wtorek, 8 stycznia 2013

088. co to jest wspólne dobro



Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze, wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem od jedności Anonimowych Alkoholików. Tradycja Pierwsza AA

*

Naszym – anonimowych alkoholików – wspólnym dobrem jest istnienie Wspólnoty w kształcie umożliwiającym wytrzeźwienie, czyli wypracowanie nowego, realnego kontaktu z rzeczywistością, oraz ratunek przed śmiercią od alkoholizmu.
Co znaczy jedność? Wcale nie oznacza jednomyślności – która jest prawdopodobnie niemożliwa do osiągnięcia nie tylko wśród takich skrajnych indywidualistów jak alkoholicy, ale też tzw. ludzi normalnych, w każdej, jakiejkolwiek grupie społecznej. Jedność oznacza gotowość do odpuszczenia własnych racji, ambicji, podporządkowania się sumieniu grupy, dojścia do porozumienia pomimo braku jednomyślności, po to, by być w stanie realizować razem nasz wspólny cel. Co jest tym celem, który niekiedy w ferworze walki o rację i rząd dusz znika z pola widzenia? Mówi o tym Preambuła, ale też brutalna rzeczywistość – pomagamy innym alkoholikom, nie dlatego, że ich tak bardzo kochamy, ale by samemu przetrwać.
Skłócona Wspólnota nie jest wspólnotą. Poza tym uniemożliwia zdrowienie innym alkoholikom. Nowicjusz, który trafi do takiej wspólnoty może w niej nie zostać – nie dlatego, że szuka pretekstów – tylko dlatego, że nie widzi dla siebie nadziei tam, gdzie zamiast jednego celu – zdrowienia – chodzi o walkę ambicji, o pokazanie kto tu rządzi, kto ma rację.
Pierwsza Tradycja stoi na straży tego, by każdy AA czuł się we wspólnocie bezpiecznie i znalazł tu swoje miejsce. Nie, nie chodzi o to, żeby rozściełać czerwone dywany i witać chlebem i solą, utwierdzać alkoholika w jego egocentryzmie i egoizmie, a wręcz egotyzmie. Raczej o to, żeby każdy anonimowy alkoholik wiedział, że Wspólnota jest dla niego (jeśli sam tak zdecyduje, o czym mówi Tradycja Trzecia), że może skorzystać z jej dobrodziejstwa – czyli z Programu zdrowienia i przemiany.
A jak mogę tę Tradycję zastosować w codziennym życiu? Czy mogę w ramy pojęcia „Anonimowi Alkoholicy” wstawić dowolną wspólnotę? Wydaje mi się, że jak najbardziej. Na płaszczyźnie rodziny wspólnym dobrem będzie jej przetrwanie i rozwój każdego z jej członków. A w sytuacji, gdy te dwie kwestie się kłócą – cenniejszą wartością jest umożliwienie rozwoju jej członków (w rodzinie, gdzie brakuje podstawowego bezpieczeństwa, gdzie zagrożone jest zdrowie, a niekiedy i życie jej członków, czyli w pierwszej z brzegu rodzinie z problemem alkoholowym, przetrwanie jednostki i jej rozwój mogą wymagać opuszczenia rodziny; tak na przykład stało się w mojej). W rodzinach, gdzie nie ma aż tak drastycznych dylematów jak walka o przetrwanie fizyczne, dbałość o wspólne dobro oznacza rzecz bardzo prostą: chociażby rezygnację z egocentryzmu, egoizmu i sobiepaństwa. Branie pod uwagę potrzeb innych, nie tylko moich własnych. Niekiedy poświęcenie własnych pomysłów na rzecz tego, co będzie dla przyszłości całej rodziny korzystniejsze. To również rozważanie – co tak naprawdę będzie dla rodziny ważniejsze, ustawianie priorytetów: nie pojedziemy w tym roku na wczasy do Kenii, spędzimy je u kuzynów na Mazurach, bo jest kryzys, a nasz syn zaczyna studia w innym mieście. Kenia i realizacja ambicji towarzyskich równałyby się brakowi wykształcenia, gorszemu startowi życiowemu dziecka. Nawet jeśli uznam, że podróże kształcą i rozwijają, to na drugiej szali leży coś znacznie ważniejszego.
Na płaszczyźnie zawodowej, w mojej firmie, która ledwie dyszy, nie przyznam sobie premii w wysokości rocznej pensji dwóch pracowników (albo nie będę szantażować szefa moim odejściem) – bo firma upadnie i nie będzie nie tylko kolejnych premii, ale nawet zwykłych pensji. A może ta moja premia będzie kosztowała kogoś utratę pracy? Przetrwam, przetrwamy, jeśli firma przetrwa. Jako całość. Jako szef nie będę wykorzystywać sytuacji i wymuszać oszczędności na pracownikach, nie ruszając własnego uposażenia. Oszczędności zacznę szukać od góry, od siebie. Jako podwładny nie będę odbijać sobie uciętej pensji nieuczciwą pracą, zawalaniem obowiązków, kradzieżami. Własny interes, pojmowany materialistycznie, zwykle stoi w sprzeczności ze wspólnym dobrem.
W codziennych, zwyczajnych sytuacjach: nie dążę do zaspokojenia mojej ważności za wszelką cenę, jeśli to ma innych (grupę, społeczeństwo) kosztować straty. Mam też swój kod – określam działaniami spod znaku Pierwszej Tradycji wszystkie te zachowania, które wymagają mojej uważności, by i ktoś jeszcze mógł skorzystać z tego co ja: miejsca na parkingu albo na ławce, jedzenia na bankiecie czy imieninach, czasu do wypowiedzi, toalety, wody.
Zakres pojmowania Pierwszej Tradycji zaczyna się dla mnie coraz bardziej rozszerzać – coraz bardziej pojmuję każdego poszczególnego człowieka jako element jednej wielkiej całości, wspólnoty (już nie tylko AA, nawet nie tylko ludzi), do której i ja należę, i w związku z tym zmniejsza się moja zawiść i zazdrość, mój egoizm, związane nie tyle z dobrami materialnymi, co duchowymi i rozwojem. Powoli przyswajam i uwewnętrzniam przekonanie, że czyjś rozwój nie czyni uszczerbku w moim, nie jest przeciwko mnie, nie sprawi, że będę niżej, przeciwnie – im więcej ducha, więcej zdrowia, tym wszystkim nam będzie lepiej. Nie mogę więc blokować darów duchowych, nie przekazywać ich dalej, by broń Boże ten ktoś nie stał się lepszy niż ja! Przeciwnie – jego rozwój zwiększa mój.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz