niedziela, 28 grudnia 2014

137. eksperyment „M” – tydzień 4

Chęć wywiązania się ze zobowiązania doprowadza czasem do sytuacji absurdalnych. Żeby się wyrobić muszę gnać do medytacji, a i sama medytacja powinna być sprawniej i najlepiej szybciej przeprowadzona niż w spokojniejszych momentach. Mogę się tylko z pobłażaniem pochylić nad własnym – okresowym – pogubieniem. Dzięki rozmiarowi absurdu mogę też zobaczyć, że odhaczanie czy zaliczanie medytacji to grube nieporozumienie. I trochę poprawić. Dopiero teraz zaczynam rozumieć zdanie, które wielokrotnie słyszałam i za nic nie mogłam przyswoić: Zacznij, a potem tylko poprawiaj. Dawniej nawet nie tykałam rzeczy/sprawy, jeśli sukces nie był gwarantowany. Dlatego miałam na koncie wyłącznie sukcesy łatwe i tanie albo wybitnie przypadkowe. Teraz mogę zacząć jakkolwiek, nawet niedoskonale (prawdę mówiąc, zwykle tak jest, choć w moim mniemaniu wciąż bywam świetna i niedościgniona, a niezgrabny ruch nowicjusza wprawia mnie w zdumienie i zawstydza, trochę pod publiczkę, jeśli już zdecydowałam się na szczerość).

*

Po czterech tygodniach jest łatwiej. Zmieniłam nieco kolejność porannych czynności – medytacja jest trzecia albo i czwarta w kolejce ważnych spraw. Dzięki temu nie zasypiam w trakcie, nie zsuwam się z mojej ławeczki ani nie męczę się i nie marudzę, że już dłużej nie wytrzymam. Dwa razy zdarzyło mi się skrócić medytację poranną o 5 minut (pozwoliłam sobie zaspać, za długo się guzdrałam, a kolejny, nieodwołalny punkt wypadał tak, że albo kwadrans medytacji albo… można by mówić wyłącznie o medytacji późno popołudniowej.


Proponowana w książce, którą czytam przy okazji eksperymentu „M”, i której fragment już tu cytowałam, mantra Maranatha, bywa dla mnie kłopotliwa. Czasami. Niektórzy zachwalali ją, podając jako główny argument fakt, że brzmienie tego słowa nie budzi w nich żadnych konotacji, że ono dla nich nic polskiego nie znaczy, po prostu jest. Dla mnie to akurat główny argument przeciwko. Szczególnie gdy mój sprawny i bardzo akuratny umysł potrzebuje wyprostować, wyjaśnić i uporządkować cały świat i zamienia mi mantrę Ma-ra-na-tha w marynatę. Nie jest łatwo nawiązać kontakt z marynatą, nie jest wcale łatwo skupić się na tym i tego pragnąć. Gdy słyszę marynatę wiem, że odleciałam za daleko i całkiem nie w tym, co powinnam kierunku. Niekiedy za mantrę przyjmuję bardziej swojskie i naznaczone boskim w moim odczuciu klimatem słowo. I wtedy działa. 

środa, 24 grudnia 2014

136. zwolnienie


W tym roku tak nie będzie. Nie będę stała bożonarodzeniową nocą z głową zadartą do nieba, gapiąc się w czarodziejski taniec białych i srebrnych kropeczek. W dzieciństwie mogłam tak sterczeć i gapić się i łapać płatki szczęścia, jedyne w tamtym okresie. Czas znikał. I to było dobre. W tym roku tak nie będzie. Szczęśliwie, nie muszę znikać już czasu.






Nawet mi się udaje nie uczestniczyć w przedświątecznym szaleństwie. Niestety, nie na szlachetnych – w moim odbiorze – zasadach. Bo bardziej rezygnuję ze spraw ozdobnych (według moich, rzecz jasna, bo i czyich, kryteriów), zostając przy absolutnie niezbędnych, niż mam porobione, gdyż przezornie i mądrze zrobiłam wcześniej. Dlaczego nieszlachetne to? Bo roi mi się, że prawdziwy spokój to działania oparte na trzeźwej decyzji, a nie wynikające z… lenistwa, czyli potrzeby chwili. A może wszystko jest w porządku i tak właśnie to wygląda na jakimś tam etapie rozwoju, tylko ja, nawykła do dawnych przedświątecznych szamotanin, jeszcze się nie zorientowałam? Nie byłoby w tym niczego dziwnego – zmiany w moim życiu rejestruję z dystansu. Po pewnym czasie orientuję się po prostu, że tak już nie mam albo tak mam, a nie miałam.

Jeszcze przez kilka godzin mam ten, powiedzmy, spokój, a potem dam się – z wielką chęcią nawet – wciągnąć w kolorowy wir rodzinnej wigilii. Bo akurat w tym roku nie mam oczekiwań. Że będzie tak, a nie inaczej, że ktoś, że coś, że prezenty, że sprzątanie, że zachowanie, że jedzenie, że spóźnienie… To naprawdę niesamowite, jak przyjemnie i spokojnie jest bez tych durnych, nierealistycznych oczekiwań. 

*


I właśnie tego spokoju i wolności, płynących z braku oczekiwań Wam życzę. Dobrych Świąt!







środa, 17 grudnia 2014

135. eksperyment „M” – tydzień 2 i ½

Podekscytowanie nieco osłabło. Codzienne siadanie do medytacji spowszedniało. No to siup, poprzeczka wyżej. Nieprzewidziane sytuacje: wyjście na imprezę i powrót późną nocą, goście w domu – wieczorem i rano. Trzeba ogarnąć i się wywiązać. Późno-, naprawdę późnonocne medytacje wychodzą lepiej, niż te tylko okołopółnocne. Przede mną jeszcze poważniejsze wyzwania – wyjazd i nocleg gościnny. I organizacja przedsięwzięcia w warunkach mało intymnych, bez oddzielnego pokoju, z maluchami-skowronkami. Może być ciekawie…

*


Ktoś zapytał, jak ja to robię. Prawie tak*:

Na podstawie mojego doświadczenia wiem, że wygospodarowanie pół godziny rano i wieczorem, każdego dnia, stanowi to minimum potrzebne do tego, by medytację potraktować poważnie. Podczas tej półgodziny, codziennie rano i wieczorem, trzymaj się tej samej praktyki. Choć nigdy nie jest tak samo. Wybierz zaciszne miejsce i usiądź wygodnie. Jedyną ważną zasadą jest to, aby siedzieć z wyprostowanym kręgosłupem. Możesz siedzieć na podłodze, na poduszce, na krześle, wybierając taki sposób, który jest dla ciebie najwygodniejszy, pozwalający na to, aby każdy mięsień twojego ciała, łącznie z mięśniami twarzy, w pełni się rozluźnił. Następnie zacznij powtarzać swoje słowo modlitwy (mantry), łagodnie, cicho, spokojnie, ale nieustannie. Jeśli będziesz cierpliwy i wierny (a medytacja nauczy cię zarówno cierpliwości, jak i wierności), medytacja poprowadzi cię w coraz głębsze obszary ciszy.
John Main, Ścieżka medytacji

Tyle przepisu i pobożnych życzeń. Bo moje mięśnie nie są rozluźnione, te na twarzy prawdopodobnie szczególnie. A moja głowa jest metalową puszką i potrzeba niezłego otwieracza, żeby się do niej dobrać. Ja nim nie dysponuję. Wierzę, że jest Ktoś, kto sobie z tym poradzi. Nawet z moją oporną puszką. Książka, z której pochodzi powyższy fragment (choć w całości mnie nie powala, a miejscami irytuje bombastycznym stylem pustych zdań, bo przecież, halo, ja potrzebuję konkretów, a nie bujania w obłokach!), mówi też, w rzadkich momentach bardzo konkretnie, żeby się nie nastawiać, nie oczekiwać, żeby po prostu to robić i być. Uwierzyłam, że to ma sens. Tym bardziej, że na konkretne efekty medytacji nastawiałam się przez długie miesiące, a nawet lata, i mało co z tego wychodziło. Poza rozczarowaniem i zniechęceniem, a czasem żalem. Gdy się wreszcie zorientowałam, co robię – że próbuję dyktować, jak ma przebiegać ten proces, próbuję kontrolować medytację! – nawet się uśmiechnęłam nad własnym… brakiem kontaktu z rzeczywistością.

*


*Prawie, bo: medytuję 20 minut, a nie pół godziny. Mantrę powtarzam w myślach. Mam przymknięte oczy, bo tak radzili.

PS. Dłonie nadal puchną, choć trochę mniej. A może po prostu się przyzwyczaiłam?


poniedziałek, 8 grudnia 2014

134. eksperyment „M” – tydzień 1

Postanowiłam przeprowadzić pewne doświadczenie. Nazwałam je eksperymentem, żeby się nie przestraszyć za bardzo, że to już na zawsze, że już przepadło i mus. Eksperyment to coś zamkniętego, ma ramy czasowe. Zbiegiem okoliczności dzień pierwszy przypadł na pierwszego grudnia, wygodne to, będzie łatwiej liczyć. A że do końca roku został miesiąc, eksperyment ma trwać miesiąc. Tyle wytrzymam. 31 dni. Dam radę. Każdy da. Tylko miesiąc. A skoro już się uspokoiłam tymi tłumaczeniami i wyjaśnieniami, mogłam oddać się przedmiotowi doświadczenia. 
Eksperyment „M” polega na 31 dniach porannej i wieczornej medytacji. Po 20 minut każda. 
Dlaczego w ogóle wpadłam na taki pomysł? Jak zwykle, zlepek kilku wydarzeń, przypadkowych rozmów, lektur, i pewnego doświadczenia, czy też refleksji po wyjściu z uciążliwego stanu ducha (a właściwie również materii, bo duch mój jest mocno sprzęgnięty z ciałem i dość szybko mnie informuje w ten sposób, że źle się dzieje w naszym państwie). 
Medytacja to czynność i narzędzie, którego wagę już znam i to nie tylko teoretycznie i na wiarę. Wiem, że jest dla mojego zdrowia psychicznego i duchowego nawet nie tyle pożyteczne, co niezbędne. Zdarzało się jednak, zbyt często, że mimo tej wiedzy i przekonania, zwyczajnie pomijałam medytację w moim rozkładzie dnia. Nawet nie celowo, po prostu, jakoś tak się działo… W ciągu ostatnich kilkunastu tygodni nadziewałam się na informacje o tej medytacji, co ciekawe, głównie poza branżowym (AA-owskim) środowiskiem. Potem zdarzyła się historia z bardzo nieprzyjemnym stanem i moja intuicyjna reakcja (jak trwoga to wiadomo gdzie – ech, nic co ludzkie…): codzienna medytacja, już bez uników; codzienna i dwukrotna. Efekt przeszedł moje oczekiwania. Taka jest mniej więcej geneza mojego eksperymentu „M”

*

A teraz konkrety:
O ile wieczorna jest ulgą i niemal nagrodą, to poranna jest koszmarem. Ledwie wytrzymuję. Mniej więcej w połowie (po 10-12 minucie) zaczyna się najgorsze – walka z ciałem, z myślami, pomysłami, że nie dam już razy, że zaraz się przewrócę, teraz natychmiast muszę skończyć i się położyć. Nie kończę, wytrzymuję, choć to ogromny wysiłek. Tak oto mit doskonałej mnie, która świetnie sobie radzi z życiem duchowym i zarządza nawet komunikacją Bóg–ja, legł w gruzach. Z hukiem legł. 
Wszystko mi przeszkadza, swędzi, boli, drętwieje. Kręgosłup daje mi w kość (czy w co tam może dawać kręgosłup). Mniej więcej drugiego dnia włączyłam do eksperymentu poranne ćwiczenia. Z musu, nie łudźmy się. Dzięki nim przez te 20 minut boli trochę mniej. Ale i tak jęczę wewnętrznie. 
Wieczorem jest dużo lepiej. Nie marzę tak jak rano o miłym sercu dźwięku znaczącym koniec medytacji. Czasem nawet ten dźwięk, delikatny dzwoneczek, mnie zaskakuje, przyłapuje na… hm, chyba jeszcze nie skupieniu, ale jakimś takim rozluźnieniu, wyciszeniu, uspokojeniu. 
Problemem, którego na razie nie rozumiem i nie wiem jak rozwikłać, są puchnące dłonie. Wcześniej, przed eksperymentem „M” nigdy mi się to nie zdarzało. 

