sobota, 31 grudnia 2016

174. idzie nowe


Będę gdzie indziej to był mój plan na ostatni czas. Mój ratunek. Nie dlatego, że działo się źle, bo nie. Były po prostu sprawy ważne, ale wciąż byłam w pobliżu. Może jednak o milimetr za daleko. Pisałam zdanie, dwa, lecz przepadało. Dziś chociaż tyle. Jestem. Wracam. Bez fajerwerków. Na szczęście sylwester jest tylko raz w roku.
A będę gdzie indziej jest... bardzo kuszące.















wtorek, 13 września 2016

173. padanie na kolana

Jest wrzesień, a więc na spotkaniach AA pojawia się temat 9 Kroku i dość kontrowersyjnej (na szczęście nieszczególnie popularnej) metody jego realizacji. Tu i ówdzie daje się bowiem słyszeć opowieści o padaniu przed skrzywdzonymi przez alkoholika osobami na kolana i proszeniu o wybaczenie. 

Jestem przekonana, że Krok 9: Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych, jest przeznaczony właśnie dla poszkodowanych, nie dla krzywdzących. Przyswoiłam sobie skutecznie – i szykując się do tego zadania powtarzałam raz po raz, żeby na pewno nie dać plamy – że w akcie zadośćuczynienia i podczas rozmowy 9 Kroku, pierwszoplanowe są uczucia mojego rozmówcy. Jasne, ja swój efekt duchowy też najprawdopodobniej uzyskam (takie jest wszak założenie Programu AA), ale nie ten efekt ma być na pierwszym miejscu (zresztą, skąd ja mam wiedzieć, jaki on będzie? Przecież podobno wyzbywam się roli wszystkowiedzącego Boga). Pamiętam z lektury Wielkiej Księgi (książki Anonimowi Alkoholicy), że do realizacji szczególnie tego Kroku potrzebne są rozsądek, takt, rozwaga i pokora (12x12 wspomina jeszcze o umiejętności wyczucia chwili, odwadze i ostrożności), właśnie po to, by kogoś nie skrzywdzić, po raz kolejny, zresztą. Czemu to podkreślam? Ano dlatego, że wymuszanie na kimś wybaczenia wydaje mi się – mówiąc najdelikatniej – sporym nadużyciem. Przy okazji wymaganiem rzeczy niekiedy niemożliwej (nie da się wyczarować wybaczenia na pstryknięcie palcami), nakłanianiem do kłamstwa – jeśli osoba skrzywdzona nie bardzo umie poradzić sobie z presją i dla świętego spokoju, żeby już było po wszystkim, po prostu przytaknie. Jest wreszcie manifestacją egoizmu. Bo oto idę do kogoś, kogo skrzywdziłam, jakoby zupełnie inna już, odmieniona, lepsza i chcę od tej osoby, żeby mi załatwiła moją sprawę: to ona ma mi dać dobre samopoczucie, zmniejszyć moje wyrzuty sumienia, ofiarując mi wybaczenie. 

A te nieszczęsne kolana? Jakoś dziwnie kojarzą mi się z pijackimi przeprosinami i (zwykle pustymi) obietnicami, że to było ostatni raz i nigdy już więcej. I gdyby kiedykolwiek spotkało mnie coś takiego z alkoholikiem pijanym, to z trzeźwym podobnej sceny naprawdę przeżywać bym nie chciała. Jest zresztą w Wielkiej Księdze mowa również o tym, że mamy zachować godność, pełzanie przed kimkolwiek godnym zachowaniem trudno nazwać. 

Ale może jest jakiś sens w tym przepraszaniu na kolanach? Jeśli ktoś wie jaki, byłabym wdzięczna za podzielenie się ze mną tą wiedzą. Bo chciałabym zrozumieć. 

