, czyli życie bez alkoholu. Ale wtedy, w tamtych czasach, to znaczyło, że to terapeuci nie zadbali o pacjenta. Może czasy zmieniły się tak bardzo – choć tych lat aż tyle nie minęło – że niektórzy specjaliści nie biorą odpowiedzialności za swoją pracę. Brak informacji, gdzie szukać pomocy w nagłym wypadku (nagły wypadek głodu alkoholowego to nie jest w przypadku świeżo suchego alkoholika znowu taki wyjątek), zwłaszcza w czasach i warunkach, gdy ośrodki leczenia nie są dostępne w każdej porze dnia i nocy, gdy czekać na wizytę trzeba coraz dłużej, to moim zdaniem, co najmniej nieetyczne działanie.

*

Na koniec jedno: naprawdę bardzo się cieszę, że spotykam mądrych, świadomych, odpowiedzialnych i etycznych profesjonalistów, bo wcale nie podoba mi się świat podzielony na zwalczające się frakcje: leczenie profesjonalne i AA*. Ja naprawdę wierzę, że tylko współpraca ma sens, bo ona pozwala osiągać dobre cele. Nie wiem jak to jest z profesjonalistami, ale czytałam, że Wspólnota AA nie rości sobie żadnych praw i nie ma monopolu na leczenie alkoholizmu, a ponadto, z nikim i niczym nie walczy. Ja też nie. Czasem tylko nie zgadzam się na promocję głupoty, ignorancji i arogancji. Gdziekolwiek, również na spotkaniu AA.


*Swoją drogą, sama nazwa „lecznictwo profesjonalne” jest niesprawiedliwa i mocno myląca, ponieważ sugeruje, że wszystko, co nie mieści się w jej obrębie jest… nieprofesjonalne. A więc, amatorskie? Nie takie? Nie działa? Partanina? Cóż, znowu semantyka. Profesjonalne, czyli zawodowe. Nie ma to nic wspólnego z jakością.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

126. zlot i odloty

Nigdy nie lubiłam dużych spędów – tłumy mnie męczą albo i gorzej. Ale tego spędu zwyczajnie nie mogłam i nie chciałam sobie odpuścić. Może dlatego, że od jakiegoś czasu sprawy Wspólnoty AA po prostu mnie interesują, bo są również moimi sprawami, a może dlatego, że nadarzała się okazja, by wreszcie wyrównać niewygodną lukę niewiedzy, zaczynającą uwierać na dźwięk zdań: Pięć lat temu we Wrocławiu… Na zlocie w Krakowie… Postanowiłam, że pojadę, zobaczę i od tej pory będę już wiedziała.

* Spotkanie w jednym miejscu tak wielu znajomych alkoholików z całej Polski, i nie tylko Polski, to fantastyczna sprawa, choć może wprowadzać w dziwny stan ni to emocjonalnego upojenia, ni męczącego niezdecydowania. Ale zrobiło wrażenie. I szczerze ucieszył widok niewidzianych po kilka lat twarzy. Aspekt towarzyski musiał jednak w którymś momencie zejść na plan dalszy.

* Przemieszczanie się w takim tłumie alkoholików pobudza do refleksji. Jak szepnął mi przyjaciel z Londynu, chcesz czy nie, uczy pokory, bo w takim miejscu, bez względu na to, co robisz w AA na co dzień, naprawdę jesteś tylko jednym z wielu. I to nie musi być wcale miła lekcja, ale już wiem, że najważniejsze lekcje do najmilszych nie należą.

* „Ceremonia” odliczania lat trzeźwości kilku tysięcy osób trochę trwa, ale pozwala zobaczyć, że można nie tylko nie pić blisko 50 lat, ale być przy tym tak pełnym życia jak dwudziestolatka, i mimo zdecydowanie zaawansowanego wieku pracować z kilkoma podopiecznymi!

* Wspólnota AA jest naprawdę doceniana za to, co robi dla społeczności. Nawet w Polsce. Nawet współcześnie. Usłyszeć to od ludzi, z którymi AA współpracuje, to jakby zobaczyć kogoś dobrze znanego w zupełnie nowym świetle, jako osobę znacznie atrakcyjniejszą, ważniejszą, niż sądziło się dotychczas. Pierwszy raz tak mocno i wyraźnie zetknęłam się z uznaniem działań Wspólnoty. I poczułam, że przynależność do AA to coś ważnego i cennego, że to mnie w pewien sposób nobilituje (i co za tym idzie, oczywiście zobowiązuje).

* Alkoholicy z różnych części kraju i świata są różni i to może drażnić (bo reagują, zachowują się inaczej niż jestem przyzwyczajona, niż się spodziewam), ale też wzbogacać o nowe spojrzenie na stare sprawy – wystarczy pójść na mityng i posłuchać kogoś z drugiego końca Polski albo drugiego kontynentu.

* Mimo tych różnic i odległości o duchowości mówimy podobnie, zwłaszcza o odkryciach w tej sferze – spotkanie o Kroku 11 było jednym z najciekawszych i najbardziej poruszających mityngów, na jakich byłam podczas Zlotu 40-lecia AA w Polsce. 
Było wręcz elektrycznie!

* Modlitwa o pogodę ducha w piętnastu różnych językach świata brzmi niezwykle wzruszająco, a widok kilku tysięcy ludzi, trzymających się za ręce i mówiących ją jednym głosem może na długo stać się wstępem do medytacji nad takimi pojęciami, jak jedność i wspólnota.

wtorek, 1 października 2013

109. kto tu jest dla kogo?

Anonimowi Alkoholicy nie powinni nigdy stać się organizacją; dopuszcza się jednak tworzenie służb i komisji bezpośrednio odpowiedzialnych wobec tych, którym służą. Tradycja 9 AA

Co takiego, jakie cechy ma przeciętna organizacja, od czego odżegnuje się AA? W książce Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość wymieniono kilka takich elementów: warunki członkostwa, środki dyscyplinarne wobec swoich członków, presja, aby zapewnić poszanowanie własnych reguł, obdarzanie niektórych członków władzą, aby utrzymywali pozostałych w posłuchu oraz karali, a nawet wyrzucali opornych. Władza, hierarchia, regulaminy są esencją organizacji. Tak jest wszędzie. Wszędzie, poza Wspólnotą AA. W AA nie ma niczego, co działałoby jak zarząd. Nawet BSK czy GSO, ani żadna komisja nie może wydać żadnego polecenia jakiemukolwiek członkowi AA… Dlaczego? Bo nas – alkoholików – nie da się do niczego zmusić! Jak zaobserwowało wielu psychiatrów, przekora jest rzucającą się w oczy cechą znacznej części alkoholików (12x12, s.33). Im bardziej ktoś będzie próbował, tym bardziej to się nie uda… Każdy uczestnik AA może przyjąć radę lub sugestię ze strony bardziej doświadczonych członków, ale z pewnością nie będzie przyjmował poleceń czy rozkazów” (AA wkraczają w dojrzałość, s.155).
Brak zasad? Regulaminów? Środków dyscyplinujących? Czyż to nie raj dla zbuntowanych, niepokornych, niedojrzałych alkoholików? Czy w takich warunkach całkowitej „samowolki” AA miałaby szansę przetrwać choć rok? Jak bez zasad i reguł może funkcjonować tak duży organizm? Na całym świecie! A jednak może. Bo mimo braku regulaminów nie może być mowy o „samowolce”. Brak środków dyscyplinujących oznacza po prostu, że to ja sama jestem odpowiedzialna za moje zachowanie. Nie ma dyscypliny z zewnątrz. Ja mam ją mieć w sobie. Jak dojrzały człowiek. Sama, na każdym kroku, wtedy gdy potrzeba, gdy moje wady próbują przejąć ster, muszę się dyscyplinować. Rzecz trudna – szczególnie dla niepokornej „z natury” alkoholiczki – ale jakże przy tym rozwijająca ducha i siłę charakteru! Wprawdzie mierzę się jednocześnie z moimi kolejnymi wadami – czasem trudno żyć i postępować w sposób, jaki sobie założyłam, zgodnie z pewnymi wartościami, podczas gdy inni (zwłaszcza jeśli robi to większość) tego nie robią i, jak się wydaje, nie ponoszą konsekwencji… Bo przecież nikt ich (a to oznacza, że mnie również) nie może wykluczyć ze Wspólnoty AA ani nałożyć żadnych sankcji (bo niby kto miałby to robić?).
Ale to właśnie konsekwencje – realne, a nie potencjalne groźby – stoją na straży porządku w AA. Konsekwencje jakie każdy pojedynczy alkoholik, a także każda grupa ponoszą, jeśli postanowią działać „po swojemu” (czyli nie biorąc pod uwagę Tradycji Pierwszej oraz Czwartej). Początkowo to są konsekwencje natury duchowej, ale to działa jak domino: obniżenie satysfakcji z życia, brak celu, coraz częstsze konflikty z innymi, pogłębianie się chorego myślenia, samotność, być może powrót do picia, a dalej – wiadomo… Pijaństwo i śmierć nie są wyrokiem wydawanym przez ludzi u władzy, lecz rezultatem nieprzestrzegania zasad duchowych przez samego zainteresowanego (12x12 s. 174). Choćby z tego powodu opłaca mi się podjąć osobisty wysiłek i zachowywać się odpowiednio (czyli na przykład w zgodzie z zasadami dobrego wychowania, normami społecznymi; znajomość 12 Tradycji AA też mi w tym nie zaszkodzi).