Zobaczymy, co będzie dalej… Jestem ciekawa i trochę dumna, że przekroczyłam – już 15 razy – moje ograniczenia. Wcześniej siadałam do medytacji głównie wtedy, gdy mi się chciało. Teraz – siadam, choć głównie mi się nie chce. Ale z każdym dniem jest odrobinę łatwiej. Nie mam pojęcia, dokąd dotrę, bo nigdy tam nie byłam. Dlatego jestem ciekawa.

środa, 3 grudnia 2014

właściwie to techniczny


Dotarła do mnie informacja, że zdarzają się Wam kłopoty z zamieszczeniem komentarzy pod postami (ktoś nawet zapytał, czy go nie lubię! Otóż akurat lubię. I nie mam z blokowaniem nic wspólnego). Ponieważ nie jestem w stanie podążyć w ślad za sposobem rozumowania informatyków z bloggera – takie mam prywatne ograniczenie – nie umiem rozwikłać tej zagadki. Na szybko dostałam podpowiedź, że problem "znika" jeśli jest się niezalogowanym, czyli Anonimowym Użytkownikiem. I widzę, że to działa. Mam tylko prośbę: jeśli ta anonimowość nie wynika z chęci czy potrzeby ukrycia swojej tożsamości, choćby i wirtualnej, podrzućcie w treści komentarza swoje imię czy nick. Zawsze to jakoś raźniej mówić/pisać do człowieka niż do Anonimowego nie-Bytu.


Z poważaniem, 

Mika Dunin

niedziela, 30 listopada 2014

133. proste i logiczne

Przez długie lata wydawało mi się, że Jedenasty Krok AA jest bardzo skomplikowany, dla zaawansowanych i do realizacji w jakiejś bardzo odległej przyszłości (na przykład w myśl teorii: co rok krok), a może nawet udało by się nigdy. Aż tu nagle mnie olśniło i wydało się takie... proste. Zupełnie tak samo proste, jak kierowanie autem – gdy już się nauczysz obsługiwać maszynę i przejedziesz we wszystkich możliwych warunkach pogodowych pierwsze pięćdziesiąt tysięcy kilometrów, prowadzenie samochodu staje się niemal machinalne. 

*

Pierwszy Krok AA mówi mi, że nie radzę sobie z życiem, jestem bezsilna, a więc nie mam w sobie odpowiedniej siły (doprecyzuję, że chodzi o siłę duchową, bo i cały Program AA mówi o duchowości i duchowej strony dotyczy), by czegoś niewłaściwego, czegoś, co mi i innym szkodzi nie robić albo też robić to, co byłoby pożyteczne i wskazane. Albo niezbędne. 
Drugi Krok AA wskazuje, skąd mogę tę siłę zaczerpnąć, żeby z życiem zacząć radzić sobie nieco lepiej, żeby podejmować właściwe decyzje i przestać obracać wszystko wokół w perzynę (chlipiąc przy tym w mankiet każdemu, kto się nawinie, że to nie moja wina, to oni, to zły świat…). 
Trzeci Krok AA wskazuje bez ogródek, o jaki rodzaj Siły chodzi. Resztę mam doprecyzować sama. Szukać. Z tym Krokiem sporo może być kłopotów – bo jeśli nie pofatyguję się i nie określę, co dla mnie ta Siła znaczy i jaka jest naprawdę (chodzi o fakty z mojego życia, a nie przekonania i wygodne dla postawionej z góry tezy półprawdy i manipulacje rzeczywistością), nie będę w stanie tego Kroku wykonać. Bo jeśli komuś się wydaje, że w tym Kroku chodzi o modlitwę, to... warto rzecz raz jeszcze przemyśleć. 
Krok Jedenasty AA daje mi precyzyjną wskazówkę, co mam robić. Skoro niezbędny jest mi dopływ siły, której we mnie nie ma, potrzebuję podłączyć się do Dystrybutora. A najprostszym i najbardziej skutecznym sposobem na owo podłączenie się są właśnie dwie czynności wymienione w Jedenastym Kroku. 
Proste i logiczne. 

czwartek, 20 listopada 2014

132. wykłuwanie oczu Bogiem

Trafić do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików w listopadzie – przechlapane. Na większości mityngów pojawia się temat 
11 Kroku: Dążyliśmy przez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia. Przychodzi ktoś sponiewierany piciem, życiem, sobą, i na dzień dobry dostaje serię religijnych (niestety, na wielu mityngach jeszcze wciąż) pocisków. To w 2 Kroku dowiedziałam się, że duchowość i religia są odrębnymi sprawami. Mogą się stykać, nakładać (religijność może być konkretnym przejawem duchowości danego człowieka, jakiegoś, niekoniecznie każdego), ale nie są tożsame. Szczególnie duchowość AA. To było bardzo ważne, że się dowiedziałam, bo przez lata w AA wypróbowałam już chyba wszystko, również religię, i nie działało! I ważne jest nadal, za każdym razem, gdy trafiają nowi alkoholicy, którzy o Bogu wiedzą, to co wiedzą, i ta wiedza ich nie ratuje, przeciwnie, doprowadza do rozpaczy. Gdy na początku słyszałam tak wiele o Bogu, myślałam: To nie dla mnie, tu mi nie pomogą (całe szczęście, że jest terapia). Nie dlatego, że nie wierzyłam w Boga. Wierzyłam. Problem w tym, że wierzyłam. W takiego, który mnie spisał na straty i czeka na stosowny moment, żeby mnie wykasować. Jak miałam się komuś/czemuś takiemu poddać? Nie było nikogo, żadnego sponsora, żadnego trzeźwego weterana, który by mi wytłumaczył, o co chodzi. Przeciwnie, opowiadali o Częstochowie, Licheniu, pielgrzymkach i dniach skupienia. A ja dalej swoje: Całe szczęście, że jest terapia… Czyżby? Problem w tym, że właśnie nie, bo terapia nie była w stanie mnie uzdrowić, terapia nie dała mi odniesienia do Siły Wyższej!
Dlatego wkurza mnie, gdy wciąż na mityngach pojawiają się te opowieści o religijnych praktykach. Nie dlatego, że mam coś przeciwko religijnym praktykom. Nie mam. Nic mi do tego, to prywatna sprawa każdego człowieka. Właśnie, prywatna. Więź z Siłą Wyższą, z Bogiem jest tak intymna i osobista, że opowiadanie o niej publicznie bywa bolesne. Dla słuchających. Trzeba wielkiego taktu i uważności, żeby bardziej pomóc niż zaszkodzić.
Nie przekonują mnie teksty w stylu: Wyszedł, pewnie chce jeszcze pić! Uważam, że są co najmniej aroganckie. Zwłaszcza, jeśli na mityngu, z którego ów niedoszły anonimowy alkoholik wyszedł, nie wszystko było zgodne z Tradycjami i Preambułą.

Pewnie, że byłoby najsensowniej, gdyby wszyscy alkoholicy postanawiali rozstać się z nałogiem w styczniu, kiedy wszystko się zaczyna, kiedy jest najprościej (stosunkowo), od początku, od podstaw. Ale ci przekorni alkoholicy tak nie chcą! Przychodzą, kiedy im wypadnie, nawet – o zgrozo – w listopadzie. I co z nimi począć?  

piątek, 24 października 2014

131. historia jednej piosenki

To, że smutne, wyjące piosenki mnie pociągają – wiadomo! Mam jakiś specjalny odtwarzacz w sobie, który potrafi z takich piosenek odfiltrować niezwykłe paliwo – głębokie poruszenie. Możliwe, że przesadnie głębokie. Tak to zawsze działało. Szczególnie, gdy mogłam się upić. Czasem tylko piosenką, tylko emocjami, które łączyłam z muzyką, które z niej wyciągałam. Ale to, zdawało mi się, stare dzieje. W ostatnich miesiącach (które ułożyły się już w lata) niewiele słucham muzyki, nic dziwnego, że dopiero niedawno natknęłam się na piosenkę, która – jak szybko odkryłam – w krótkim czasie zmiotła cały internet. Jeszcze nie wiedziałam, nie zdążyłam się zorientować, o czym jest, a już złapałam się na haczyk głosu, chropowatej niejednoznaczności, a potem już bezwstydnie i bezpardonowo wywalonej na wierzch rozpaczy. To nawet nie jest mój typ muzyki, a jednak coś mnie w tym zahacza. Następnego dnia ruszyłam na poszukiwania. Tak, byłam na głodzie. Już nie mogłam się oderwać. Od obrazu, od hipnotyzującego tańca–drgawek ni to kobiety ni dziewczynki (dopiero po dłuższej chwili upewniłam się, że to jednak dziecko).



Przeczytałam tekst. A więc przeczucie mnie nie myliło:

Sun is up, I'm a mess
Gotta get out now, gotta run from this
Here comes the shame

One, two, three One, two, three drink
One, two, three One, two, three drink
One, two, three One, two, three drink
Throw 'em back 'till I lose count


I'm gonna swing from the chandelier, 
From the chandelier
I'm gonna live like tomorrow doesn't exist
Like it doesn't exist
I'm gonna fly like a bird through the night, 
Feel my tears as they dry
I'm gonna swing from the chandelier, 
From the chandelier


And I'm holding on for dear life, 
Won't look down won't open my eyes
Keep my glass full until morning light,
'Cause I'm just holding on for tonight


Wzięło mnie na całego – musiałam dowiedzieć się czegoś więcej. Dowiedziałam tylko tego, że większość użytkowników internetu wydaje się nie mieć pojęcia, o czym to całe przedstawienie jest. Interpretacje są zadziwiające, a mnie wydawało się to wszystko tak proste, tak oczywiste. Ale czytam dalej i nawet zaczynam wątpić już we własny odbiór. Podobno jest przebojem. Takim na maksa. I widzę, jak to wszystko zamienia się w jeden wielki telewizyjny show. Słowa piosenki o życiowym, emocjonalnym klinczu, rozpacz na ich dnie, znikają, są tylko marnym tłem dla wybuchających oklasków publiczności w telewizyjnym studio. W porządku, ludzie chcą się bawić. Każą im, więc klaszczą. Ale jak można tak, słysząc o… umieraniu, rozdzieraniu się od środka? A może właśnie się nie słyszy?

