środa, 14 sierpnia 2019

193. poznać siebie


Inspiracją do cotygodniowej godzinnej Ciszy bywają różne teksty, zawsze ktoś coś przyniesie. Dziwią mnie niekiedy te wybory, ale cóż, powiedzmy, że to interesujące, co porusza i ciekawi innych, co ich zatrzymuje i pobudza. Dzisiejszy tekst był jakiś taki pół na pół, irytująco-oczywisty. Już sam tytuł książki drażnił (Radość życia), nie mówiąc o przydomku autora: Dr Love! No, hello!  


Kiedy umrzemy i pójdziemy do nieba, spotkamy tam naszego Stwórcę. Nasz Stwórca nie będzie pytał: "Dlaczego nie zostałeś mesjaszem?", "Dlaczego nie odkryłeś lekarstwa na to czy na tamto?". Jedynie, o co nas zapyta w tej cudownej chwili, to: "Dlaczego nie stałeś się sobą?" To jest nasz podstawowy obowiązek. Gdyby było inaczej, to po co bylibyśmy tak niewiarygodnie niepowtarzalni? Każdy jest inny. Każdy ma do zaoferowania światu coś, czego nie ma nikt inny. Czy ten fakt nie wzbudza w was entuzjazmu wobec samych siebie, nie skłania do refleksji: "O Boże, muszę odkryć, co to takiego?"


Nie, nie wzbudza. Naprawdę nie wzbudza, wręcz przeciwnie. (Taki mam nastrój, że bez kija nie podchodź). No jasne, że warto poznać siebie, ale… czy musimy brnąć w to kołczowe trzęsawisko?! W porządku, wysłuchałam, zastanowiłam się, przyjęłam, co mówią inni i z czystym sumieniem mogę odrzucić. I nawet by mi do głowy nie przyszło marudzić tutaj na ten temat, gdyby nie pewna zbieżność. Wieczorem usiadłam do historii pewnego amerykańskiego weterana AA, niepijącego dłużej, niż ja żyję. Nie tylko z tego powodu to, co mówi, uważam za warte uwagi. I tak sobie czytam, czytam, czytam. 

Chciałbym żebyście w ten weekend cieszyli się w pełni tym, kim naprawdę jesteście. Trzy lata temu zadecydowałem, że to jest mój najważniejszy cel życiowy. Ze wszystkich rzeczy, które człowiek może robić w życiu, postanowiłem zająć się odkrywaniem tego, kim naprawdę jestem. Chcę zobaczyć, do jakiego stopnia mogę się przebudzić. Bill pisze, że odpowiedź leży w rozwoju duchowym. W przebudzaniu się coraz bardziej. Tym właśnie jest rozwój duchowy – przebudzeniem. Rozwój duchowy jest ustawieniem się w taki sposób, aby jeszcze więcej rzeczy mogło być przede mną odkryte. A jak to robię? Szukam drogowskazu, za którym pójdę. Szukam znaków. Nikt nie powie mi prawdy o mnie samym. Mogą jedynie wskazać mi, gdzie to jest: „To tam, idź w tamtą stronę”. To może być ktokolwiek, autor jakieś książki, ktokolwiek. Jesteśmy teraz tutaj, by stać się skupionym poszukiwaczem, czyż nie? Jeśli będziesz kontemplował, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie: co jest dla mnie najważniejsze, i znajdziesz odpowiedź, to możesz skreślić wszystkie inne swoje cele. Szukaj najpierw siebie. Kiedy poznasz samego siebie, wszystko inne się naprostuje. Bardzo trudno jest nam porzucić nasze ego i zdać sobie sprawę, że gdybyśmy faktycznie skupili się na tym jednym jedynym celu, to wszystko inne naprostowałoby się. 