*

Ktoś jednak musi wykonywać te wszystkie czynności, które są niezbędne do funkcjonowania AA, również do jego istnienia w szerszym kontekście – miasta, konkretnego państwa. Podejmować decyzje, organizować, zamawiać i drukować literaturę, reprezentować, wystawiać faktury, etc. Po to właśnie tworzone są służby i komisje. Tworzone i powoływane, jednak z pewnym zastrzeżeniem: odpowiedzialności wobec tych, którym służą. Komisje, rady, zarządy, wszystko to kojarzy się, i często łączy, z władzą i prestiżem (w różnych formach i na różnym poziomie), ale alkoholicy mówią: członkowie komisji i służb mają odpowiadać przed tymi, którym służą! To jakiś paradoks, a nawet dwa, zważywszy na fakt, że słowo „służą” nie jest i nie powinno być pustym hasłem. Nie ma w tym AA-owskim założeniu niczego dziwacznego, gdy przypomnimy sobie słowa dr Boba – gdyby ścisnąć program AA do minimum, to zostałaby miłość i służba. Z miłością i duchem służby, darowanymi nam w akcie przebudzenia duchowego, tak właśnie powinno/mogłoby to wyglądać. I wierzę, że często wygląda. Gorzej, gdy do służb i komisji pretendują osoby, nawet z czystymi chęciami i dobrymi intencjami, które jednak nie są w stanie przeskoczyć swoich wad. Służby – szczególnie na niższych szczeblach wymagają bowiem takiego samego przebudzenia, takich samych postaw, jak praca w ramach 12 Kroku, a ten mówi jasno: przebudzeni w rezultacie tych Kroków… Jeśli tak jest, jeśli najpierw doznam osobistego przebudzenia, jeśli uprzątnę rumowisko przeszłości (naprawię krzywdy, uporządkuję relacje) i zacznę żyć według nowych reguł, które daje mi Program 12 Kroków, a dopiero w wyniku tego podejmę służbę, to i Tradycja Druga, a dokładnie jej ostatnia część (nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą) będą zachowane. Potwierdza to zresztą fragment dłuższej wersji Dziewiątej Tradycji: Wszyscy nasi reprezentanci powinni kierować się duchem służby, bo prawdziwi przywódcy w AA są jedynie zaufanymi i doświadczonymi sługami całej wspólnoty. Ich stanowiska nie dają im żadnej władzy; oni nami nie rządzą. Warunkiem ich przydatności jest powszechny szacunek.