*


I tak myślę, myślę i… dlaczego alkoholikom udaje się dotrzeć do innego alkoholika, do którego nie docierają tłumaczenia, prośby i groźby rodziny, lekarzy, psychologów? Zdobyć jego zaufanie? Wiarygodność w jego oczach? Bo ma pakiet doświadczeń, w tym przeżyć, poczuć, odczuć, uczuć (tak, tych pieprzonych, z gatunku ostatniej wycharczanej bezsiły, zaryczanej, zagilonej twarzy). Bo on wie! Jeśli ktoś tam nie był – może co najwyżej zgadywać. Czasem nawet dość trafnie, choć dość to istotne dopełnienie.
Kiedy słyszę o dziewczynie, która upycha w sobie poczucie rozpaczliwej pustki, zagłusza je hasłem przewodnim wieczoru (tego i stu innych): zabawa, zabawa, zalewa kolejną porcją rozpuszczalnika, który ma rozprawić się z nieszczęściem, cierpieniem, nudą, strachem, pustką, czczością – widzę ją, wiem o niej wszystko, znam ją na wylot, na tyle, ile trzeba, żeby złapać ją za rękę, mocno chwycić, może przytulić. Ja ją znam, tak jak siebie. Może uda się ją zatrzymać. A może pobiegnie na następną imprezę, by lać w siebie utleniacz bezsensu i pustki, by zahuśtać się na kolejnym żyrandolu. Ja musiałam przeczołgać się przez wiele imprez, tańczyć na stołach i wisieć na wielu żyrandolach (zabawa, zabawa!), żeby się wyrwać. Chciałabym tylko, bardzo bym chciała, żeby jej się udało, żeby nie było za późno.


PS. Już wiem! Wiem, czemu nie mogę oderwać oczu od tej małej. Czemu wydaje mi się taka znajoma. Na zdjęciu z pierwszej komunii wyglądam tak samo – jaśniutkie włosy z grzywką, twarz lalki. A potem, potem przecież to samo...

czwartek, 9 października 2014

130. bądź trzeźwiejsza niż ja


Pamiętam, gdy mój sponsor mówił: Masz być trzeźwiejsza ode mnie! Trzeźwość ma rosnąć i rozwijać się, a nie zwijać i karleć. Ta, jasne, gadaj zdrów, już ci wierzę, że tak tego pragniesz – podsumowywałam go krótko w myślach, co pewnie z miejsca wyłapywał, bo moja twarz już od przedszkola zdradza mnie jak pies i wyświetla wszystko, co tak naprawdę sądzę. 

Nie, nie wierzyłam mu. Nie wierzyłam, że naprawdę może tego chcieć. No, bo jak? Żeby ktoś był lepszy ode mnie? I żebym sama do tego doprowadziła, żebym pozwoliła? Przecież gdy w pracy pojawi się młoda dziewczyna i nauczę ją wszystkiego, to… będę zwykłą idiotką. Nie mogę tak postąpić, bo zaraz mnie wygryzie. Zobaczą, że jest lepsza i już po mnie. Mnie nikt nie pomagał, nie wprowadzał, sama musiałam dochodzić, wydrapywać wszystko pazurami (to oczywiście kłamstwo ohydne, bo wielu ludzi naprawdę mi pomogło, ale do tego obrazka fakty nie pasują – tym gorzej dla nich). Dlatego w porządku, pokażę jej to i owo, będę nawet miła, roztoczę wokół siebie aurę dobroci i wielkoduszności, ale chyba oczywiste, że nie wyjawię jej wszystkich tajemnic zawodu, tego całego bezcennego know how
A poza zakładem pracy, dobra, już konkretnie – w przekazywaniu dalej posłania AA, we wspólnej pracy na Programie? Przecież tu też chciałam być najlepsza. Kiedy zaczynałam, to owszem, życie mi się osunęło, ale dalej chciałam być najlepsza, chciałam być kimś. Nie rozumiałam – bo niby skąd i jak – że nie o to w tym wszystkim chodzi, że tak się nie da. No, więc próbowałam zagarniać pod siebie. Nawet te niematerialne dobra. Próbowałam duchowość ukisić tylko na własny użytek. Tak, na początku wciąż ciągnęłam przekonanie, które towarzyszyło mi przez pół życia – że jeśli ktoś będzie miał, jeśli jemu przyrośnie, to na pewno moim kosztem, to dla mnie zostanie mniej. Jako klasyczna egocentryczka uważałam, że mój sponsor nie może myśleć inaczej. Bo przecież po prostu nie można myśleć inaczej! Wciąż jeszcze sądziłam po sobie.

Minęło trochę czasu i jego słowa wyświetliły się jak neon nocą. Bo już trochę wiem, o co chodzi. Mam wspaniałą sposobność pracy z podopieczną, która już na samym początku rozumie i widzi rzeczy, których ja nie widziałam bardzo długo, która wyciąga z Programu istotę, jak odkurzacz ciągnie. A ja co? No, powinnam być zła jakaś, zaniepokojona chociaż, zazdrosna. A ja się cieszę. Jak głupia. Może dlatego, że pamiętam też inne zdanie: Jeśli trzeźwość nie rodzi trzeźwości, to znaczy, że jej nigdy nie było.


poniedziałek, 6 października 2014

129. śmierć czai się w uległości

Stowarzyszenie Umarłych Poetów musiałam oglądać na początku liceum. Nie pamiętam, co dokładnie czułam ani jakie miałam refleksje. Byłam przejęta, ale czym? Czy rozumiałam/usłyszałam zachętę do samodzielnego myślenia i szukania własnych ścieżek? Śmiem wątpić, ale nic sobie za to nie dam uciąć. Z tamtej projekcji zapamiętałam długie wędrówki Kapitana z uczniami w pejzażach, które zapierają dech w piersi (z takimi Weira kojarzę) i ostatnią scenę, na której ryczałam i za którą byłam wściekła, bo ktoś przecież mógł te łzy zobaczyć, a wtedy straciłabym twarz – ja, taka poważna, taka twarda nastolatka! I tyle mam z tej mojej pamięci–niepamięci.
Tym razem uderzyło mnie coś, co dobrze znam i co w sobie namierzyłam – kawałek człowieka bez nie. Jak trudno zawalczyć
o swoje, o siebie, jak trudno się przeciwstawić, wyjść z zastałego układu… Łatwiej (?) dokonać samozniszczenia niż powiedzieć nie. A raczej, to nie jest tak niewyobrażalne, że pozostaje tylko samozniszczenie. Bo nie wie się, nie czuje wtedy, że niewypowiedzenie go jest bardzo kosztowne. Niektórzy nie wiedzą, nie dowiedzą się i nie chcą czuć, do końca. Ciężkie, całkiem realne, namacalne podczas badań i prześwietleń, śmiertelne schorzenia nie mogą mieć przecież nic wspólnego z ulotną cichą rozpaczą, chronicznym milczeniem, podczas którego całe wnętrze krzyczy, że nie, nie, nie!
Wiele już razy przyłapałam w mojej głowie myśl, że może z tym całym alkoholizmem nie wylądowałam wcale tak źle. W ramach buntu, niezgody, niemożności wybrnięcia z sytuacji mogłam skończyć w głębokiej depresji, szpitalu dla obłąkanych czy na cmentarzu (wiem, wiem, alkohol jest skuteczną przepustką do wszystkich tych miejsc i jak się postaram, to wszystko jeszcze przede mną). Wiem, że ucieczka w picie to autoagresja, samozniszczenie. Byłam na tej drodze. Ale żywa! A póki życia, póty nadziei.

*


Natknęłam się kiedyś w Wielkiej Księdze (książce Anonimowi Alkoholicy) na zdanie, którego mimo wielokrotnego czytania nie byłam w stanie zrozumieć, a raczej odnieść go do konkretnej sytuacji, sprawić, żeby przestało być abstrakcją: Znam wiele sytuacji wynikających z konieczności picia, które powodują, że ludzie ci są raczej skłonni do największych wyrzeczeń niż do podjęcia walki. Siedzieliśmy nad nim potem jakiś czas ze sponsorem i w końcu wyszła mniej więcej taka translacja (z polskiego na nasze): Znam wiele wewnętrznych stanów wynikających z głodu alkoholowego i obsesji picia, które powodują, że ludzie ci są raczej skłonni do rezygnacji z najgłębszych marzeń, planów, celów, niż do podjęcia walki (żeby się nie napić). Po seansie dodałabym: żeby wypowiedzieć to groźne, bo nieprzewidywalne w konsekwencjach NIE

wtorek, 30 września 2014

128. lata lecą

Spodziewałam się wizyty przyjaciół. Dłuższej, z noclegami. Trzeba było przystosować wnętrza (po prostu trochę ogarnąć na co dzień nie ogarniane kąty). Zabrałam się do prac dziarsko – co zdziwiło mnie samą – i nagle się okazało, że właśnie oto przemeblowałam pół pokoju. Przy szarpaniu się z kablami przewróciłam lampę, ta zahaczyła o półkę, z półki spadło pudło, z którego wysypały się drobiazgi. Między innymi płyta, której szukałam ze dwa lata. Szukałam to za wiele powiedziane. Zastanawiałam się, intensywnie, ale jednak tylko zastanawiałam, gdzie też może być. I że fajnie by było znowu jej posłuchać, piosenki siedziały mi w głowie, wierciły się coraz niecierpliwiej. No i proszę. Miło. Dźwięki przyjemne, jakieś takie jesiennie przymglone. Zaraz potem pojawiły się obrazy.

*


Wtedy też był wrzesień. Pogoda podobna. Szeleszczące rude liście, cudowne lśniące kasztany, słońce oblewające złotem drzewa. Dużo się działo, sporo zmian w życiu. Wreszcie wolność. Już myślałam, że wiem, że złapałam trop i idę właściwą drogą, w zasadzie wystarczy jeszcze parę kroków i będę to miała. Ogarnę to, właściwie już ogarnęłam, najtrudniejsze za mną, teraz będzie inaczej, bo teraz przecież ja wiem!

*

Musiało minąć kolejnych 8-9 lat, żebym w pełni pojęła i zaakceptowała, że niekoniecznie wiem, a już na pewno, że sama nie ogarnę, że moje ogarnianie prowadzi do skutków opłakanych. Moimi ciężkimi łzami, których nie chcę i się ich wstydzę. Że muszę zrobić coś innego niż zawsze. Najpierw znaleźć to coś. Udało się – znalazłam (choć celniej byłoby powiedzieć: zobaczyłam/odkryłam/otworzyłam się/przyjęłam). A potem podporządkować się. Nigdy tego nie lubiłam. Póki sił, póty buntu i przekory, i po swojemu. Ale wtedy nie miałam już siły. Sama niczego bym już nie wymyśliła i nie stworzyła. I wtedy zaczęło się na dobre i naprawdę. A teraz moje życie wygląda zupełnie inaczej, nie tylko inaczej niż w czasach pijanego poplątania. Inaczej, niż wtedy, gdy już od kilku lat na sucho sądziłam, że jestem na prostej (podczas gdy tak naprawdę pętliłam sobie kolejną spiralę do długiego, emocjonującego zjazdu), że teraz to już tylko zbierać, nadrabiać, otaczać się pięknymi przedmiotami, lampami, obrazami, luksusowymi ubraniami i kosmetykami, wybitnymi ludźmi, jazzem i nowoczesną prozą amerykańską.