COOO? 
Czytam jeszcze raz, i jeszcze, uważniej. Że co? Co on mi tu gada? Właśnie dziś, pięć godzin po historyjce, którą postanowiłam wywalić, przynosi mi zdania identyczne, które w zasadzie łatwo byłoby mi przegapić, machnąć na nie ręką, że dobra, dobra, pitu, pitu. Ileż to ja słów, znacznie mądrzejszych, umówmy się, pożyteczniejszych, proszę państwa, przegapiłam z większą beztroską albo nawet nosząc czas jakiś, zdjęłam do prania i więcej już nie użyłam… A jednak coś z przeszłości się odzywa, jakieś wspomnienie, cień czegoś: mają oczy, a nie widzą, mają uszy, a nie słyszą… Nie bądź taka nonszalancka w odrzucaniu okruszków, które mogą powieść cię do domu, moja droga. 
No dobrze, tylko dlatego, że to weteran z Ameryki! Ale co to właściwie znaczy: poznać siebie? Dość łatwe, przyznam, było to na początku. Siadasz do Czwartego Kroku, zasuwasz z tymi tabelami, wypisujesz swoje życie, zdarzenie po zdarzeniu, potem wyłapujesz istotę swoich błędów, w Krokach Szóstym i Siódmym zmagasz się ze sobą, dzięki czemu widzisz dokładnie, kim jesteś. I w Ósmym widzisz, a jeszcze bardziej w Dziewiątym. O, Dziewiąty Krok, każde spotkanie lub próby uniknięcia konfrontacji ze skrzywdzoną osobą, pokazują ci jak cholera, kim jesteś. Mijają lata i to oglądanie siebie jest coraz bardziej rozcieńczone, wiesz już dużo, już nie chce ci się tak gapić na siebie, zresztą mówią – i przecież mają rację – żeby się nie skupiać za bardzo na sobie, bo to szkodliwe. Tak, po latach potrzebne jest szkło powiększające. Albo zwyczajny wpierdol od życia, który ci pokaże, gdzie jest twoje miejsce. I tak doszliśmy do tego punktu, w którym widzę, że szarpanie się nie ma sensu, bo przecież sama widzisz, moja miła, że ten weteran ma rację i… musisz poznać siebie. I co z tego, że zbiera mi się na wymioty, skoro jak mus to mus… No dobrze, przynajmniej się temu przyjrzę. 

A wy, co myślicie o tym poznawaniu siebie? Jak je rozumiecie? Co konkretnie robicie?

*

Edit, 19 sierpnia 2019: Dziękuję z całego serca za to, że chce wam się napisać, co myślicie. Dziękuję również za te kategoryczne, przesiąknięte racją opinie. Bardzo to dla mnie cenne. Wydaje się, że pokrzepiająca i dająca poczucie bezpieczeństwa jest pewność, że coś jest bzdurą, naiwnością, jest chore, głupie i bombastyczne. Z doświadczenia wiem, jak trudno żyje się w niepewności, w stałym poszukiwaniu odpowiedzi, ciągłym sprawdzaniu, czy ta wczorajsza pasuje do dzisiejszej sytuacji. 
Pamiętam zdanie: „Przestaliśmy walczyć z kimkolwiek i czymkolwiek”, pamiętam słowa starszych przyjaciół z AA, że nie muszą już walczyć z opiniami, pomysłami, przekonaniami innych, a nawet swoimi własnymi. Wierzyłam im. Było to dla mnie i wciąż jest niezwykle ważne.

I dziękuję, nawet jeśli mam wrażenie, że ktoś tu mnie chce mocno do czegoś przekonać lub przed czymś uchronić. A może tylko upewnić się, że zaglądanie na ten blog będzie przewidywalne, i nie zagrozi dyskomfortem, jaki niosą podejrzane pytania. Wprawdzie tego natężenia niezadowolenia i krytyki trochę nie rozumiem, bo w moim wpisie nie ma żadnych prawd objawionych, ani roszczeń co do dysponowania jedyną słuszną racją, niczego – wydawałoby się – co komukolwiek by zagrażało. Ale i tak dziękuję. Ja po prostu zadałam kilka pytań. Postanowiłam się czemuś przyjrzeć, czemuś, co sama latami negowałam (kolejne fundamentalne dla mnie zdanie, które co i rusz okazuje się w moim życiu aktualne i przydatne: „Nie pozwól, aby jakieś twoje uprzedzenia wobec tych określeń zniechęciły cię do szczerego spytania samego siebie, co one dla ciebie oznaczają”). I nie wiem jeszcze, co będę o tym sądzić za tydzień czy miesiąc…