wtorek, 9 kwietnia 2013

095. wolnoć tomku

Każda grupa powinna być niezależna we wszystkich sprawach z wyjątkiem tych, które dotyczą innych grup lub AA jako całości. Tradycja Czwarta AA
* 
Wydawałoby się, że Czwarta Tradycja broni przede wszystkim niezależności i autonomii pojedynczej grupy AA (wolnoć Tomku w swoim domku), ale… im bardziej się przyglądam grupom i funkcjonowaniu Wspólnoty AA, im bardziej zgłębiam treść tej Tradycji, tym bliżej mi do przekonania, że (jak i w przypadku pozostałych Tradycji) broni ona raczej Wspólnoty przed nieodpowiedzialnością, egoizmem, egocentryzmem poszczególnych anonimowych alkoholików, którzy (bywa, że w dobrej wierze) tworzą, (równie często używając manipulacji), jakieś konkretne zasady na spotkaniach swojej grupy i konkretny wizerunek grupy (co niekiedy i dla niektórych nowoprzybyłych niestety oznacza wizerunek całego AA).
O Tradycji tej zwykle słyszałam w mało przyjaznych okolicznościach. Pojawiała się jako odbicie piłeczki na jakiekolwiek pytania, niepokoje, sugestie, dotyczące sposobu prowadzenia mityngów i podjętych przez grupę decyzji w kwestiach np. urządzania świąt, zapraszania gości (np. księży) czy finansów. Miało to znaczyć mniej więcej: każda grupa może robić co chce, więc wara wam od naszych pomysłów. Faktycznie, to może zamknąć i zwykle zamykało usta. Nawet tym, którzy do grupy należą. Tyle że… jakoś dziwnie, jakby zapominano, że za zdaniem o wolności pojedynczej grupy jest umieszczony bardzo istotny warunek! Jeśli to nie dotyczy innych grup lub AA jako całości. Warto by się więc zastanowić, co może dotyczyć innych grup i AA jako całości. Ano, na przykład to, że sposób prowadzenia mityngów przez grupę X dla właśnie przybyłego na taki mityng nowicjusza Zet będzie wyznacznikiem funkcjonowania całego AA. Bo niby dlaczego Zet miałby myśleć, że inne grupy działają inaczej? Skąd miałby wiedzieć, że może pójść na mityngi różnych grup i wybrać tę, która mu pasuje? Jeśli grupa X będzie niezbyt odpowiedzialnym reprezentantem całej Wspólnoty AA, nowicjusz Zet nie otrzyma w niej pomocy albo odejdzie, odstręczony niezgodnymi z Tradycjami AA oraz z Preambułą zachowaniami i postawami.
Jak to wygląda w życiu? Powiedzmy, że grupa ustala swój własny scenariusz mityngu i własny kanon literatury. Wolno jej? No, wolno! Czytać Dezyderaty, Orędzia Serca, medytacje 24 Godziny na dobę czy Dzień po Dniu. Pracować na „programie smutków i radości” zamiast na Programie 12 Kroków AA. Wprawdzie cierpiący alkoholik zamiast rozwiązania swojego problemu dostaje co najwyżej możliwość wysłuchania frustracji innych alkoholików oraz ładnie brzmiące i naprawdę wzruszające teksty literackie, ale…
Albo powiedzmy, że grupa postanawia urządzić na swoim mityngu którekolwiek ze świąt (wiele grup już tego nie robi, ale zdarzają się bastiony „tradycji”, które sądzą, że właśnie Czwarta Tradycja wspiera je w tym działaniu), rocznic, niekiedy huczniej obchodzonych niż wesele. Wolno jej? No, wolno, skoro tak ustaliło sumienie grupy, skoro ma prawo do niezależności… Powiedzmy, że na taki mityng trafia człowiek, który bardzo chce przestać pić, ale oprócz „zwykłego” alkoholizmu ma jeszcze jedną przypadłość (obawiam się, że charakterystyczną dla większości polskich, a może i nie tylko polskich alkoholików): niechęć do wszystkiego co religijne, i