Nadal wzrusza mnie piosenka o dziewczynie z sąsiedniego pokoju, ale cieszę się, że mogę jej słuchać w tak innym miejscu siebie.  

wtorek, 9 września 2014

127. bezkrwawe zbrodnie

– Dopiero w Szwecji uświadomiłem sobie, że byłem chory na ironię, i to bardzo mi się nie podoba u tego młodego człowieka, którym byłem. Może to zresztą była choroba pokolenia. Kocham Herberta, ale jego afirmacje ironii potraktowałem chyba niedojrzale. W Polsce za komuny trzeba było być ironicznym, by nie zwariować, a że jeszcze dopatrywałem się w tej postawie wysublimowanej inteligencji, więc ironii nadużywałem. A od ironii bardzo blisko do oschłości serca i dalej do cynizmu.



Ironia jest, moim zdaniem, konieczna. 



– Ale nie bez przerwy. Człowiek tak ironiczny jak ja wtedy niczego nie mówi wprost. Niczego nie komunikuje, tworzy wokół siebie otoczkę względności i nie można do niego dotrzeć, ucieka od drugiego człowieka. Z osobą zawsze ironiczną nie ma kontaktu.
 

*


Gdy robię przegląd moich lat picia, przypominam sobie wielu ludzi, którzy tylko okazjonalnie otarli się o moje życie, ale których dni zakłóciłem swoją złością i sarkazmem. 
Codzienne Refleksje, s. 301.



Pamiętam pewną rozmowę sprzed wielu lat. Nie piłam już dłuższy czas, jakoś już sobie, myślałam, że nawet nieźle, radziłam w zwykłych relacjach, z normalnymi ludźmi (jeszcze wtedy dzieliłam ludzi na normalnych i alkoholików). Moja znajoma z obszaru zawodowego, z którą – to akurat wiedziałam i czułam – naprawdę się lubiłyśmy, powiedziała nagle: Boję się z tobą rozmawiać, bo nigdy nie wiem, co mnie spotka, czy odpowiesz poważnie czy złośliwie mnie wyśmiejesz. Lubiłam ją, nie czułam żadnego zagrożenia, nie musiałam się bronić, nie sądziłam, że sprawiam jej przykrość. A jednak… Wiem, że siałam to bezmyślnie, bez opamiętania i zastanowienia. Odruchowo. Ot tak, po prostu. Wiem, że skrzywdziłam w taki sposób znacznie więcej osób, niż jestem w stanie sobie przypomnieć. Wiem, od pewnego czasu bardzo dobrze, że już nie chcę nikogo w taki sposób traktować. Bo nikt na to nie zasługuje. Zwłaszcza gdy ironia niebezpiecznie ociera się o pogardę.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

126. zlot i odloty

Nigdy nie lubiłam dużych spędów – tłumy mnie męczą albo i gorzej. Ale tego spędu zwyczajnie nie mogłam i nie chciałam sobie odpuścić. Może dlatego, że od jakiegoś czasu sprawy Wspólnoty AA po prostu mnie interesują, bo są również moimi sprawami, a może dlatego, że nadarzała się okazja, by wreszcie wyrównać niewygodną lukę niewiedzy, zaczynającą uwierać na dźwięk zdań: Pięć lat temu we Wrocławiu… Na zlocie w Krakowie… Postanowiłam, że pojadę, zobaczę i od tej pory będę już wiedziała.

* Spotkanie w jednym miejscu tak wielu znajomych alkoholików z całej Polski, i nie tylko Polski, to fantastyczna sprawa, choć może wprowadzać w dziwny stan ni to emocjonalnego upojenia, ni męczącego niezdecydowania. Ale zrobiło wrażenie. I szczerze ucieszył widok niewidzianych po kilka lat twarzy. Aspekt towarzyski musiał jednak w którymś momencie zejść na plan dalszy.

* Przemieszczanie się w takim tłumie alkoholików pobudza do refleksji. Jak szepnął mi przyjaciel z Londynu, chcesz czy nie, uczy pokory, bo w takim miejscu, bez względu na to, co robisz w AA na co dzień, naprawdę jesteś tylko jednym z wielu. I to nie musi być wcale miła lekcja, ale już wiem, że najważniejsze lekcje do najmilszych nie należą.

* „Ceremonia” odliczania lat trzeźwości kilku tysięcy osób trochę trwa, ale pozwala zobaczyć, że można nie tylko nie pić blisko 50 lat, ale być przy tym tak pełnym życia jak dwudziestolatka, i mimo zdecydowanie zaawansowanego wieku pracować z kilkoma podopiecznymi!

* Wspólnota AA jest naprawdę doceniana za to, co robi dla społeczności. Nawet w Polsce. Nawet współcześnie. Usłyszeć to od ludzi, z którymi AA współpracuje, to jakby zobaczyć kogoś dobrze znanego w zupełnie nowym świetle, jako osobę znacznie atrakcyjniejszą, ważniejszą, niż sądziło się dotychczas. Pierwszy raz tak mocno i wyraźnie zetknęłam się z uznaniem działań Wspólnoty. I poczułam, że przynależność do AA to coś ważnego i cennego, że to mnie w pewien sposób nobilituje (i co za tym idzie, oczywiście zobowiązuje).

* Alkoholicy z różnych części kraju i świata są różni i to może drażnić (bo reagują, zachowują się inaczej niż jestem przyzwyczajona, niż się spodziewam), ale też wzbogacać o nowe spojrzenie na stare sprawy – wystarczy pójść na mityng i posłuchać kogoś z drugiego końca Polski albo drugiego kontynentu.

* Mimo tych różnic i odległości o duchowości mówimy podobnie, zwłaszcza o odkryciach w tej sferze – spotkanie o Kroku 11 było jednym z najciekawszych i najbardziej poruszających mityngów, na jakich byłam podczas Zlotu 40-lecia AA w Polsce. 
Było wręcz elektrycznie!

* Modlitwa o pogodę ducha w piętnastu różnych językach świata brzmi niezwykle wzruszająco, a widok kilku tysięcy ludzi, trzymających się za ręce i mówiących ją jednym głosem może na długo stać się wstępem do medytacji nad takimi pojęciami, jak jedność i wspólnota.

środa, 23 lipca 2014

125. a jednak safari

Krótka rozmowa z młodą alkoholiczką. Poznałam ją z rok temu. To był jej drugi mityng, wysłali ją z terapii. Podeszłam do niej odruchowo, zanim jeszcze zdążyły się z sensem uruchomić wyuczone nawyki z gatunku „jesteś tu po to, żeby oddawać” (fakt, wsparte czymś, co niewiele ma wspólnego z nawykiem, a tym bardziej treningiem – zwykłą/niezwykłą solidarnością z wystraszonym nieszczęściem – ale to wszystko działo się w najbardziej zakręconych zakamarkach umysłu, więc nie miało czasu dotrzeć do świadomości, dopiero potem, długo potem, zrozumiałam, że istnieje). Podeszłam, bo wyglądała jak malutki drżący szczeniaczek w zacieśniającym się kręgu podgłodniałych drapieżników. Była słodka, tak naiwną słodyczą, że aż irytującą. Milutka dwudziestoparolatka, choć wyglądała jak dziecko, z czarnymi oczami, mleczną skórą i odętymi ustami. I jeszcze ten rozbrajający, błagalno-przymilny uśmiech: przytulcie mnie, zaopiekujcie się mną... Podeszłam, może dlatego, żeby przytulili trochę mniej porywczo.

*


Rozmawiamy sobie dość luźno, co słychać, bo dawno się nie wymieniałyśmy tym, co słychać. Opowiada o terapii, mityngach i o tym, że znalazła takie nawet w porządku, jeden niekoniecznie dla alkoholików, drugi kobiecy, trzeci właściwie bardziej grupa wsparcia niż mityng. Pytam, ze zwykłej ciekawości, czemu nie chodzi na klasyczne mityngi AA. Bo dostaję zbyt wiele niechcianych propozycji. Ostatnio podszedł alkoholik i wprost powiedział, że ma na mnie ochotę. A ja nie chcę tego słuchać. Nie chcę! Głos podchodzi na ułamek sekundy odrobinę za wysoko, piszcząco, a ja dokładnie wiem, o czym mówi. Też miałam dwadzieścia parę lat, gdy przyszłam do AA, też miałam wielkie mokre oczy i ze strachu wiecznie przyklejony do twarzy przymilny uśmieszek. I aż nazbyt dobrze pamiętam kalkulacje: zaczynają się mityngi świąteczne, czyli siedzę w domu – nie zniosę kolejnej serii obściskiwania przez 30 facetów, z których połowę widzę pierwszy raz na oczy. Pamiętam też mityng, z którego musiałam odejść, bo nie umiałam sobie inaczej poradzić z nachalnym adoratorem, który nie reagował na mowę ciała, dystans, nieśmiałe sugestie (tresowana od dziecka na grzeczną uległą dziewczynkę jakoś nie potrafiłam załatwić sprawy krótkim cięciem, ulicznym gestem, prostym żołnierskim słowem). Pamiętam twardą rękę strachu, złości i żalu, zaciskającą się na moim ramieniu, gdy rok później wszedł na mityng, który oswoiłam, który był mój. A potem rozmowy z dobrymi trzeźwymi kolegami z AA i naukę chwytu sztywny łokieć.

Dlaczego opowieść mojej młodziutkiej koleżanki tak mnie poruszyła? Przecież to temat stary, dobrze znany, zawsze było i będzie, oswojony może nawet i jakiś taki za szybą (mogę sobie tłumaczyć, że mało we mnie zostało naiwnej słodyczy, ale wiem przecież, że i wiek robi swoje). Tak, pomyślałam, że to może ostatni dzwonek na taki tekst. Za dwadzieścia lat i kilo (a może już tylko za dziesięć) mogę nadziać się na niezbyt przyjemną ripostę, że pewnie zazdroszczę, że też bym chciała… Nie, nie chciałabym i nigdy nie chciałam. W to miejsce przyszłam, żeby przeżyć, a nie żeby szukać przygód. Choć rozumiem, że niektórym Wspólnota AA służy i do tego. I w zasadzie może być i tak, pod jednym wszakże warunkiem, dokładnie opisanym na 119 stronie książki Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji. Dużo gorzej, kiedy ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy, nie mogą jej przyjąć, bo muszą uciekać przed niechcianymi zalotami samozwańczych don juanów.

Nie jestem specjalną miłośniczką mityngów jednopłciowych, ale w sytuacjach takich, jak ta, trudno by mi było przekonywać kogokolwiek, że koedukacyjne lepsze (cokolwiek się za tym „lepszym” kryje). Słyszałam też historie początkujących alkoholiczek, którym mąż, partner czy chłopak zakazał chodzić na mityngi, bo obściskiwanie się z obcymi facetami jakoś nie wygląda na niby-trzeźwienie…  Wiem, że obściskiwanie się i te wszystkie misiaczki raczej rzadziej niż częściej mają jakieś podteksty. Zwykle nie ma w nich niczego więcej poza radością z tego, że się widzimy, że wciąż jesteśmy trzeźwi. Sama czasem to robię – z tymi, których znam długo i lubię. Ale czasem bym się jednak zastanowiła, czy na pewno każdemu to pasuje? Może nie każdy ma nieodpartą potrzebę bliskości i coraz większego skracania dystansu?