środa, 3 sierpnia 2016

172. bat na złego sponsora


W jednym mieście mają pomysł na warsztaty dla alkoholików. Warsztatów o trzeźwieniu na bazie Wielkiej Księgi* jest już sporo, a i potrzeby innego rodzaju cisną, czemu by więc nie zrobić czegoś całkiem innego niż do tej pory, za to zdecydowanie bardziej fascynującego? Na przykład warsztaty o błędach sponsorów
Świetnie – mówię – sponsorzy opowiedzą, co robili nie tak i z ich błędów będą mogli skorzystać również inni, nauczyć się, czego nie robić, bo niekoniecznie działa.
O nie, nie, nie o to chodzi – słyszę. – To podopieczni opowiedzą o błędach i nadużyciach, jakich dokonali na nich nieodpowiedzialni sponsorzy!
Aż zamruczałam. Cóż za cudowna sposobność. Doskonały pomysł. Temat nie do wyczerpania. Ja bym na przykład mogła ze szczegółami opowiedzieć, jak to nieczuły sponsor na moje – uzasadnione przecież – żale, po tym, jak zjechała mnie z góry na dół jedna znajoma, bo nie dzwonię, choć obiecałam, zapytał tylko trochę złośliwie: Ale to co, umawiasz się na coś, nawalasz i się dziwisz, że ktoś wierzy w twoje umowy? Trzeźwi ludzie dotrzymują słowa. Podlec i kanalia! Dotknięta byłam do żywego. Przecież to mój sponsor! Powinien brać moją stronę!
I jeszcze bym opowiedziała – o, to świetna historia, tu by już się nie pozbierał – jak mnie oschle i całkowicie bez zrozumienia potraktował. A przecież w AA mówią o duchowym podejściu, mówią o przyjaźni, o bezinteresownej miłości do drugiego człowieka, a alkoholika zwłaszcza! No, więc zgłosiłam chęć pracy nad pewnym zagadnieniem. Dostałam miesiąc na zapoznanie się z materiałami, przemyślenie i spisanie tychże refleksji. Był ostatni dzień roku, jednocześnie ostatni dzień umowy. Około południa dzwonię do sponsora, że sylwester i w ogóle, no i tyle rzeczy jeszcze do zrobienia, grunt badam. A ten, obcesowo, i nieczule: Masz czas do północy. (Jak to, a sylwester?! – zapytała we mnie pierwsza balowiczka Rzeczpospolitej). Tak, o tych niegodziwościach i ewidentnych błędach mogłabym opowiedzieć. Jak można wymagać od człowieka wypełniania zobowiązań (na które sam człowiek się zgodził, zresztą)?! To wręcz nieludzkie.

*


Przyznam, że obrabianie tyłka sponsorom przez obrażonych i oburzonych podopiecznych (często byłych podopiecznych), nie robi już na mnie wielkiego wrażenia. Co najwyżej w kategoriach kultury osobistej, ale umówmy się, AA to nie Wersal. Jest natomiast AA miejscem dla chorych ludzi. Alkoholizm jest chorobą, chorobą umysłową – zrobię wszystko, żeby obronić moją wersję, jakkolwiek absurdalna by była (kto z nas tego nie zna?). Dlaczego miałyby mnie zadziwiać objawy choroby w miejscu, gdzie przebywają chorzy? Podejrzewam, że osoby chociaż lekko przebudzone umieszczą te mrożące krew w żyłach opowieści w odpowiednim kontekście. Ekscytują się nimi, powtarzają je i obrabiają ci, którym bajki o żelaznym wilku są potrzebne. Gdybym nie miała zamiaru wytrzeźwieć i robić tych wszystkich trudnych i nieprzyjemnych rzeczy związanych z 12 Krokami, też łapałabym się każdego pretekstu. Wierzę, że łapie się tego pretekstu choroba. Po prostu jest silniejsza niż pragnienie życia.
Swego czasu krążyło w AA hasło: Nie masz uraz do sponsora? Zmień go! Naprawdę martwiłam się, bo przez pewien okres do niczego nie mogłam się przyczepić. Na szczęście potem zdarzyły się te okropne zachowania mojego sponsora, to podłe niezrozumienie, okrucieństwo w dociskaniu, żebym jednak się wywiązała ze zobowiązania, żebym była lepszym człowiekiem, i już mogłam spać spokojnie, że mój proces trzeźwienia przebiega prawidłowo.

PS. Jedna z moich podopiecznych wyraziła zainteresowanie tymi warsztatami. Nosz ludzie! To przechodzi wszelkie pojęcie!


*Wielka Księga, czyli książka Anonimowi Alkoholicy.

niedziela, 5 czerwca 2016

171. zero gwarancji


Znajomy alkoholik się napił. Nie byłoby w tym niczego dziwnego – alkoholikom się to zdarza, nawet tym z AA – gdyby nie fakt, że jakiś czas temu pomyślnie zakończył pracę na programie. 