co bardzo często w naszym kraju oznacza po prostu – katolickie. Być może ta niechęć jest nawet silniejsza niż potrzeba ratowania życia (tym bardziej, że nowicjusz nie dostaje nadziei na wyzdrowienie, bo grupa zajęta jest raczej dzieleniem się jajkiem, opłatkiem lub tortem, niż nadzieją). Taki alkoholik nie zdąży się dowiedzieć, że w AA Bóg nie jest przypisany do konkretnej religii i dzięki temu we Wspólnocie jest miejsce dla wszystkich. Co oczywiste, nie zdąży odnaleźć tego swojego Boga, który jako jedyny może mu uratować życie.
Ktoś może powiedzieć: jeszcze nikomu to nie zaszkodziło, ten opłatek, to jajeczko, ta świeczka, te rozczulające liryczne teksty, te zgaszone światła! Być może, ale czy na pewno? Przecież powiedzieć tak mogą tylko ci, którzy zostali. Tych, których to odstręczyło lub zwyczajnie wystraszyło, w grupie nie ma. Może nie ma ich nigdzie. Być może wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ów wspomniany już warunek, ograniczający niezależność każdej grupy do… Piątej Tradycji. Ale również Pierwszej, do której odwołuje się zresztą rozszerzona wersja Czwartej Tradycji AA: Gdy jednak jej plany dotyczą również dobra innych grup, powinny zostać z nimi uzgodnione. Żadna grupa, żadna intergrupa czy rada regionalna ani żaden pojedynczy członek AA nigdy nie powinni podejmować działań, które mogłyby wpłynąć na AA jako całość bez uprzedniego porozumienia się z powiernikami. W takich sprawach nasza wspólna pomyślność jest absolutnie nadrzędna.
Niezależność jest przywilejem. Ale jest też odpowiedzialnością. Póki swoją postawą i decyzjami nie krzywdzę innych, póty mogę robić co chcę. Problem pojawia się wtedy, gdy to ja (sama albo z paczką kolegów) chcę decydować, czy to co robię lub robimy wyrządza komuś krzywdę.
*
A co z przypadkami łamania Tradycji? Czy grupie grozi za to jakaś kara? Anonimowi Alkoholicy nie są organizacją ani instytucją, nie posiada zarządu ani żadnej „władzy”, w związku z tym nikt nie może nałożyć na nikogo żadnych sankcji. Może warto by było mieć świadomość, że każde naruszenie Tradycji AA godzi w dobro grupy i w dobro oraz bezpieczeństwo innych alkoholików, szczególnie tych, którzy się dopiero w AA pojawią. A przecież to dla nich właśnie istniejemy – dla alkoholików, którzy wciąż jeszcze cierpią.
Każdy aa w grupie, każda grupa w strukturach ma prawo do popełniania błędu. Nie można nikomu niczego zabronić ani nakazać, bo niby kto by miał to robić? Może to zrobić tylko nagle przebudzone sumienie grupowe, pobudzone pytaniem: czy nasze działania, nawet dokonywane w dobrej wierze, nie wpływają negatywnie na wizerunek AA jako całości?
* 
Jak tę Tradycję mogę wykorzystać w codziennym życiu? Kierując się radą św. Augustyna: Kochaj i rób co chcesz. Ponieważ miłość, podobnie jak wolność, oznaczają przede wszystkim odpowiedzialność, a nie samowolę i dążenie do zaspokajania własnych zachcianek.
Jeśli należę do jakiejkolwiek grupy, wspólnoty, rodziny to moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna wolność innego człowieka. Nie oznacza to, że moja wolność przestaje się liczyć. Oznacza, że wolność innej osoby czy grupy liczyć się zaczyna i muszę ją brać pod uwagę w moich pomysłach i decyzjach. Tradycja Czwarta jest w tym wypadku bardzo zbieżna z Tradycją Pierwszą i moją uważnością na „nasze wspólne dobro”. 