32 komentarze:

  1. „Kiedy poznasz samego siebie, wszystko inne się naprostuje” – ładne, zgrabne, inspirujące nawet i kompletnie bezsensowne. Bo po odkryciu, że jestem pijakiem i złodziejem (między innymi, to tylko przykład), nic się samo nie wyprostowało. Poza tym, co to niby znaczy „naprostowało”?

    Jeśli to poznawanie siebie dotyczy kwestii priorytetów życiowych, wartości duchowych, to oczywiście ma sens, ale moi podopieczni zaczynają to robić w połowie Programu, więc i żadne odkrycie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale co to właściwie znaczy: poznać siebie? Dobre pytanie. Także i to, czy z tego poznawania siebie można zrobić cel i sens życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyrwane z kontekstu brzmi ryzykownie. To znaczy, zakładam, że jest szerszy kontekst. Ja bym nie chciała spędzać życia wyłacznie na poznawaniu siebie, ale dopuszczam, że moja definicja tej czynności może być inna, niż tego człowieka.

      Usuń
  3. To bzdety, bez urazy. Ze sobą będziemy się żreć do upadłego, ale żaden alkoholik nigdy nie dyskutuje ze zdaniem sponsora innego alkoholika, ani z amerykańskimi weteranami. Każdy ich banał, truizm, odbieramy jak wielką prawdę, objawienie. Więcej sensu ma to, co w jednej z książek napisał Meszu, że trzeźwienie to nieustanne poznawanie siebie plus zmiany. Bo jak z trudem wielkim siebie poznam, to okazuje się, że w międzyczasie coś się we mnie zmieniło, i tak stale.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie uraża mnie to. Ja całe życie z czymś dyskutowałam. A dziś czasem słucham. Jeśli uznaję, że ktoś mówi ciekawie – daję mu kredyt zaufania. Nie dlatego, że jest z Ameryki. Choć fakt, dziś wolałabym w pierwszej kolejności posłuchać – i sprawdzić czy warto – kogoś z Ameryki niż z ulicy obok. Bo jest większa szansa, że usłyszę coś nowego, a może tylko inaczej, ale to "inaczej" pozwoli mi spojrzeć w nowy sposób, zainspiruje do zmiany. Czy jeśli ktoś napisał coś sensownego to znaczy, że juz nikt inny na świecie nie będzie w stanie napisać czegoś innego sensownego?
      Tak, zapewne poznawanie siebie nie ma końca, bo zmiany nie mają podobno końca. Nawet jeśli nie są intencjonalne – zmieniamy się w końcu w proch.

      Usuń
  4. Genialne - dziękuję ci za przypomnienie Jego słów. Uwielbiam spotkania w Bełchatowie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem zwyczajną, przeciętną osobą. Odkrycie tego faktu niczego w moim życiu nie zmieniło. Nie rozumiem tych zachwytów nad odkrywaniem siebie jako celem życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobnie z niezrozumieniem tych zachwytów.

      Usuń
    2. Też tak mam.

      Usuń
  6. Ktoś tu najwyraźniej dobrze wie, o co Bóg będzie pytał, a o co na pewno nie. Zalatuje fanatyzmem.

    OdpowiedzUsuń
  7. Poznawałam siebie na programie, ze sponsorką. Zdaję sobie sprawę, ze ludzie się zmieniają, więc obok codziennego obrachunku robię też półroczne i roczne. Może kiedyś dojdą do tego pięcioletnie. :) Ale pamiętam też, że w Big Book jest takie zdanie, że uświadomienie sobie swojego stanu nie wystarczy (jakoś tak). Samoświadomość jest na pewno pożądana, ale niczego sama nie załatwia. Bombastyczne te cytowane teksty i naiwne.