Podejrzewam, że istnieją również aowskie lamparcice, ciekawa jestem, jak alkoholicy mężczyźni sobie z nimi radzą?

poniedziałek, 30 czerwca 2014

124. wredne pytanie

Czasem ktoś ci zada takie pytanie: niby nic, niby prosta sprawa, niby ciebie tak bardzo nie dotyczy, właściwie to pytanie dość ogólne jest, ale… jakoś tak nieprzyjemnie się robi. Bo niby niewinne pytanie osadzające się pylistym dźwiękiem wewnątrz głowy, jakoś tak nieprzyjemnie drażni. I już po chwili wiesz, czemu drażni. Bo to bardzo wredne, podstępne pytanie!

*


Nie lubię takich pytań, choć prawdę mówiąc przynoszą mi najwięcej korzyści. Później, gdy się już z nimi uporam, ułożę. Ale zanim to się stanie, zwyczajnie ich nie lubię. Nie lubię widzieć, że nie jestem taka, jak sądziłam, jak sobie mimo wszystko wyobrażałam, a nawet roiłam. Bo takie pytanie, całkiem przy okazji, obnaża fakt, że te fragmenty myślenia o sobie, to nic ponad rojenia właśnie.
Ale do rzeczy! Za co dokładnie nie lubię kolegi, który zadał pytanie na jednym z forów, na internetowej grupie dla alkoholików? Bo przez niego musiałam przyznać, że jeszcze sporo mi brakuje do wizji działaczki-współpracowniczki. Otwartej na ludzi. Rozumiejącej ludzi. Lubiącej, a nawet kochającej ludzi. Naprawdę sporo.
Pytanie dotyczyło Tradycji Piątej, choć tak naprawdę spraw dużo szerszych: 
Czy mam z kimś wspólne cele i czy potrafię działać w grupie?
Uch!?! W grupie… Ale po co zaraz w grupie? Potrafię świetnie działać, jestem skuteczna, jestem obrotna i kreatywna, ale… po co w to mieszać innych? Inni komplikują, spowalniają, wypaczają, przeszkadzają, psują wreszcie. Inni to kłopot. A ja się te kłopoty nauczyłam omijać doskonale. Kiedyś, dawniej, już w dzieciństwie. A skoro coś dobrze działa, to po co zmieniać?
No, tak, wiem dobrze po co, wiem, do czego prowadzą samotne wycieczki alkoholika (alkoholiczki) o wybujałych instynktach wszelakich! I wiem, że w pojedynkę mniej mogę osiągnąć niż w grupie. I jeszcze przeczuwam, a czasem już nawet czuję, że duchowa korzyść z działań wspólnych jest większa niż z występów solowych.
Między egocentryczną egoistką a otwartą na współpracę i ludzi społecznicą są przystanki pośrednie. Na razie zatrzymałam się na przystanku mniej lub bardziej bezinteresowne działania na rzecz innych są w porządku, są w zasięgu moich możliwości. Ale póki co, wciąż łatwiej robić mi coś „dla” niż „z”.

Tymczasem, ja mam się nauczyć nie tylko działać (co też musiałam zrewidować, bo owszem, działałam, tyle że czasem bezmyślnie, impulsywnie, bez planu i często bez pozytywnych i zadowalających efektów), ale współdziałać. W relacjach interpersonalnych zawsze coś mi szwankowało. A najbardziej wtedy, gdy trzeba było coś rozwiązywać – kolektywnie. Sama mogłam uratować świat. Ale dzielić się z innymi troską, obowiązkami i triumfem (Tu cię mam!)???
Tak całkiem przy okazji zauważyłam, że im głębszą z kimś osiągnę więź, tym większa gotowość do rezygnacji z używania moich wad, forsowania moich najlepszych ze wszystkich pomysłów czy stawania okoniem (czyli: A róbta se sami, nie będę rzucać pereł przed wieprze). A jeśli do tego wszystkiego jestem w stanie zobaczyć jakiś wspólny cel… tak, to zdecydowanie zwiększa szanse na współpracę. Najważniejsze zatem, żebym zechciała (żeby mi się chciało) podjąć wysiłek szukania wspólnego celu – różnych, rozmaitych, w różnych wspólnotach – wtedy współdziałanie będzie dużo prostsze. 

poniedziałek, 26 maja 2014

123. pułapki dobrobytu

Jakiś czas temu byłam na warsztatach kroków AA. To cykliczne warsztaty i mój szósty czy siódmy w nich udział – mam pewną bazę do porównań. Po tej ostatniej edycji dotarło do mnie, że coś się zmieniło, nawet bardzo. Na te spotkania kilka lat temu trafiłam jako nowicjuszka przedprogramowa (nie piłam już wiele lat, ale Program AA miał się dopiero o mnie upomnieć). Wtedy i przez kolejne spotkania alkoholicy, w tym ja, wyjeżdżali stamtąd lekko albo dużo bardziej oszołomieni nowinami, które tak naprawdę nie są i nie były żadną tajemnicą, od 70 lat są Anonimowym Alkoholikom wiadome i ogólnie dostępne. Właśnie od takiego oszołomienia zaczęła się moja przygoda z Programem, przygoda, która odmieniła moje życie. 
Głównym zadaniem tych warsztatów – jak się okazywało – było pokazanie/przekonanie, że Program to działanie, i że samotnie i samodzielnie nie da się przezeń przejść, że niezbędny do tego jest sponsor. I faktycznie, tak się działo przez jakiś czas – alkoholikom spadały łuski z oczu, zaczynali rozumieć, a zaraz potem znajdowali sponsorów i brali się do roboty. I właśnie na tych ostatnich warsztatach okazało się, że… prawie wszyscy mają sponsorów i realizują Program. Że wszystko wiedzą, trudno ich czymkolwiek zaskoczyć. No, cóż, czasy się zmieniły, tego przecież chcieliśmy – żeby wreszcie każdy alkoholik trafiający do Wspólnoty mógł bez problemu znaleźć realną pomoc. W prowadzeniu spotkań i warsztatów nie chodzi zresztą o to, żeby wyciągać wciąż nowe króliki z kapelusza. Tylko… coś jednak nie do końca mi pasowało.


*



Parę dni temu miałam okazję pojechać w miejsce, w którym nigdy nie byłam, na mityng, do ludzi, których na oczy nie widziałam – to zawsze jest ciekawa i rozwijająca sprawa. Po warsztatowych doświadczeniach mocno się jednak zastanawiałam, co i jak mówić do alkoholików, którzy na tę moją spikerkę przyjdą, żeby mieli z mojej opowieści korzyść, żeby coś z niej wynieśli. Chciałam, żeby było z pożytkiem, ale wiedziałam, że nie mogę i nie chcę utrzymywać czyjejś uwagi za wszelką cenę. Nie zamierzałam robić show, bo – choć prawdopodobnie potrafię – nie uważam, by mityng AA był dobrym do tego miejscem. Tu nie chodzi o formę, bo ta jest ulotna, a tylko treść jest w stanie uratować komuś życie (albo, żeby darować sobie te górnolotne porównania, choć sprawić, że postanowi wreszcie coś zmienić, bo… właśnie zobaczył, że rozwiązanie jednak istnieje).
Postanowiłam zrobić to najrzetelniej jak umiem, bez względu na tamte powarsztatowe spostrzeżenia, opowiadając o mojej drodze i odkryciach. Nie siląc się na jeszcze nowsze nowinki. I co? Zobaczyłam jak wydłużają się niektóre twarze, oczy szeroko otwierają, niektórym rzedną miny, innym płoną z wrażenia policzki. Oni jednak nie wiedzieli!
 
Ale nie piszę tego wszystkiego, żeby stroszyć piórka, bo też nie zrobiłam nic wielkiego. Powiedziałam tylko coś, co sama kiedyś odkryłam, co i mnie kiedyś ktoś powiedział i pokazał. Kilka godzin później zrozumiałam coś ważnego – że dostatek i bogactwo „programowej” wiedzy mają swoją cenę, swoją mroczną stronę. W moim mieście o Programie mówi się bardzo dużo. O sponsorach, podopiecznych, realizowaniu Kroków, sugestiach i zaleceniach. To dla nas codzienność. Wszystko już wiemy, osłuchaliśmy się. Nie ma szansy na wielkie oczy i wydłużone miny. O nie, nie wypadliśmy sroce spod ogona. Wiemy! Już wiemy! Tyle tylko, że parę zgrabnych sformułowań, dobrze brzmiących AA-owskich bon motów nie zastąpi duchowego przeobrażenia. Wiedzieć nie jest tym samym, co mieć. 
Skoro wiemy, nikłe szanse, że coś nas zaskoczy. A na pewnym etapie tylko zaskoczenie potrafi wybić z rytmu, z dobrze nakarmionego, wypasionego rytmu rutyny. Wiem, bo doświadczam tego, że tylko wtedy, gdy sama siebie zaskoczę własną reakcją czy myślą, mogę odkrywać kolejne pokłady moich – wciąż szkodliwych – przekonań i wad. I dopiero wtedy coś z nimi zrobić.


*



Pamiętam dawne rozmowy z przyjaciółmi alkoholikami, nasze pragnienia, żeby Program był dostępny dla każdego, żeby każdy mógł mieć sponsora. Nie widzieliśmy wszystkiego, nie przewidywaliśmy, bo i trudno było przewidzieć, że i w tej materii dostatek zaszkodzi. Dobrobyt rozleniwia. Rozmiękcza duchowo. Trzeba się mocno nastarać, żeby całkiem nie rozmiękczył. Skoro już wszystko mam i wiem, to po co się starać? Co mi zostaje, gdy już to wszystko zrobiłam? A może pojedź sto kilometrów od domu, posłuchaj ludzi i usłysz. Może zawieź nadzieję, zawieź rozwiązanie. Im tam jeszcze daleko do dobrobytu.



poniedziałek, 21 kwietnia 2014

122. nie przeoczyć łez w deszczu

Wiele lat temu (niedługo będzie 15) dostałam od przyjaciela książkę. Chciałam ją mieć i bardzo chciałam przeczytać. Próbowałam. Brałam do ręki i po stronie, dwóch, odkładałam z powrotem na półkę. Najpierw z niedowierzaniem, potem rozczarowaniem, wreszcie złością. Bo niczego nie rozumiałam. Książka była dla mnie za trudna (choć wtedy wolałam uznać, że jest dziwaczna albo nudna czy głupia, niż przyznać, że to mojemu umysłowi daleko do otwartości, że pewne rejony rzeczywistości są jeszcze poza moim zasięgiem). Musiała odstać prawie dekadę, żebym zaczęła rozumieć. Ta książka to Przebudzenie Anthonego de Mello. Nie o niej jednak chcę dziś pisać. Wspominam ją z dwóch powodów. To była pierwsza książka, która utkwiła w mojej świadomości jako niezrozumiała i która po jakimś, fakt, długim, ale jednak, czasie stała się zrozumiała i bardzo wartościowa, bo praktyczna (czyli wykorzystywalna w moim codziennym życiu). Po drugie, książka, z powodu której ten wpis się materializuje, w sposób niemal automatyczny przywołuje rzeczoną pozycję autorstwa byłego jezuity.