Przypomniały mi się słowa sprzed paru lat znajomego z Londynu, komentarz do szokującego wtedy zdarzenia – zapicia kogoś, kto program zrealizował, a nawet sam już pracował jako sponsor z innymi alkoholikami. Przyzwyczajajcie się. Nie mieliśmy zamiaru się przyzwyczajać! Może nam się wydawało, że zrobimy to lepiej? Że unikniemy błędów? Że to kwestia jakości? Że można nad tym zapanować? 

Znam sponsora tego alkoholika i raczej nie było tam fuszerki ani przymykania oczu. Zatem – co się stało? Nie wiem. Wreszcie jestem w momencie, kiedy spokojnie mogę powiedzieć, że nie wiem. I że prawdopodobnie będę/będziemy się musieli przyzwyczaić. Że czasem coś takiego może się wydarzyć. 

*

W pewnym mieście istnieje swoista moda, by po zakończeniu pracy ze sponsorem zapisać się na terapię odwykową. Znam osoby, które mimo realizacji 12 kroków AA podejmują lub kontynuują swoje dotychczasowe plany terapeutyczne w profesjonalnych ośrodkach leczenia uzależnień. Żeby była jasność – chodzi o terapie związane z chorobą alkoholową. Żadna z tych osób nie była w stanie odpowiedzieć na moje pytanie: Po co?

Alkoholicy to ludzie skrajnie niedojrzali. Choć w dzieciństwie i jako nastolatka musiałam robić rzeczy, których dzieci nie robią i dźwigać odpowiedzialność całkiem dorosłą; choć mówili, że jestem nad wiek dojrzała, to w reakcjach, myśleniu i przewidywaniu (a raczej jego braku) prezentowałam – nawet grubo po 30. – umysłowość dziecka. Program zdrowienia, jaki oferuje Wspólnota AA, daje szansę wydoroślenia, pozwala zyskać realny wpływ na własne życie. Sama tego doświadczyłam. Ale okazuje się, że nie wszyscy – nawet jeśli przejdą przez ten dwunastostopniowy szlak – są gotowi przyjąć na siebie odpowiedzialność. Za swoje życie, w tym za własną trzeźwość, a choćby i abstynencję. Kiedyś zdawało nam się (mi i paru znajomym z AA), że wystarczy zrobić program i to nas uchroni przed niebezpieczeństwem. Dziś już wiem, że takich gwarancji nie ma, bo program jest tylko narzędziem (fakt, że w moim odczuciu i w moich prywatnych poszukiwaniach najskuteczniejszym), które pomaga stanąć na trzeźwym starcie. Tak, dokładnie starcie, bo do mety jest jeszcze kawał drogi i to już nie program i sponsor odpowiadają za to, czy tam dotrę i co stanie się po drodze. 


wtorek, 31 maja 2016

170. duchowość: robić, nie analizować



…czy pielęgnujesz swoje życie duchowe systematycznie medytując, regularnym zgłębianiem wiedzy, czytaniem literatury duchowej, milczącym oczekiwaniem oraz współżyciem z naturą? Czy modlisz się za innych i starasz się utrzymać ich w świetle?
Comiesięczne Zapytania
Poznańskiej Uniwersalistycznej Kongregacji Towarzystwa Przyjaciół


Niekiedy natykam się na interesujące treści, podejrzanie znajome, choć z pewnością widziane po raz  pierwszy. Dawniej myślałam infantylnie i egocentrycznie, że ich autorzy muszą mieć jakieś związki z AA! No, bo skąd by wiedzieli i czy możliwy jest aż taki zbieg okoliczności? Potem takich zbieżności pojawiło się zbyt wiele, by obronić w sobie tezę o jedynym źródle, a raczej dostrzegłam, że to, co brałam za owo źródło, jest jedynie jednym z wielu strumyków. Program AA jest duchowy, a duchowość jest niepodzielna, zwarta, jedna (o ile można użyć tego określenia w odniesieniu do tego czegoś). I oczywiście, nie mówimy tu o religijności. Religia, ta czy inna, byłaby (lub mogłaby być) w takim ujęciu właśnie jednym z wielu strumyków. 