    OdpowiedzUsuń
  8. "Nasz Stwórca nie będzie pytał: "Dlaczego nie zostałeś mesjaszem?".
    Nie wiem, w jakiej to religii, ale na pewno nie chrześcijańskiej. Nowy Testament zachęca do naśladowania Jezusa (życia mesjańskiego), wiele książek mówi o tym, jak Jezusa naśladować. Pomysł, żeby koncentrować się na sobie, i to jako najważniejszy cel w życiu, wydaje mi się chory.

    OdpowiedzUsuń
  9. Pani Miko, proszę napisać, że to był żart, prowokacja. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby te wymysły o poznawaniu siebie traktowała Pani poważnie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Siadam do pisania komentarza i "wiem, że nic nie wiem".
    Po tylu latach "studiowania" tematu duchowości, powinnam co najmniej fruwać:-)
    Tymczasem budzę się niezadowolona. Odganiam to jak natrętną muchę, wyobrażam sobie wodę krystalicznie czystą, świeżą, staję pod wodospadem, uśmiecham się na siłę. Samopoczucie się nie zmienia, bo od rana puka do głowy problem. Jedna z osób nie wie, że jestem alkoholiczką, a na jakiś czas jesteśmy razem. Ja już wiem, że ona wstępuje na drogę uzależnienia od alkoholu. Wraca ze sklepu z plecaczkiem, z którym się nie rozstaje.
    Ja bezczelnie zaglądam, kiedy ona przebywa w toalecie. Potwierdza się. Butelka przygotowana.
    Kołacze mi po głowie pytanie: "Jak się nie mówi to problemu nie ma?"
    Dzisiaj czytam:
    Rozwój duchowy jest ustawieniem się w taki sposób, aby jeszcze więcej rzeczy mogło być przede mną odkryte. A jak to robię? Szukam drogowskazu, za którym pójdę. Szukam znaków.
    Na pewno to nie jest znak dla mnie.
    Czy jest?
    Jak rozpoznać moje znaki?
    Oczywiście uśmiecham się do tego pytania, bo znaków wokoło jest milion.
    Dla niego życie było ciągle zmieniającą się grą rozmaitych praktycznych problemów, domagających się rozwiązania. Gdzieś poza tym znajdowało się to, co nieuniknione, czego nie da się zmienić, żeby nie wiem jak długo zastanawiać się nad sensem, który i tak nie istnieje.j
    Henning Mankell – Morderca bez twarzy

    Hm....

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie mam tyle pieniędzy, żeby cała swoją aktywność poświęcić na poznawanie siebie. Głupie to jakieś.

    OdpowiedzUsuń
  12. Zamiast nieustannie poznawać siebie, wolę pomóc córce odrobić lekcje albo syna zabrać na basen.

    OdpowiedzUsuń
  13. A jaki pożytek dla innych z tego mojego poznawania samej siebie? Głupoty i tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimie, a spróbowałeś kiedyś?

      Postaram się odpowiedzieć na podstawie krótkiego doświadczenia:

      1. Wiem kiedy się boję (a to nie zawsze jest oczywiste) i dzięki temu wiem, jakie podjąć działanie. Wcześniej nie wiedziałam i często zamiast zajmować się dzieckiem, relacjami, obowiązkami - uciekałam, w coś, co dawało ukojenie. Byłam niedostępna (bez picia, po prostu we własnej głowie). Teraz wiem, że mogę powiedzieć - potrzebuję chwilki, bo coś mnie gniecie i zaraz się tobą zajmę. Wcześniej to trwało znacznie dłużej.

      2. Poznając siebie, widzę, że i inni borykają się z podobnymi trudnościami. Mam większą odwagę w mówieniu o tym, nie tylko w kontekście uzależnienia, ale ogólnego doświadczenia - to często pomaga innym.