Przebudzenie Meszuge również traktuje o duchowości, ale w sposób, który zaskoczy niejednego czytelnika, w sposób, który po prostu uwielbiam i uważam za mistrzostwo świata: sprowadzanie pojęć abstrakcyjnych, trudnych (bo przeważnie pomijanych w rozważaniach, przemyśleniach oraz procesie wychowania i nauczania) do prostych, powszednich, doskonale znanych, i to każdemu, a nie jedynie wybrańcom, spraw i czynności. Tak, duchowość jest zwyczajna i powszednia. Nie, duchowość nie jest czymś oderwanym od rzeczywistości. Wręcz przeciwnie – duchowość jest elementem rzeczywistości i jednocześnie – jak sądzę i jak doświadczyłam – drogą do poznania i dotknięcia rzeczywistości. Jeśli chodzi o moje osobiste doświadczenie, jedyną dotychczas skuteczną (jeśli rozumieć „drogę” jako „narzędzie”). Zatem: proste i jakże trafiające do przekonania i wyobraźni „definicje” i krótkie opowieści o duchowości (zdecydowanie nie jest tożsama z religijnością, jak sama kiedyś uważałam i jak sądzi wielu, bardzo wielu, o czym się ostatnio zbyt często przekonuję), wartościach, cierpieniu, samodyscyplinie, uldze, rezygnacji (doprowadzonej do poziomu sztuki).

Z wiekiem i własnym rozwojem zmienił się mój sposób obcowania z książkami. Od jakiegoś czasu zdarza mi się znaczyć ołówkiem pewne zdania, większe fragmenty czy pojedyncze słowa. Prawdę mówiąc, nie przepadam za tym (wdrukowany przez babcię szacunek do słowa pisanego, do książek, ale też własne doświadczenie, że zaznaczenie wpływa na późniejszą, ponowną lekturę), ale korzyści z podkreślania przewyższają dyskomfort postępowania wbrew zwyczajom i przekonaniom sięgającym dzieciństwa. Przebudzenie Meszuge jest jedną z tych książek, które muszę czytać z ołówkiem w ręku, bo ciągle znajduję tam coś do zaznaczenia, coś co przyda mi się do podręcznego zestawu pojęć duchowych. Podręcznego, bo odkąd duchowość przestała być dla mnie sferą odległą, niepojętą i wysoce abstrakcyjną, tajemniczą czy wręcz magiczną, posługuję się nimi nad wyraz często, weryfikując je regularnie.

Autora Przebudzenia. Drogi do świadomego życia znam z książek o tematyce alkoholowej, a dokładniej rzecz ujmując, z książek prezentujących rozwiązania problemu alkoholowego. Ta najnowsza książka ma dla mnie też dodatkową wartość, i nie wiem, czy to nie największy jej plus: prawdy, rozwiązania, sposoby, narzędzia, poznane i wypracowane na bardzo konkretnym gruncie – choroby alkoholowej i wychodzenia z niej – zostały przedstawione w sposób uniwersalny, pożyteczny i przydatny dla każdego, kto zechce z nich skorzystać, a niekoniecznie jest uwikłany w uzależnienie, od alkoholu czy czegokolwiek. A to oznacza, że nie trzeba tkwić w AA-owskim getcie, do końca, mimo starań, zabiegów i realnych efektów, czuć się innym i być jak inny traktowanym. Można wejść do ludzkiej wspólnoty. Nie wejść po prostu, z pustymi rękoma, z nadzieją, że nikt się nie zorientuje i nie wytknie inności. Wejść z bardzo konkretnym darem, z czymś realnie wartościowym i przydatnym dla tej wspólnoty, czyli wejść jako członek równoprawny. Temu wszak służy trzeźwienie, przywróceniu jednostek chorych społeczeństwu. 

Osobiście jestem wdzięczna za dwie przytoczone przez Autora pierwszorzędne opowieści: o wypełnianiu dzbana oraz stłuczonej szklance. Niby znajome i jakieś takie przewidywalne, ale pokazały mi coś w innym świetle, sprawiły, że pewne rzeczy stały się bardziej zrozumiałe, że moja świadomość się pogłębiła.

I na koniec – postanowiłam zrobić kilka ćwiczeń i odpowiedzieć na kilka postawionych w książce – wyjątkowo wrednych, czyli bezlitośnie trafnych – pytań. Bo tę książkę można również potraktować jako swoisty zeszyt ćwiczeń. A ja już sprawdziłam, że wiedzieć (po przeczytaniu, pomyśleniu, porozmawianiu) to trochę za mało, żeby coś zmieniło się w życiu. Żeby coś zmieniło się w moim życiu, muszę coś zmienić w moim życiu. Zmienić. Nie myśleć o tym, nie rozmawiać, nie planować. Zrobić!  

czwartek, 10 kwietnia 2014

121. manowce cudne i zgubne

Odpoczywanie dla kogoś takiego jak ja potrafi być bardzo męczące… przynajmniej na początku. Nie dziwię się, że tak jest. Nikt mnie nie nauczył odpoczywać, nie widziałam odpoczywających rodziców, nie mam żadnych wzorców. Wszystkiego musiałam nauczyć się sama, wypracować odpowiedni dla mnie model. Ale ten wysiłek opłaca mi się podejmować, bo pamiętam moje stany – fizyczne, psychiczne i duchowe – kiedy zaniedbywałam sferę odpoczynku. Wolałabym to tego nie wracać i myślę, że moi bliscy również – jestem wtedy zupełnie bezproduktywna, nie tworzę dobrej energii w świecie, psuję ją i truję. A to już mi nie bardzo odpowiada.

*

Łagodność i zdrowa dyscyplina kiedyś mocno namieszały mi w głowie. To znaczy, ja sama przy ich pomocy wyprowadziłam się na manowce. Błądziłam tam dość długo, aż odkryłam, że mój pomysł na ten odcinek życia nie jest najlepszy, że może warto odkleić się od moich przekonań i sprawdzić, jak to naprawdę jest z łagodnością i dyscypliną. Dlaczego tak miła, ale jednocześnie trudna do osiągnięcia jest zdrowa łagodność. Dlaczego tak trudna i odpychająca owa dyscyplina (myśleli, że jak dokleją do niej słówko „zdrowa” to nikt się nie skapnie? Że ja tego nie wyłapię?)? Musiałam na nowo zdefiniować to pojęcie. Dla siebie, żeby móc ruszyć z tematem. Czym jest dyscyplina, a dokładniej – samodyscyplina, bo to ona ma kluczowe znaczenie w realizacji wyznaczonych wcześniej celów i rozpisanych planów, również tych, dotyczących odpoczynku. To umiejętność robienia tego, co powinieneś robić, wtedy, kiedy powinieneś to robić, nieważne, czy masz na to ochotę czy nie. Musiałam też przyswoić sobie dość banalną umiejętność, której jednak przez całe wcześniejsze życie z różnych powodów nie nabyłam: najpierw sprawy najważniejsze, najpierw praca, potem zabawa. To była prawdziwa rewolucja w moim życiu – najpierw wykonać pracę, a później obejrzeć film, który miał być nagrodą (dawniej wiele razy zdarzało mi się nabierać samą siebie na numer „tylko rzucę okiem, jaka uczta mnie czeka” i jakoś… dziwnym trafem ocknąć się z tego oszustwa przy napisach końcowych).


Wbrew pozorom, w nauce odpoczynku nie pomogła mi wcale „łagodność”, którą kiedyś najwyraźniej pomyliłam z folgowaniem sobie, a odpowiedzialność. Oczywiście, podobnie jak „dyscyplina” na nowo zdefiniowana jako konieczność, obowiązek moralny lub prawny odpowiadania za swoje czyny i ponoszenia za nie konsekwencji; odpowiadanie przed kimś, wobec kogoś za kogoś lub za coś. Tak, musiałam zacząć wreszcie odpowiadać przed sobą za moje zaniedbania względem siebie. Byłam w stanie to zrobić dopiero wtedy, gdy pojawiły się pierwsze konsekwencje mojego do tej pory zbyt beztroskiego podejścia do życia i własnego organizmu. Nagle okazało się, że nie mam 20 lat, że moje ciało reaguje na różne wyskoki inaczej niż w tej bajecznej młodości, że być może nawet... ja jestem… śmiertelna! Gdy zaczęło boleć poszłam po rozum do głowy (prawdopodobnie nie doszłoby do tego, gdyby nie praca nad programem 12 Kroków AA, wcześniej nie byłam zdolna do podporządkowania się czemukolwiek, nawet wymaganiom własnego organizmu). Będąc odpowiedzialną, musiałam wyznaczać sobie czas na odpoczynek. Kiedyś tego nie umiałam. Pracowałam bardzo intensywnie, byle szybciej i krócej, byle bliżej do słodkiego lenistwa. Praca do wycieńczenia była, przy okazji, doskonałym alibi dla późniejszego nic nierobienia. Byłam usprawiedliwiona, przed innymi i co najważniejsze, przed samą sobą. Skoro tak się naharowałam, to teraz chyba mi się należy, prawda? Ale nic-nie-robienie bardzo mi szkodziło. Nuda jest wielkim wrogiem człowieka. Męczyłam się sama ze sobą, nie wiedziałam, jak spożytkować energię, wpadałam na dziwaczne, głupie i mało konstruktywne pomysły. W głowie włączała się wirówka, myśli nie dawały mi spokoju. Mało tego, moje lenistwo przeciągałam do granic możliwości, powodując kolejne spiętrzenie już czekających prac i zleceń. W ten sposób koło się zamykało. 



Dlatego musiałam podejść do sprawy konstruktywnie. Zastosować zasady samodyscypliny, napisać plan i się do niego stosować. Spacery, długie i szybkie marsze, basen, joga stały się koniecznością. Tylko niektóre z nich sprawiały mi przyjemność, ale wiedziałam, że wszystkie są niezbędne albo przynajmniej bardzo wskazane dla mojego ciała i, jak stosunkowo szybko zauważyłam, ducha. Najtrudniej było z wyłączeniem się z trybu on-line i z uregulowaniem snu. Mam wolny zawód, więc godziny pracy biura mnie nie obowiązują. Muszę się zmuszać do wstawania od komputera, patrzenia w okno, przeciągania się, przejścia kilku kroków, zrobienia obiadu, wyjścia po bułki lub pod jakimkolwiek innym pretekstem. A wieczorem… Zapakować się do łóżka przed 23 wciąż udaje mi się nieczęsto. Jednak wiem, że to wszystko, poza rzadkimi wypadkami, kwestia mojej decyzji i priorytetów, a tak naprawdę duchowej schludności.

