wtorek, 21 stycznia 2014

117. pod fałszywym aniołem

Pilch jest jak pies ogrodnika – skoro on nie chce rozwiązania, to nadziei na wyjście z choroby nie pozostawi nikomu. Skoro on nie korzysta to… znaczy, że rozwiązanie nie istnieje. Albo nie działa, a to znaczy, że nie istnieje. Wiem, wiem, to była sztuka, a nie nudna rzeczywistość. Jak ktoś nie potrafi obcować z dziełem, niech się nie wypowiada. No, to się wypowiem.

*

Poszłam, bo byłam zwyczajnie ciekawa, ot, taki banalny powód. Smarzowski mnie interesuje, Pilch niespecjalnie. Tego pierwszego jestem w stanie oglądać, choć nie pasjami, tego drugiego czytać – nie bardzo. Ale temat alkoholizmu ciekawi mnie zawsze. No i co ja na to?
Jakieś takie dziwne odczucie mnie napadło w trakcie, że Pan Pisarz Wielkie Ego nie jest już w stanie nakarmić się zachwytem wpatrzonych weń studentek i pań redaktorek, że potrzebuje specjalnie utkanego z samej degrengolady, z nizin najniższych, z marginesu ostatniego, tła, by wypaść jeszcze lepiej i mądrzej niż zwykle. Każde westchnienie podziwu dla pustego w środku alkoholika jest na wagę złota. Choć z biegiem lat i kolejnych litrów przepuszczonych przez organizm, żyły i mózg coraz rzadsze, westchnienia mają zapełnić tę pustkę. W każdym razie spróbować zawsze warto.
Dobra już, to czego się czepiam? Nie byłam nigdy pacjentem oddziału deliryków, może to prawda najprawdziwsza, że tam dno den, że wtórny, a wręcz i pierwotny analfabetyzm. Ale jakoś nie do końca to kupuję. Widziałam pacjentów różnych odwykówek, i choć zdaję sobie sprawę, że na detoks trafiają alkoholicy w ciężkich stadiach choroby, to wciąż te ciężkie stany nie przytrafiają się wyłącznie zrytym życiem mieszkańcom najpodlejszych dzielnic. Jak podobno lubią podkreślać terapeuci uzależnień, alkoholizm jest chorobą demokratyczną, a to oznacza, że żaden zawód, pozycja, status nie chronią przed wszelkimi jego atrakcjami. Do takich atrakcji należą kace giganty, urwane filmy, kradzieże, oszustwa i kłamstwa, gwałty i przemoc, wreszcie kwestie, które łagodnie i dość oględnie nazwę fizjologicznymi. Być może bohater opowieści faktycznie tak trafił, choć bardziej jestem skłonna uwierzyć cichemu głosikowi, szepczącemu za uchem, że scenografia spreparowana jest bardzo celowo, choć nie jestem pewna, czy do końca świadomie, po prostu w takim miejscu, w takim towarzystwie naprawdę łatwe (wręcz oczywiste?) staje się pytanie: Co ja tu do kurwy nędzy robię? Co to za ludzie, gdzie ja, gdzie oni? Może sram pod siebie i rzygam na siebie, ale przynajmniej jestem inteligentny. I to piekielnie!
Tak, i w dodatku wszyscy to potwierdzają. Czytają, zapraszają, przeprowadzają wywiady, kupują książki, piszą recenzje, pieją – całe nienajedzone społeczeństwo podkarmi się teraz opowieściami jednego gościa, który najprawdopodobniej skona na tę chorobę, ale najważniejsze, że czytelnikom, odbiorcom i wszelkiej maści handlarzom choroba ta wydaje się tak zajebiście malowniczym tematem. OK., może i są usprawiedliwieni, może zwyczajnie nie wiedzą, nieuzależnieni przeważnie nie rozumieją, czym jest alkoholizm. Tym bardziej, że sam autor książki Pod Mocnym Aniołem wprawdzie przyznaje, że napisał ją na własnym odwyku i twierdził również – w każdym razie dawno temu – że sporo tam z niego, a właściwie większość, teraz jednak od tego kłopotliwego wyznania jakoś się mocno dystansuje. Ba, wyleczony z alkoholizmu opisuje teraz swoje odkrycia w temacie  parkinsonizmu. Tamta choroba już go nie dotyczy. Czy mi to przeszkadza? Bynajmniej. Tylko szkoda. 