wtorek, 8 stycznia 2013

088. co to jest wspólne dobro



Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze, wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności Anonimowych Alkoholików. Tradycja Pierwsza AA

*

Naszym – anonimowych alkoholików – wspólnym dobrem jest istnienie Wspólnoty w kształcie umożliwiającym wytrzeźwienie, czyli wypracowanie nowego, realnego kontaktu z rzeczywistością, oraz ratunek przed śmiercią od alkoholizmu.
Co znaczy jedność? Wcale nie oznacza jednomyślności – która jest prawdopodobnie niemożliwa do osiągnięcia nie tylko wśród takich skrajnych indywidualistów jak alkoholicy, ale też tzw. ludzi normalnych, w każdej, jakiejkolwiek grupie społecznej. Jedność oznacza gotowość do odpuszczenia własnych racji, ambicji, podporządkowania się sumieniu grupy, dojścia do porozumienia pomimo braku jednomyślności, po to, by być w stanie realizować razem nasz wspólny cel. Co jest tym celem, który niekiedy w ferworze walki o rację i rząd dusz znika z pola widzenia? Mówi o tym Preambuła, ale też brutalna rzeczywistość – pomagamy innym alkoholikom, nie dlatego, że ich tak bardzo kochamy, ale by samemu przetrwać.
Skłócona Wspólnota nie jest wspólnotą. Poza tym uniemożliwia zdrowienie innym alkoholikom. Nowicjusz, który trafi do takiej wspólnoty może w niej nie zostać – nie dlatego, że szuka pretekstów – tylko dlatego, że nie widzi dla siebie nadziei tam, gdzie zamiast jednego celu – zdrowienia – chodzi o walkę ambicji, o pokazanie kto tu rządzi, kto ma rację.
Pierwsza Tradycja stoi na straży tego, by każdy AA czuł się we wspólnocie bezpiecznie i znalazł tu swoje miejsce. Nie, nie chodzi o to, żeby rozściełać czerwone dywany i witać chlebem i solą, utwierdzać alkoholika w jego egocentryzmie i egoizmie, a wręcz egotyzmie. Raczej o to, żeby każdy anonimowy alkoholik wiedział, że Wspólnota jest dla niego (jeśli sam tak zdecyduje, o czym mówi Tradycja Trzecia), że może skorzystać z jej dobrodziejstwa – czyli z Programu zdrowienia i przemiany.
A jak mogę tę Tradycję zastosować w codziennym życiu? Czy mogę w ramy pojęcia „Anonimowi Alkoholicy” wstawić dowolną wspólnotę? Wydaje mi się, że jak najbardziej. Na płaszczyźnie rodziny wspólnym dobrem będzie jej przetrwanie i rozwój każdego z jej członków. A w sytuacji, gdy te dwie kwestie się kłócą – cenniejszą wartością jest umożliwienie rozwoju jej członków (w rodzinie, gdzie brakuje podstawowego bezpieczeństwa, gdzie zagrożone jest zdrowie, a niekiedy i życie jej członków, czyli w pierwszej z brzegu rodzinie z problemem alkoholowym, przetrwanie jednostki i jej rozwój mogą wymagać opuszczenia rodziny; tak na przykład stało się w mojej). W rodzinach, gdzie nie ma aż tak drastycznych dylematów jak walka o przetrwanie fizyczne, dbałość o wspólne dobro oznacza rzecz bardzo prostą: chociażby rezygnację z egocentryzmu, egoizmu i sobiepaństwa. Branie pod uwagę potrzeb innych, nie tylko moich własnych. Niekiedy poświęcenie własnych pomysłów na rzecz tego, co będzie dla przyszłości całej rodziny korzystniejsze. To również rozważanie – co tak naprawdę będzie dla rodziny ważniejsze, ustawianie priorytetów: nie pojedziemy w tym roku na wczasy do Kenii, spędzimy je u kuzynów na Mazurach, bo jest kryzys, a nasz syn zaczyna studia w innym mieście. Kenia i realizacja ambicji towarzyskich równałyby się brakowi wykształcenia, gorszemu startowi życiowemu dziecka. Nawet jeśli uznam, że podróże kształcą i rozwijają, to na drugiej szali leży coś znacznie ważniejszego.
Na płaszczyźnie zawodowej, w mojej firmie, która ledwie dyszy, nie przyznam sobie premii w wysokości rocznej pensji dwóch pracowników (albo nie będę szantażować szefa moim odejściem) – bo firma upadnie i nie będzie nie tylko kolejnych premii, ale nawet zwykłych pensji. A może ta moja premia będzie kosztowała kogoś utratę pracy? Przetrwam, przetrwamy, jeśli firma przetrwa. Jako całość. Jako szef nie będę wykorzystywać sytuacji i wymuszać oszczędności na pracownikach, nie ruszając własnego uposażenia. Oszczędności zacznę szukać od góry, od siebie. Jako podwładny nie będę odbijać sobie uciętej pensji nieuczciwą pracą, zawalaniem obowiązków, kradzieżami. Własny interes, pojmowany materialistycznie, zwykle stoi w sprzeczności ze wspólnym dobrem.
W codziennych, zwyczajnych sytuacjach: nie dążę do zaspokojenia mojej ważności za wszelką cenę, jeśli to ma innych (grupę, społeczeństwo) kosztować straty. Mam też swój kod – określam działaniami spod znaku Pierwszej Tradycji wszystkie te zachowania, które wymagają mojej uważności, by i ktoś jeszcze mógł skorzystać z tego co ja: miejsca na parkingu albo na ławce, jedzenia na bankiecie czy imieninach, czasu do wypowiedzi, toalety, wody.
Zakres pojmowania Pierwszej Tradycji zaczyna się dla mnie coraz bardziej rozszerzać – coraz bardziej pojmuję każdego poszczególnego człowieka jako element jednej wielkiej całości, wspólnoty (już nie tylko AA, nawet nie tylko ludzi), do której i ja należę, i w związku z tym zmniejsza się moja zawiść i zazdrość, mój egoizm, związane nie tyle z dobrami materialnymi, co duchowymi i rozwojem. Powoli przyswajam i uwewnętrzniam przekonanie, że czyjś rozwój nie czyni uszczerbku w moim, nie jest przeciwko mnie, nie sprawi, że będę niżej, przeciwnie – im więcej ducha, więcej zdrowia, tym wszystkim nam będzie lepiej. Nie mogę więc blokować darów duchowych, nie przekazywać ich dalej, by broń Boże ten ktoś nie stał się lepszy niż ja! Przeciwnie – jego rozwój zwiększa mój.