      3. Dzięki temu, że jestem łagodniejsza dla siebie, lepiej traktuję innych, ma to bezpośrednie przełożenie na moje relacje, które stały się głębsze, cieplejsze, bardziej życzliwe.

      4. Mam znacznie mniejszą pokusę myślenia, że ja wiem lepiej - przekonałam się, że nie wiem - dzięki temu przestałam się wymądrzać i zaczęłam słuchać innych. Czasem mogę ich wesprzeć własnym doświadczeniem.

      5. Jestem fajniejszym człowiekiem - myślę, że to duża ulga, dla tych, który musieli ze mną przebywać.

      6. Zaczynam myśleć w szerszych kategoriach - nie zadaniowo, jak wcześniej, ale z potrzeby np. dostrzegam, że wytwarzam dużo śmieci. Wcześniej nie chciało mi się ich segregować, a i do śmietnika daleko. Teraz uważam, że to kolejna lekcja charakteru i nawet chcę włożyć trochę więcej wysiłku, bo to dobre dla planety, a ja lubię naszą planetę.Czuję jedność z ludźmi, z przyrodą i chcę robić więcej dobrego.

      7. Nauczyłam się dzielić z innymi, bo wiem już, że dla mnie nie zabraknie.

      8. Daję przykład mojemu dziecku - ono uczy się patrząc na mnie.

      i wiele, wiele innych, a rzecz dzieje się od kilku miesięcy.

      Oczywiście, wciąż korzystam z narzędzi programu. Zmieniłam tylko nastawienie do tego, o czym mówi wpis Miki.

      Usuń
    2. Fajna ta lista pożytków. Dziękuję, Aniu.

      Usuń
  14. Dziękuję za wszystkie komentarze, są dla mnie bardzo pomocne.

    OdpowiedzUsuń
  15. Chyba niezupełnie jasny jest Pani osobisty stosunek do tego: "Szukaj najpierw siebie. Kiedy poznasz samego siebie, wszystko inne się naprostuje" i stąd te rozdrażnione wątpliwości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne zarysowanie stosunku autora do opisywanej historii/idei niesie określone konsekwencje: automatyczną możliwość zaszufladkowania, czyli uruchomienie naszych przekonań i uprzedzeń, pozostanie na powierzchni (bo poruszanie się wyłącznie po znajomych rejonach: jest „za” czy „przeciw”? jest w sumie dosyć powierzchownym sposobem kontaktu z tekstem czy czymkolwiek nowym), i tym samym odciągnięcie uwagi od idei/tematu. Są takie gatunki literackie, w których numerem jeden jest autor i to, co on sądzi. Ale są też takie, w których istotniejszy jest opisywany problem. Tym razem problem czy raczej zagadnienie wydały mi się ciekawsze i bardziej warte uwagi niż co ja na ten temat.
      Oczywiście, gdy nie dostajemy łatwych zadań, zwłaszcza jeśli jesteśmy do nich przyzwyczajeni, może pojawić się rozdrażnienie. Tak, to celna diagnoza, dziękuję. I szkoda, że nie mogę bardziej osobiście – wszyscy tu jesteście tacy cholernie anonimowi… Brak równowagi (bo ja na tacy) też wpływa na komunikację :-)

      Usuń
  16. Poznawanie siebie.