*

Znam ten stan brylowanka, znam uczucie mrowienia i stojące za nim strach, niepokój, wywołujące przymus popisywania się, gadania pustych bzdur, lingwistycznej ekwilibrystyki. Nie mogę tego słuchać. Może dlatego, że sama kiedyś dość sprawnie posługiwałam się tym językiem, który dziś rani małżowinę ucha mego (sic!). Nie zamierzam robić Panu Pisarzowi amatorskiej psychoanalizy, ale prawie bym się założyła, które zdanie wybrał sobie za alibi dalszego, rzecz jasna kontrolowanego picia: Jest pan nieuleczalny! Skoro tak, to nie ma sensu się starać. Niektórym w takich razach wystarczy sama diagnoza. Są alkoholikami, a więc piją. To chyba jasne. Nie wszyscy mogą korzystać z przekonania, jakże banalnie powszechnego wśród jakże niebanalnych ludzi pióra, że bez picia nie ma twórczości.

Na koniec uroczy cymesik: na widzów filmu Pod Mocnym Aniołem w kinowej kawiarni czekała specjalna oferta (dostępna od lat 18). Zgadniecie co? Tak, interes musi się kręcić. Za wszelką cenę trzeba sprzedawać!  

18 komentarzy:

  1. Książka wywołała we mnie... niesmak. Odnoszę wrażenie, że z filmem byłoby podobnie. Dziękuję - dobra recenzja.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję. Tak czy owak, nie żałuję seansu. W gratisie dostałam kilka bardzo cennych dla mnie teraz przemyśleń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A oferty specjalnej też nie żałujesz? :-)

      Usuń
    2. Eee, nie bardzo. Kiedyś się ostro "zatrułam" gorzką żołądkową, od tamtej pory nie tykam ;-)

      Usuń
  3. Jesli przekaz ma trafic do odbiorcy, to nie powinien byc ani zbyt letni, ani zbyt goracy. W obu przypadkach zostanie po prostu zignorowany. W pierwszym przypadku, argumenty sa zbyt slabe i nie przebija sie z szumu, w drugim sa zbyt mocne, wywolujace u odbiorcy lek, a co za tym idzie uruchomienie rozmaitych obron (nie widze, nie slysze, to mnie nie dotyczy etc) i w konsekwencji odrzucenie informacji
    Bylam bardzo ciekawa wrazen mojego 24-letniego syna i jego kolegow nt.filmu i niestety uslyszalam to, czego uslyszec sie obawialam: dobry fim, swietny Wieckiewicz i tak dalej, ale gdzie ja i moi kumple w tym wszystkim? Przeciez nas to w ogole nie dotyczy...Juz mialam zaczac przemowe, ze w filmie pokazano te bardzo zaawansowane etapy alkoholizmu, ze to choroba
    progresywna, smiertelna, ale ..dalam sobie spokoj...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie się to kojarzy z czarno-białym pijackim postrzeganiem świata, chroniącym chorobę. Alkoholik to ten gość zarzygany na przystanku, co nie skończył żadnej szkoły, to ta sąsiadka, co zimą wraca przez osiedle bez butów, bo "jej ukradli, no", a wiosną co weekend ma świeże fioletowe oko. Im gorszy ten alkoholik z mojej własnej definicji, moich przekonań, tym dalej mi do niego. Niesamowite, że łapią się na to nawet ci z ponadprzeciętnym IQ.

      Usuń
  4. Mika, nie wiem, o co Ci właściwie chodziło w tym wpisie. Nie domagam się, oczywiście, wyjaśnień, dzieło powinno mówić samo za siebie, chcę tylko powiedzieć, że to, co z niego można wyczytać, to wyłącznie Twoja niechęć do Pilcha. Trochę mało, jak na notkę.

    Jakoś mi się Twoja analiza motywacji pilchowskich kupy nie trzyma "skoro on nie chce rozwiązania, to nadziei na wyjście z choroby nie pozostawi nikomu", później "wyleczony z alkoholizmu opisuje teraz swoje odkrycia w temacie parkinsonizmu", a wreszcie "alibi dalszego, rzecz jasna kontrolowanego picia: Jest pan nieuleczalny!".