Mimo wszystko, absolutnie i całkowicie umiem odpocząć tylko na wakacjach. Wtedy, gdy wyjeżdżam, nie zajmuję się niczym innym, nawet towarzyskimi sprawami, nie mam żadnych obowiązków. Mogę leżeć na trawie czy piasku i czytać książki, stosy książek, gapić się w morze i korony drzew, godzinami łazić po lesie i jeździć na rowerze. Wreszcie nigdzie się nie spieszyć. Nie zabierać ze sobą żadnych spraw i zaległości, które po powrocie będą jeszcze większymi zaległościami, a teraz byłyby pretekstem do ucieczki od siebie. Od pewnego czasu takie mini wakacje udaje mi się organizować w weekendy – w końcu czekanie cały rok na 10 czy 14 dni laby może przygnębić i nie stanowi już wystarczająco dużej zachęty do wielomiesięcznego wysiłku. Nie planuję wtedy pracy, odbieram tylko niezbędne telefony – również od znajomych, bo odkryłam, że godzinna rozmowa przez telefon wyciąga ze mnie tyle energii, co dwie albo i trzy godziny zawodowych zajęć. Realizuję „program active”: nordic walking – sauna – spacer – kino – basen. I choć czasem się do tego odpoczynku zmuszam, to wiem dobrze, że bez tego długo nie pociągnę. A jednak bym chciała, bo jest mi coraz fajniej na tym świecie.


wtorek, 18 marca 2014

120. o korzyściach stania w szeregu

Pewien popularny AA-owski mówca leciał do Teksasu, na dużą imprezę AA, gdzie miał opowiadać swoją historię. Rozszalała się burza, samolot wpadł w straszne turbulencje. Lecąca z nim kobieta spytała, co by się stało, gdyby mówca się nie pojawił. „To jest mityng AA”, wzruszył ramionami. „Znajdą kogoś innego!”

Duch rotacji sprzyja rozwojowi pokory, która przypomina nam, że to posłanie AA jest ważne, a nie osoba je niosąca.*

Przywództwo w AA nie polega na tym, aby zebrać wokół siebie grupę ludzi, którzy się z tobą zgadzają i pracują aby zrealizować program. Przywództwo w AA nie polega na stawaniu się coraz popularniejszym, po to, aby uczestnicy podążali za tobą w konkretnym kierunku. Dla mnie osobiście przywództwo było i jest wspieraniem Wspólnoty, kiedy ta poszukuje sposobu osiągnięcia sumienia grupy. Osiągnięcie sumienia grupy jest główną rolą rzecznika rady, ponieważ sumienie grupy jest naszą jedyną władzą. Przywództwo w AA jako całości polega na służbie – służbie dla Wspólnoty, aby ta mogła skuteczniej docierać do alkoholika, który wciąż jeszcze cierpi.*

Rotacja może być prawdziwym krokiem do przodu w rozwoju osobistym – krokiem ku pokorze, który dla niektórych osób jest duchową kwintesencją anonimowości. Rezygnujemy z osobistego prestiżu w pracy AA. Rotacja przynosi duchowe nagrody bardziej trwałe niż sława. Nie mając żadnego „statusu” w AA do postawienia na szali, mamy całkowitą wolność aby służyć kiedy jesteśmy potrzebni. Nie musimy walczyć o tytuły i pochwałę. W ramach Tradycji Drugiej, rotacja jest główną metodą jaką posiadamy my, uczestnicy AA, aby zapobiec temu, że władza, prestiż i zabieganie o osobisty poklask wypaczą nasze najlepsze intencje.*



* Cytaty pochodzą z Raportu końcowego 22 Światowego Mityngu Służb, który odbył się w 2012 roku, w Nowym Jorku. 

wtorek, 11 marca 2014

119. czy we wspólnocie wszystko jest wspólne?

Zaledwie parę tygodni temu pisałam o powrocie do szeregu, o powstrzymywaniu się przed epatowaniem własnym intelektem, wiedzą, pomysłami, osobowością, o duchowym aspekcie anonimowości. I oto nadszedł czas weryfikacji… A może badania własnych granic i szukania równowagi? No i adekwatnej reakcji. Załatwiania spraw, a nie wyłącznie narzekania, że ktoś coś mi…

*

Pamiętam moje zaskoczenie, ale też swego rodzaju ulgę płynącą ze zrozumienia, kiedy wypełniając tabelę uraz do 4 Kroku odkryłam, że owszem, moje pretensje mają jakieś tam zaczepienie w faktach, ale to ja dawałam się krzywdzić czy nieodpowiednio traktować, sama się przyczyniłam do pewnych nieprzyjemnych dla mnie zdarzeń. Po wypełnieniu tej tabeli mój ogromny żal do byłego narzeczonego za brak szacunku, uczuć, troski znacząco się skurczył. Tak, on tak właśnie się zachowywał, ale przecież nie przykuł mnie do kaloryferów, nie trzymał mnie przy sobie siłą. Po pierwszym bolesnym doświadczeniu mogłam zareagować, po drugim odejść. Pozostanie w tej relacji, narażanie się na kolejne nieprzyjemne sytuacje, to był mój wybór. Mój udział zobaczyłam nawet w dokonanym na mnie w tramwaju akcie kradzieży. Oczywiście, udział złodzieja nie stał się ani odrobinę mniejszy czy usprawiedliwiony. Natomiast odkrycie mojej lekkomyślności – portfel na samym wierzchu otwartej torebki – pomogło uporać się z poczuciem krzywdy i tendencją do obwiniania innych. Mój udział nie znosi czynu dokonanego przez kogoś, może co najwyżej uspokoić emocje, ustawić je na właściwych torach. No, i dać mi lekcję na przyszłość. Czego unikać, jak się zachować.
Pamiętam kolejne zdziwienie, gdy po pewnym mityngu odkryłam brak telefonu komórkowego w kieszeni płaszcza. Oniemiałam. Ale bardzo szybko przyszła myśl: A czego ty się spodziewasz? Jesteśmy bandą chorych i zdeprawowanych ludzi o przetrąconych wartościach. Skąd pomysł, że nagle, po przekroczeniu progu mityngowej sali wszystkie wady nagle znikną albo zatrzymają się w bezruchu, a my zamienimy się w chodzące ideały i wzory do naśladowania dla małych dzieci?
Kradzież zawsze boli. Czy również intelektualna? Ta chyba wciąż bardziej mnie zadziwia. Ale czy umieszczając moje przemyślenia i eseje w tej ogromnej i tak naprawdę dzikiej przestrzeni, jaką jest internet nie powinnam przewidzieć sytuacji podobnej do tej z moim portfelem w tramwaju? Naiwność, bezmyślność, lekkomyślność to wady charakteru. Gdy dziwię się, a może nawet oburzam, że jakiś alkoholik na programie (musi na nim być, skoro pisze o Tradycjach AA), ukradnie moje teksty, kierują mną właśnie te wady charakteru (o egocentryzmie nawet nie wspomnę!). Ale nie ukrywam, że również zwyczajna ciekawość co do sposobu myślenia tej osoby: przepisać co drugie zdanie, podpisać własnym imieniem, a potem jeszcze wysłać do biuletynów AA, po to, by te teksty zostały wydrukowane i poszły w Polskę? To jest dopiero brak rozwagi. Bezmyślność czy hucpa? (jedno i drugie nie jest u alkoholików niczym niezwykłym – wiem, w końcu Krok Piąty mam już za sobą).
Zastanawiałam się kiedyś jaki jest sens spisywania cudzych prac (na terapii). Na cudzej pracy przecież się nie wytrzeźwieje. Ale być może czegoś nie wiem, nie dostrzegam, może właśnie dogłębnie się zrozumie, a nawet wprowadzi we własne życie Tradycje AA opisane przez kogoś innego (oszukiwanie własnego sponsora od Tradycji to już całkiem inna kwestia). Tak, wiem, że zbiorowa mądrość AA polega na dzieleniu się. Może warto by było jednak zgrać definicje i zastanowić się, czy faktycznie wszystko jest do wzięcia i ewentualnie w jakim zakresie. Warto też mieć świadomość, że teksty, nawet te z internetu, mają swoich właścicieli, autorów, a niektóre są chronione prawem autorskim. 
Fakt, jestem dość mocno wyczulona na naruszanie własności intelektualnej, może z racji zawodu (nie będę oczywiście nikomu udowadniać, że nie miał takich samych doświadczeń jak ja, że nie wpadł na takie same porównania, bo to karkołomna zabawa), ale czy naprawdę różni się ona aż tak bardzo od własności materialnej? Ja też kiedyś nie widziałam niczego niewłaściwego w drukowaniu moich prywatnych wielostronicowych plików w miejscu pracy, ani w prowadzeniu długich prywatnych rozmów przez telefon służbowy. Jeśli coś jest, leży bezpańsko, to znaczy, że można brać, samo się prosi. To, że dziś nie ruszam nie swoich rzeczy, nawet gdy leżą na ławce w pustym parku, jest kwestią świadomości i wysiłku myślenia i kroczenia tą nową przemyślaną drogą. I znowu wraca do mnie zdanie: Jest tylko jedna osoba zobowiązana do przestrzegania jakichkolwiek zasad, wyznawania jakichkolwiek wartości – ta, która sama tak postanowi. Tak dla porządku – to ostatnie zdanie jest własnością intelektualną pewnego alkoholika, nie moją. Na jego wykorzystanie mam osobistą zgodę.



wtorek, 11 lutego 2014

118. żegnaj władzo

Rozważając w styczniu ostatnią, Dwunastą Tradycję AA, doszłam do wniosku (co już wcześniej podejrzewałam, ale jeszcze nie miałam tej pewności w sobie), że Tradycje mają daleko szersze oddziaływanie niż tylko regulacja wewnętrznego funkcjonowania Wspólnoty AA. Zrozumiałam, że są fenomenalnym narzędziem rozwoju duchowego, bardziej zaawansowanym niż Dwanaście Kroków, kolejnym etapem Programu.

Właśnie rozpoczęłam drugie kółko z Tradycjami. Kiedy zrealizowałam 12 Kroków ze sponsorem i zaczęłam przekazywać dalej, każdy kolejny Krok omawiany z podopieczną wymagał ode mnie powrotu do tamtych treści. Czytałam i odnajdywałam w tych czytankach (literaturze Anonimowych Alkoholików) nowe rzeczy, czasem dziwiąc się i śmiejąc, że wcześniej na pewno tam tego nie było. Nie mogło być, przecież na pewno bym zobaczyła. Prawdę mówiąc niemal za każdym razem odkrywałam takie nowinki. Poznawałam po tym, że się przesunęłam, że jestem w innym punkcie niż wtedy, gdy czytałam poprzedni raz. Z Tradycjami jest podobnie. Po roku widzę kolejne warstwy. I bardzo mi się to podoba.