    Jestem alkoholiczką i nie znam siebie. Jestem obca sama dla siebie. To fakt niezaprzeczalny. Mam teraz trzeźwe życie, choć wspomnienia straszne.
    Jak żyć nie znając siebie?
    Porównam się do drogi z dzieciństwa, kiedy chodziłam do szkoły. Znałam każdą uliczkę, drzewo, a nawet wzór kory. Byłam pewna tej drogi. Wiedziałam, że zawsze zaprowadzi mnie do szkoły.
    A gdzie ja zaprowadzę siebie samą, której dokładnie nie znam?
    Nie znam, bo jeszcze są we mnie emocje nieujarzmione, więc bywa, że pomimo, iż jestem trzeźwa, zachowuje się irracjonalnie.
    W zależności od tego z kim rozmawiam, zachowuję się różnie. Poznaję swoje zachowanie i staram się to zmienić.Staram się traktować ludzi jednakowo.
    To jedna z dziedzin poznawania siebie.
    Często najpierw mówię, potem myślę, więc też poznając siebie, zmieniam to w przyszłości. Kontroluję się, tzn. świadoma jestem siebie, słów(nie zawsze).
    Poznawanie siebie, trzeźwej alkoholiczki, to praca.
    Miałam taką manierę krytykowania wszystkiego. Już nie mam. Puszczam sobie filmy ze sobą w życiowej roli. Tak, często gram role w życiu. Często nie jestem sobą, choć bywam.
    A jaka jestem prawdziwa? Na pewno nie taka, jaką byłam przez większą część pijanego życia.
    Gdyby było inaczej, nie myślałabym na swój temat.
    Nie mówiłabym głośno sama do siebie, że to lub tamto nie podoba mi się we mnie samej. Poznawanie siebie, to też jakby powrót do szkoły, gdzie uczyłam się pierwszych literek.Najpierw niezgrabne, a po wprawie w pisaniu, szło lepiej. Chodzi o pewną zgodę na siebie dzisiaj i w przyszłości. Zgodę, wypracowaną na podstawie wzoru dobrego człowieka.
    Utrudnione to jest ciągłymi zmianami i okolicznościami, dlatego nie dziwię się, że zajmuje to całe życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziekuję za ten komentarz. Wśród pewnej części moich znajomych można niekiedy usłyszeć: "That friend speaks my mind", co znaczy, że niczego więcej nie muszę tłumaczyć, bo wszystko, co sama chciałabym powiedzieć, ale nie umiałam lub nie zdążyłam, zostało doskonale wyłożone. Tak się właśnie teraz czuję.

      Usuń
  17. Przeczytałam tylko kilka komentarzy... I tak się zastanawiam nad pokorą, a raczej jej brakiem. Bo skoro to wady charakteru sprawiają, że zaczynam nieuchronnie grzęznąć w odmętach uzależnienia, to czy nie jest niebezpiecznie, z pewną arogancją twierdzić, że ten wie lepiej, a tamten bzdury gada?