    Dużo tu emocji i dobrze, ale emocje nie powinny odbierać sensu pojedynczym zdaniom "Być może bohater opowieści faktycznie tak trafił, choć bardziej jestem skłonna uwierzyć cichemu głosikowi, szepczącemu za uchem, że w takim miejscu, w takim towarzystwie naprawdę łatwe (wręcz oczywiste?) staje się pytanie: Co ja tu do kurwy nędzy robię?", ani uzasadniać protekcjonalnych uwag z wyżyn... właściwie czego... alkoholizmu?

    Meszuge, we mnie też książka wywołała niesmak, choć miałem wrażenie, że to był efekt zamierzony.

    Przeczytałem i chyba sam się czepiam nadto, ale zostawiam, bo może coś w tym jednak jest.

    Rainwalker (HFA)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo trafna obserwacja – z tą niechęcią. Mało na notkę? Niech no pomyślę… czy to nie jest aby moja notka i mój blog? Przykro mi, ale pisanie pod dyktando czyichś oczekiwań nie jest moją pasją.
      A czemu wkurza mnie Pilch? Bo podtrzymuje szkodliwy, a dla niektórych zabójczy stereotyp alkoholika lumpa. Bo produkuje bardzo ładne i chwytliwe racjonalizacje dla innych HFA. A tak sobie roję, ale to oczywiście mogą być wyłącznie pijane rojenia, że może nie wszyscy z nich chcieliby umrzeć na alkoholizm, nawet jeśli zapić mieliby się Johny Walkerem, a nie denaturatem. Może też nie wszyscy ich bliscy chcieliby mieć spieprzone życie? Ale, to tylko takie tam moje… emocjonalne resentymenty :-)

      Usuń
    2. Oczywiście, to Twoje podwórko. Odczułem po prostu dysonans poznawczy, przyzwyczajony do czegoś innego. Nie pisz pod dyktando oczekiwań. Pisz tak, aby wywołać wzruszenie inne niż wzruszenie ramion.

      Tak czytam, czemu wkurza Cię Pilch, i myślę, że nie czytałaś PMA.

      Rainwalker

      Usuń
    3. "Nie pisz pod dyktando - pisz tak, aby..." :-)
      Ale tak, masz rację, wzruszenie jest ważne, dziękuję za tę uwagę.

      Usuń
    4. Równie dobrze Pilch mógłby Ci odpowiedzieć "czy to aby nie jest moja książka? Przykro mi, ale pisanie pod dyktando czyichś oczekiwań nie jest moją pasją". Tak samo Smarzowski.

      Usuń
  5. Nerwy są niepotrzebne. Pilch nie pretendował chyba nigdy do tego, żeby być mentorem leczonych alkoholików. Jeżeli już, to bardziej tych pijących, bo oni niektórzy też czytają książki i się nimi podniecają. Ja w końcówce czasami odrobinę lubiłem ten strach przed nieuchronnym upadkiem. A czasami nienawidziłem.

    Dawno zauważyłem, że alkoholicy żyjący niepiciem mają głupią potrzebę interesowania się wszystkim, co napisano, powiedziano o wódce, co w telewizji powiedzą nie powiedzą, co w gazecie... a potem się dziwią, że jest inaczej, niżby chcieli, i że jest niekonstruktywnie, niepożytecznie, nie duchowo, nie misyjnie. I ja tak miałem, ale chyba mi przeszło. Pozwalam im pisać, co chcą.

    Wczoraj na mityngu było międlenie Mocnego Anioła, ale jakoś wszystkim się ten film podobał.... ale to w Łodzi, więc ma prawo być inaczej.

    A Pilch jest według mnie po prostu dobrym pisarzem, i napisał dobrą i docenioną zresztą książkę, stworzył dla niej literacki interesujący świat, lubię pomysł, bardzo lubię jej język, lubię wnikliwość wielu obserwacji... a że ta książka nie pasuje do tych, które leżą na stoliczku z psychologicznymi poradnikami, ani tym bardziej na aowski stoliczek z literaturą... no przecież nie musi.

    Ja na film się nie wybieram, ale to ze względu na Smarzowskiego raczej. Zwiastun mi wystarczył. Lubię spokój.