wtorek, 29 grudnia 2009

007. wspólnota szczerości

Nie sądziłam, że po dziesięciu latach we Wspólnocie coś mnie zaskoczy. Prawdę mówiąc, nie myślałam nawet w takich kategoriach, nie oczekiwałam fajerwerków. Nie w AA. Tymczasem dzisiejszy mityng… Może dlatego, że tuż po świętach, a te, wiadomo, są trudnym czasem dla alkoholików. A może z powodu nowej osoby – to zawsze kieruje mityng na trochę wspominkowe tory, na dzielenie się doświadczeniem, jak to było na początku z każdym z nas. A może było w tym to coś nieuchwytnego, niewidzialnego, ta energia, o której czasem mówi się Siła Większa. Nagle stało się magicznie, głęboko, szczerze i wzniośle, ale tak bardzo po ludzku, i to od tej najniższej, najnędzniejszej strony. Pięknie po prostu.
Sens mityngów AA jest między innymi w tym, że każdy oddzielny uczestnik może się utożsamić – z problemem, doświadczeniem, uczuciem, trudnością, rozwiązaniem. Na początku to bardzo ważne, bo pomaga zawiązać wspólnotę i zacieśnić więź. Potem uczy, jak rozwiązywać konkretne sytuacje i problemy. Ale po 10 latach coraz rzadziej mi się to włącza. A dziś się włączyło.
Jakiś stary facet, mówiąc o sobie, opowiedział o mnie. O moich najskrytszych lękach, obawach, wstydach. Nie ogólnie, że mam podobnie. On mówił o mnie! Że zawsze bałam się odsłonić, bo to, co we mnie, w środku uważałam za tak nędzne, że nie śmiałam wystawić tego na widok publiczny. Nie widziałam w sobie żadnej wartości, a z tym lepiej się nie wychylać. Jeśli się nie przyznam może nie zauważą. I broń Boże nie mówić, co myślę, sądzę, czuję. To dopiero byłby wstyd. Tak mówił ten facet, a ja zobaczyłam w nim małego chłopca, który, może po raz pierwszy, przezwycięża ten wstyd i odkrywa się całkiem. I jest to przepiękne odkrycie.
Miałam kilka razy (no, może kilka to przesada, ale ze dwa) pomysł, żeby mówić o tym, co czuję. Wprost. Pojawiła się nawet wizja, że to nie takie straszne, mało tego, że to nawet może być podniecające. I co? Nic. Znałam w tym czasie kogoś, z kim werbalnie nie schodziłam z poziomu „jak tam w pracy”, choć emocjonalnie gryzłam ściany. A dziś znowu chciałabym mówić. I tylko ode mnie zależy, czy to zrobię. Mam już wiedzę i doświadczenie, że to może być wspaniałe, a na pewno nie upokarzające. Zresztą, mojemu ego przyda się lekcja, bo to ono podnosi alarm, gdy tylko chcę się odsłonić. Chcę się odsłonić! I na pewno o tym napiszę.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...