    Kawałek mojej historii: program dał mi naprawdę dużo. W zasadzie ocalił mi tyłek, gdy było bardzo źle. Nie dał mi jednak wszystkiego. Mimo starań, bardzo konkretne podejście (w tamtym czasie strzał w dziesiątkę), z czasem przestało dobrze działać. W mojej głowie wady charakteru przeradzały się w hydry, z którymi nie mogłam wygrać - budziły strach i kierowały mnie nie w tę stronę, co trzeba. Po tym czasie zaczęłam przeczuwać, że może jednak może warto spróbować inaczej, tak jak podpowiada intuicja. Trochę straszno, bo przecież po swojemu to niekoniecznie, jak powie sponsor. A co jeśli nawrót się przydarzy, albo jeszcze większe zło? Mimo wszystko zaryzykowałam. Poznaję siebie na każdego dnia. To co napisał Meszuge powodowało we mnie lęk i brak nadziei - przecież jestem tylko kobietą bluszczem, złodziejką, uzależnioną, a to sprawia, że mogę poruszać się tylko w kręgu mi podobnych. Dziś myślę inaczej - tak kradłam - ale większość krzywd naprawiłam. Już nie kradnę. Tak, w związkach stawałam się potworem. Ale pracuję nad sobą, by tego nie robić. Nie widzę potrzeby, by to co było kiedyś wciąż stanowiło etykietkę. Skoro mam dawać szansę innym ludziom, to jak mogę pozostać bezlitosna względem siebie? Czy nazywając wciąż na nowo siebie złodziejką (czy cokolwiek innego) przyczyniam się do własnego wzrostu? A może można inaczej, łagodniej? Pracując na programie nie umiałam zaakceptować słabości, wrażliwości. Nie umiałam być dla siebie dobrą. Kiedy jednak spróbowałam "nowego" podejścia, wszystko zaczęło układać się inaczej. Zniknęło całe napięcie. Skoro chcę dawać miłość innym ludziom, to może jednak warto dać tą miłość i sobie. Może warto dowiedzieć się kim naprawdę jestem, gdzie jest moja istota? I jeszcze jedna rzecz - to nie oznacza chorobliwego skupienia na samym sobie i braku działania. To oznacza uważność, obserwację. Przecież nie poznasz drugiego człowieka, jeśli nie poświęcisz mu czasu, nie wysłuchasz go bez założenia, że wiesz lepiej, nie zbudujesz z nim bliskości, nie będziesz w stanie stwierdzić, co możesz mu ofiarować, jak pomóc. Nie stworzysz żadnej relacji, tylko jej pozory (często jakże bezpieczne). Będziesz mieszkać z nieznajomym i tylko będzie ci się wydawać, że go znasz. Podobnie jest z samym sobą. Najciekawsze jest to, że myliłam się. Nie było nawrotu. Coś co wcześniej brałam jako jego zapowiedź, to był po prostu strach. Teraz już wiem, że muszę go ukoić i potrzeba rozładowania napięcia znika. Teraz jestem lepsza dla innych. Coraz częściej czuję jedność, bliskość i współczucie - z ludźmi, z przyrodą. Nie uważam więc, że to truizmy. A jeśli nawet, to najwięcej ludzi wykłada się własnie na najprostszych rzeczach - może więc zamiast bronić starego, bezpiecznego sposobu myślenia, warto zaryzykować i wyruszyć w tę podróż, gdzie trzeba zmierzyć się z własną wrażliwością i delikatnością (przyznać, że jest)? Lub chociaż dopuścić myśl, że skoro ta droga pomaga innym, skoro o niej mówi wielu przywódców duchowych, niezależnie od wyznania, to jednak warto by się temu przyjrzeć? Wbrew pozorom to nie jest sprzeczne z programem. A wręcz pozwala na dalszy duchowy rozwój - bo nie lada odwagi wymaga przyznanie się publiczne do własnej słabości i wrażliwości, skoro przez całe życie ukrywało się ją przed światem. To zdecydowanie trudniejsze niż wstać i powiedzieć - jestem uzależniona ( bo i z tego można sobie uczynić sztandar).

    ps. To tylko moje osobiste doświadczenia, nie odpowiadam za skutki w przypadku innych ludzi i nie twierdzę, że to jedyna, najlepsza droga. To po prostu moja droga.

    OdpowiedzUsuń
  18. Jeśli chodzi o rozważania, ostatnio ten krótki fragment z De Mello mnie zatrzymał na dłużej:

    "Dokładnie wiesz, gdzie patrzeć.
    I to właśnie dlatego
    nie udaje Ci się znaleźć Boga."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzmi znajomo. Nawet nie sam cytat, tylko istota.

      Usuń
  19. A ja mam już trochę dość poznawania samej siebie. Dlatego, że to nieodłącznie wiąże się z rozwojem, czyli poniekąd cierpieniem. Czasami chciłabym po prostu żyć i nie rozważać każdej decyzji w zgodzie z dość wyśrubowanymi standardami. A im bardziej myślę, tym bardziej śrubuję!

    Ściskam, Misiu. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnych rzeczy chyba nie da się cofnąć i wymazać bez śladu. Można czegoś nie podejmować, ale konflikt pozostanie. Może dlatego ta opcja – mam dość, więc odmawiam poznawania siebie – nie przyszła mi do głowy.
      Ściskam, Misiu też :-)

      Usuń

193. poznać siebie

Inspiracją do cotygodniowej godzinnej Ciszy bywają różne teksty, zawsze ktoś coś przyniesie. Dziwią mnie niekiedy te wybory, ale cóż, pow...