    Pozdrowienia
    Anonimowy Człowiek

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ewa Woydyłło gorąco nie poleca...
    www.woydyllo.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy punkt i od razu głupio. Po pierwsze ten film nie sugeruje, że tak piją wszyscy, tylko pokazuje pewien wycinek rzeczywistości - pewnie bardziej znany autorom niż inne. I nie pretenduje do miana raportu o alkoholizmie Polaków. Poza tym, co z tego, że tylko 3-5 procent ludzi (jak rozumiem alkoholików, a nie populacji) pije w ten sposób? Wydaje mi się, że to jest nadal problem. Wizje fałszywego uspokojenia to już jest kwestia osobnicza. Panią Wojdyłło by ten obraz uspokoił, a kto inny by się przeraził - w co może się przerodzić codzienny jeden kieliszek dla poprawy nastroju
      (Notabene, jeśli ktoś chce sobie obniżyć liczbę punktów karnych za wykroczenia drogowe, to może obejrzeć specjalny zmontowany przez policję film. I wiecie? Tam są niesłychanie, podobno, drastyczne zdjęcia z wypadków, trupy, flaki i poodrywane kończyny. Nie stłuczki, nie potrzaskane kierunkowskazy i nadgięte zderzaki, tylko właśnie trupy. A przecież kolizji - tylko tych zgłoszonych na policję - jest o trzy rzędy więcej. A przecież przyczyny są podobne, może trzeba by jednak przemyśleć koncepcję tego filmu?)

      Dalej też głupio i w podobnym tonie, tylko więcej emocji i zwykłych inwektyw. Aż czytać przykro.

      Usuń
    2. (tamto pisałem ja, Rainwalker)

      Usuń
  8. Właśnie wróciłem z kina...
    Po pierwsze - czytałem książkę. Dawno, w 2002 r. chyba, kiedy jeszcze zdrowo (piękne, prawda?) piłem. Książka jest jedną z najlepszych, jakie Pilch napisał. Niesmak? Owszem, ale czy mógł być smak? Książką o podobnym klimacie i tematyce, choć według mnie lepszą, jest Moscowiada Jurija Andruchowycza. Poleciłbym, ale znów - czytałem ją kiedy piłem, więc nie jestem pewien :-)
    Pamiętajmy o jednej, zasadniczej rzeczy: Smarzowski niekoniecznie chciał zrobić film ostrzegający młodzież zaczynającą sięgać po alkohol, przed alkoholem właśnie. Robił ekranizację konkretnego punktu widzenia, tj. widzenia Pilcha.
    Jeśli chodzi o to, że osobę zaniepokojoną piciem bliskiego film uspokoi, to być może. No a co, ma wstrząsnąć? Znów, a kto tak postanowił? To jest sztuka, a nie film na terapii dla współuzależnionych.
    Oddział deliryków, że niby taki odhumanizowany... A ja się pytam w czym się to zezwierzęcenie przejawiało? Bo przyznam się szczerze, że nie dostrzegłem. Raczej odwrotnie. Złego traktowania pacjentów, przemocy fizycznej – nie było, pamiętam zaś rozmowy, to, że zwracano się do pacjentów per "pan", wspólną wigilię Bożego Narodzenia. Poza tym pamiętajmy, że to jest subiektywna wizja aktywnego alkoholika! Może widzieć co chce i o tym opowiedzieć. A że widzi co chce, to chyba oczywiste i Smarzowski dobrze to pokazał. Z każdą poznaną kobietą Jerzy wyobraża sobie stosunek płciowy. Z dziewczyną w żółtej sukience, z jej mamą, z terapeutką, z pielegniarką na oddziale... Ma wyimaginowanego towarzysza, który go namawia do picia. To jest wizja artysty J. Pilcha, przedstawiona przez innego artystę, zresztą za pomocą własnej wizji, W. Smarzowskiego.
    Sprawa wymiocin, fekaliów itp., itd... No pewnie, że to nieładne! No jasne, że się rzygać chciało (plusem jest, że wcinający popcorn i szeleszczący pudełkami zamarli w odruchu obrzydzenia i na sali nastała cisza). Ale tak często wygląda aktywny alkoholik! Ja sam nieraz przedstawiałem sobą taki obraz nędzy i rozpaczy, choć zapewne powiedziano by o mnie, że jestem HFA. I gdzie ta pornografia, o której pisze p. Woydyłło? Ja tam żadnej cewki moczowej, czy odbytnicy nie widziałem, ot, trochę charakteryzacji, a golizny jest chyba więcej w serialach Programu 2 TVP.
    c,d,n,
    jaremah