*

Oczywiście, wiedziałam – teoretycznie i intelektualnie (warstwa pierwsza) – że Druga Tradycja AA* dotyczy kwestii władzy i ostatecznego zdania w AA. Jeśli nie możemy dojść do porozumienia, mamy się odwołać do sumienia grupy, i tyle. Bo decyzja sumienia grupy jest nadrzędna (warunki formowania właściwego sumienia grupy opisałam tutaj). Wiedziałam też, znowu w warstwie pierwszej, że skoro władzą ostateczną jest Bóg/sumienie grupy to nie jestem nią ja. Teraz jednak przyszła pora na warstwę drugą, czyli poczucie tego, dogłębne zrozumienie i przyswojenie, po prostu uwewnętrznienie (internalizację, uff). To cudownie, że nikt niczego nikomu nie może w AA nakazać, do niczego zmusić. Dlatego tak się trzymam tego miejsca. Czasem na własną zgubę – bo co jak co, ale samowolę i przekonanie, że ja sama wiem najlepiej, co jest dla mnie dobre i jak ma wyglądać moje życie, mam wyćwiczone do perfekcji i dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. Ale jest też druga strona tego medalu: jeśli nikt nikogo, ta ja też. Tak, ja też nie mogę nikogo do niczego zmusić. Tu jest początek mojego wyzwolenia. Bo odkryłam, że całe życie próbowałam forsować moje racje i pomysły. Prośbą lub groźbą. Szantażem, zastraszaniem albo przymilaniem. Nie ważne metody, ważny efekt. To ja rządziłam w domu. Próbowałam, nawet jeśli za to dostawałam po głowie. Naturalny porządek nie istniał. A raczej, to ja stworzyłam nowy porządek, który dla mnie wyglądał całkiem naturalnie. Byłam wręcz oburzona, gdy ktoś zechciał mi moje miejsce odebrać. To ja rządziłam w rodzinie, związkach, relacjach. W każdym razie rwałam się do tego ochoczo, zawsze. Gdy się nie udawało, byłam nieszczęśliwa. Ale próbowałam dalej. Gdy ktoś miał tego dość i znikał, byłam nie tylko nieszczęśliwa, ale i obrażona. Nie wiedziałam, nie widziałam, nie rozumiałam. Pakowałam mnóstwo energii w to moje rządzenie – bo przecież ja chciałam dobrze, ja wiedziałam jak jest dobrze. Gdyby oni wszyscy tylko się poddali… Otóż, nie, nie wiedziałam co jest dobre i najlepsze nie tylko dla innych, ale nawet dla mnie samej. Uznanie tego, pogodzenie się z tym uwolniło mnie od wielkiego ciężaru. Kolejną jego porcję zrzuciłam, uznając, że nie mam władzy nad nikim. Nawet, jeśli mój pomysł jest w porządku – spodoba się albo nie. Przyjmą go lub nie. To już nie moja rzecz. Nie muszę walczyć i przekonywać. Bo już nie muszę walczyć o uznanie. Już się nie boję odrzucenia. Nie muszę się nikomu podlizywać. Ani też wyrywać palmy pierwszeństwa, siłą wdzierać się na świecznik. Odkryłam też, że nie wszyscy są gotowi na pewne pomysły, nawet te bardzo dobre. Nie wszyscy jeszcze widzą. I to nie jest nic złego. Czasem trzeba poczekać.
Na jeszcze jeden aspekt Drugiej Tradycji zwróciła mi uwagę podopieczna (to kolejny profit płynący z posiadania podopiecznych – mają fantastyczne pomysły). Nie tyle chodzi w niej
o podporządkowanie, ile o współpracę. Podporządkowując się mogę wpaść w pułapkę urazy: Nie chcieliście mojego rozwiązania? OK., niech wam będzie, nie będę się stawiać, ale nie liczcie na wiele. Wyższą szkołą jazdy jest powiedzieć wtedy: To całkiem nie po mojemu, ale skoro taka jest decyzja, to ja się przyłączam i razem z wami to zrobię. To naprawdę wyższa szkoła jazdy. Ale i Tradycje są moim zdaniem kursem jazdy dla zaawansowanych.


* Jedynym i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący Bóg, jakkolwiek może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą. 


wtorek, 21 stycznia 2014

117. pod fałszywym aniołem

Pilch jest jak pies ogrodnika – skoro on nie chce rozwiązania, to nadziei na wyjście z choroby nie pozostawi nikomu. Skoro on nie korzysta to… znaczy, że rozwiązanie nie istnieje. Albo nie działa, a to znaczy, że nie istnieje. Wiem, wiem, to była sztuka, a nie nudna rzeczywistość. Jak ktoś nie potrafi obcować z dziełem, niech się nie wypowiada. No, to się wypowiem.

*

Poszłam, bo byłam zwyczajnie ciekawa, ot, taki banalny powód. Smarzowski mnie interesuje, Pilch niespecjalnie. Tego pierwszego jestem w stanie oglądać, choć nie pasjami, tego drugiego czytać – nie bardzo. Ale temat alkoholizmu ciekawi mnie zawsze. No i co ja na to?
Jakieś takie dziwne odczucie mnie napadło w trakcie, że Pan Pisarz Wielkie Ego nie jest już w stanie nakarmić się zachwytem wpatrzonych weń studentek i pań redaktorek, że potrzebuje specjalnie utkanego z samej degrengolady, z nizin najniższych, z marginesu ostatniego, tła, by wypaść jeszcze lepiej i mądrzej niż zwykle. Każde westchnienie podziwu dla pustego w środku alkoholika jest na wagę złota. Choć z biegiem lat i kolejnych litrów przepuszczonych przez organizm, żyły i mózg coraz rzadsze, westchnienia mają zapełnić tę pustkę. W każdym razie spróbować zawsze warto.
Dobra już, to czego się czepiam? Nie byłam nigdy pacjentem oddziału deliryków, może to prawda najprawdziwsza, że tam dno den, że wtórny, a wręcz i pierwotny analfabetyzm. Ale jakoś nie do końca to kupuję. Widziałam pacjentów różnych odwykówek, i choć zdaję sobie sprawę, że na detoks trafiają alkoholicy w ciężkich stadiach choroby, to wciąż te ciężkie stany nie przytrafiają się wyłącznie zrytym życiem mieszkańcom najpodlejszych dzielnic. Jak podobno lubią podkreślać terapeuci uzależnień, alkoholizm jest chorobą demokratyczną, a to oznacza, że żaden zawód, pozycja, status nie chronią przed wszelkimi jego atrakcjami. Do takich atrakcji należą kace giganty, urwane filmy, kradzieże, oszustwa i kłamstwa, gwałty i przemoc, wreszcie kwestie, które łagodnie i dość oględnie nazwę fizjologicznymi. Być może bohater opowieści faktycznie tak trafił, choć bardziej jestem skłonna uwierzyć cichemu głosikowi, szepczącemu za uchem, że scenografia spreparowana jest bardzo celowo, choć nie jestem pewna, czy do końca świadomie, po prostu w takim miejscu, w takim towarzystwie naprawdę łatwe (wręcz oczywiste?) staje się pytanie: Co ja tu do kurwy nędzy robię? Co to za ludzie, gdzie ja, gdzie oni? Może sram pod siebie i rzygam na siebie, ale przynajmniej jestem inteligentny. I to piekielnie!
Tak, i w dodatku wszyscy to potwierdzają. Czytają, zapraszają, przeprowadzają wywiady, kupują książki, piszą recenzje, pieją – całe nienajedzone społeczeństwo podkarmi się teraz opowieściami jednego gościa, który najprawdopodobniej skona na tę chorobę, ale najważniejsze, że czytelnikom, odbiorcom i wszelkiej maści handlarzom choroba ta wydaje się tak zajebiście malowniczym tematem. OK., może i są usprawiedliwieni, może zwyczajnie nie wiedzą, nieuzależnieni przeważnie nie rozumieją, czym jest alkoholizm. Tym bardziej, że sam autor książki Pod Mocnym Aniołem wprawdzie przyznaje, że napisał ją na własnym odwyku i twierdził również – w każdym razie dawno temu – że sporo tam z niego, a właściwie większość, teraz jednak od tego kłopotliwego wyznania jakoś się mocno dystansuje. Ba, wyleczony z alkoholizmu opisuje teraz swoje odkrycia w temacie  parkinsonizmu. Tamta choroba już go nie dotyczy. Czy mi to przeszkadza? Bynajmniej. Tylko szkoda. 

*

Znam ten stan brylowanka, znam uczucie mrowienia i stojące za nim strach, niepokój, wywołujące przymus popisywania się, gadania pustych bzdur, lingwistycznej ekwilibrystyki. Nie mogę tego słuchać. Może dlatego, że sama kiedyś dość sprawnie posługiwałam się tym językiem, który dziś rani małżowinę ucha mego (sic!). Nie zamierzam robić Panu Pisarzowi amatorskiej psychoanalizy, ale prawie bym się założyła, które zdanie wybrał sobie za alibi dalszego, rzecz jasna kontrolowanego picia: Jest pan nieuleczalny! Skoro tak, to nie ma sensu się starać. Niektórym w takich razach wystarczy sama diagnoza. Są alkoholikami, a więc piją. To chyba jasne. Nie wszyscy mogą korzystać z przekonania, jakże banalnie powszechnego wśród jakże niebanalnych ludzi pióra, że bez picia nie ma twórczości.

Na koniec uroczy cymesik: na widzów filmu Pod Mocnym Aniołem w kinowej kawiarni czekała specjalna oferta (dostępna od lat 18). Zgadniecie co? Tak, interes musi się kręcić. Za wszelką cenę trzeba sprzedawać!  

wtorek, 14 stycznia 2014

116. Pijesz? Masz większą szansę na seks!

Na taką rewelację natknęłam się podczas przeglądu internetowych nowości i ciekawostek w temacie alkoholu. I cóż, muszę przyznać, że, hm, to prawda. Moje własne obserwacje i doświadczenie pokazują, że prawda. W okresie mojej abstynencji (od alkoholu), która trwa około półtora raza dłużej, niż czas mojej „czynności” seksualnej od pierwszego razu do ostatniego kieliszka, miałam jakieś dziesięć razy mniej okazji na seks, niż wcześniej. W dodatku wykorzystałam zaledwie ułamek… (proponuję powyższego zdania nie traktować jako matematycznego wyzwania, będzie łatwiej). Być może stępił mi się nieco wzrok i zwyczajnie nie dostrzegam ewidentnych okazji albo błędnie to co widzę interpretuję? Być może nie ma najmniejszego sensu porównywać ostrości wzroku z czasów liceum i tego, co jest teraz, bo to sprawy nieprzystawalne. Zresztą, nie o to chodzi, a o konkluzję. Nie ma alko, nie ma bzykanka? Znaczy: opłaca się pić i bardzo nie opłaca się nie pić. Bo rewelacja z tytułu – szczególnie, że kierowana do młodych mężczyzn – brzmi jak slogan reklamowy. Brakuje tylko marki konkretnego alkoholu. Albo jeszcze lepiej kilku, z konkretnymi wskazaniami na rodzaj cielesnej zabawy po spożyciu.

*


Jakiś czas temu, kiedy kwestia posiadania związku, bycia w związku i w ogóle wszystkiego, co ze związkiem jest związane, była dla mnie paląca, w przerwie między niedowierzaniem, użalaniem się nad swym losem a poszukiwaniem realnych przyczyn, by jak najbardziej rzeczowo zabrać się do sprawy i zaistniałe nieprawidłowości w kosmosie naprawić, doszłam do wniosku, że faktycznie, tryb życia, jaki prowadzę nie sprzyja nawiązywaniu nowych rokujących znajomości (rany, jakby tamte knajpiane były rokujące). Nie to co kiedyś… (już prawie, prawie miałam się rozmarzyć). Jak bym się uparła, mogłam co parę dni wychodzić z knajpy z nowym narzeczonym. Narzeczonym na miesiąc, tydzień czy godzinę, ale zawsze. Nie, to naprawdę nie jest autoreklama, choć niekoniecznie będę się podklejać pod hasło „nie ma brzydkich kobiet, tylko czasem wina…”. Po prostu wtedy, gdy tego wina jest pod dostatkiem, gdy podnosi się poziom alkoholu we krwi jakoś automatycznie  i dramatycznie  obniżają się wymagania i kryteria doboru, i nic dziwnego, że potencjalnych kandydatów robi się jakby więcej. Tyle że, jak ze wszystkim w życiu, ilość nie przekłada się na jakość. Bo ta… cóż jakość podlanych alkoholem przygód to już raczej temat na demoty, choć czasem bardziej jakiś cichy dramat (Och, Ziuta), a nie tanią zagrywkę reklamową dla naiwnych albo zdesperowanych.