    OdpowiedzUsuń
  9. No i wreszcie czy na pewno niczego ten film nie ma w sobie pozytywnego?
    Dla mnie ma, wiele. Przede wszystkim jest to znakomite kino, świetna (stała u Smarzowskiego) grupa aktorów, doskonały montaż, przejmująca muzyka, dbałość o szczegóły w odtworzeniu prozy, ale nie taka, która zabija inwencję reżysera. Klika naprawdę dobrych scen... Na przykład ta, kiedy Jerzy wreszcie decyduje się na leczenie z własnej woli. Stoi w kręgu alkoholików i wbrew sobie, dukając odmawia modlitwę o pogodę ducha. Albo scena końcowa - alkoholik w punkcie zwrotnym, dosłownie i w przenośni.
    Jerzy jest inteligentem, literatem, ma się za lepszego pijaka. Znamy to? Pewnie dlatego każdy z oddziału jest (dla niego, a film to jego wizja) degeneratem, wrakiem, nie dorasta mu do pięt (czy aby na pewno każdy? Ksiądz nie odbiega moim zdaniem od jego poziomu. A postać grana przez M. Dziędziela? Kiedy mówi Jerzemu jakimi alkoholami wymiotował przez te wszystkie lata, zdaje się zbliżać poziomem abstrackcji do poziomu literata). To patrzenie z góry na innych wychodzi zresztą Jerzemu bokiem: wychodząc po raz enty z izby wytrzeźwień, roztrzęsiony, brudny spotyka zadbaną, ładną kobietę, od której wyciąga papierosa i w której widz z trudem rozpoznaje degeneratkę z oddziału (jest oczywiste, że nastąpiła w niej przemiana, przestała pić).
    Nie czepiajmy się. To prawda, że dzięki temu filmowi prawdopodobnie nikt nie przestanie nagle pić i nie pójdzie na terapię, czy na mityng AA. Od tego są zresztą inne filmy, a nie film Smarzowskiego, który sobie - o ile wiem - takich pretensji nie rości. Zresztą, jeśli chodzi o te inne filmy, to czy rzeczywiście ktoś tylko od nich przestał pić? Z mojego własnego doświadczenia pijaka wynika, że dopóki nie stał się mój mały, prywatny cud, piłem i piłbym nadal, mimo obejrzenia choćby i tysiąca mądrych filmów skupiających się na początkowym okresie powstawania uzależnienia.
    Znam Pilcha i jego "onanizowanie się własnym słowem". Nie uważam jednak, by stwierdzenie Jerzego, że jest nieuleczalny obroniło się w jego postawie. Jerzy przegrał na całego i to w filmie Smarzowski pokazał. Jego racjonalizowanie, ego, pustostan wartości... to wszystko było widać jak na dłoni. Wręcz przeciwnie, każdy inteligent może się przestraszyć tego, co go może spotkać, zamiast oglądać film z poczuciem wyższości. Przecież to, co widzi na ekranie spotyka wybitnego literata, prawda?
    Uważam, że odbiór tego filmu zależy od nastawienia. P. Woydyłło stwierdza, że uderza on w terapeutów w tym kraju. Na pewno jest to jej czuły punkt, być może ma trochę racji, ale... Właśnie, nastawienie.
    Jeśli ktoś przed pójściem do kina, ma nie wiadomo jak wygórowane oczekiwania wobec tego filmu, tj, nadzieję, że jest to film uświadamiający młodzież, profilaktyczny, obiektywny, terapeutyczny itd., to na pewno się zawiedzie. Jeśli zaś ktoś idzie do kina na kolejny dobry, mocny film Smarzowskiego, jego wizję artysty nietuzinkowego, na coś równie mocnego jak "Róża", ten z pewnością po skończonym seansie nie będzie żałował ani minuty. No a że głowa trochę boli? Cóż, zawsze można iść na kolejną komedię romantyczną ;-)
    Pozdrawiam,
    jaremah

    OdpowiedzUsuń