*

Męczę się nad tym krótkim tekstem, myślę, morduję sama siebie za nieporadność pojęciową. Ja, która podobno dobrze sobie radzę z pisaniem, mówieniem, nazywaniem… Jak widać – niekoniecznie. Określenia duchowości: niepodzielna, zwarta, w ogóle nie oddają jej istoty, ale nie umiem teraz znaleźć niczego lepszego. Frustracja! Tym bardziej, że próbując celnie zdefiniować rzecz prawdopodobnie niedefiniowalną, zawiesiłam się raczej na wątku pobocznym i nie kończę myśli. A może on wcale nie jest taki poboczny… W każdym razie, na dziś czuję, że mimo wszystko duchowość łatwiej praktykować, niż ją analizować i o niej rozprawiać. 



wtorek, 3 maja 2016

169. zdejmuję warstwy

Nie zdawałam sobie sprawy, że minęło tyle czasu. Oczywiście wiedziałam, że rezygnuję z kolejnych obszarów aktywności, ale to miało być tymczasowe. Zdecydowanie mniej tymczasowe, niż się okazało. Jutro, w przyszłym tygodniu jest łatwiejsze do przełknięcia niż w przyszłym kwartale, choć już teraz przyszły kwartał nie jest najdalszym terminem w moim kalendarzu. A jednak to nie tak miało być. Co z tego, skoro wyszło inaczej?
Za dużo wszystkiego, jakoś musiałam sobie radzić. Ale czy sobie poradziłam? Czy użyłam właściwych środków? Skorzystałam z tych, które już znałam, lecz okazały się niewystarczające. Jednak gdyby spojrzeć z innej perspektywy – to chyba słaba próba ratunku – może właśnie to było w nich najlepsze? Że się nie sprawdziły. Bo może nie chodzi wcale o cudowny sposób na upchnięcie w dobie 30 procent więcej działań, koniecznie z zachowaniem dotychczasowych. Ani o rozwinięcie w sobie niewiarygodnej pracowitości (niestety, 10 godzin nie oznacza w moim wydaniu dużo większej wydajności niż godzin 8, a nawet i 6! Jeden dzień jestem w stanie zasuwać, ale po trzech wybija mi w innych obszarach życia i wszystko się sypie, jest gorzej, niż było). Bo może to nie jest rozwiązanie na dłuższą metę.

*

Musiałam coś zmienić. Po trzech latach, w ciągu których moje życie przewróciło się do góry nogami, choć ów przewrót odbył się bez wielkich fanfar, poczułam, że to nie całkiem tak, jak bym chciała. Świetnie mi było na gruncie AA, uwielbiałam pracę z podopiecznymi, ale moje życie zawodowe leżało odłogiem. I w zasadzie tak było mi dobrze i łatwiej, ale nie było w tym równowagi i zdrowego rozsądku. Naprawdę musiałam coś zmienić. A możliwości zmiany pojawiły się jak na zawołanie. I nie wiem, czy ja coś popsułam czy też właśnie tak miało być i doprowadzić mnie tu, gdzie jestem, zmusić do kolejnych przewartościowań i decyzji. Przypomnieć, że nieustanne bycie na fali, wieczna szczęśliwość to nierealistyczne oczekiwania (ale tak bardzo pociągające, że trudno się rozstać, a skoro wstyd wierzyć w takie żenujące fantazje, trzeba chyba udawać, że wcale się nie wierzy i potem się najwyżej dziwić, że jednak się wierzyło, bo jednak wylazło i trzeba po tym sprzątać), że życie tak naprawdę jest trudne, trzeba się nastarać. Strasznie się trzeba narezygnować! Z oczekiwań, mrzonek, przekonań, iluzji, obrazu siebie, swoich możliwości. Ściągać, warstwa po warstwie, coraz to kolejne przeszkody, o których nawet się nie miało pojęcia. To faktycznie nie ma końca. Ale jakby się postarać, można spojrzeć na to jak na ciekawą przygodę, fascynujące doświadczenie – o ile ma się oddech na zmianę perspektywy i jest się w stanie poświęcić iluzję własnego nienagannego wizerunku, a może tylko ustalonego i zaakceptowanego już obrazu siebie, bo cała akcja odbywa się na własnym organizmie.
Tak sobie tłumacząc i zeskrobując niechętnie i mozolnie te warstwy, dotarłam właśnie do kolejnych pokładów braku akceptacji i jednocześnie przykładów na zbyt swobodną interpretację Kroku 3 (dobra, obedrę ten eufemizm z bezpiecznego niedopowiedzenia: nie wystarczyło robić tego, co do mnie należy i godzić się z tym, co się nie udaje; w pogoni za zaliczaniem kolejnych zadań zgubiłam uważność i konieczność dokonywania co trudniejszych wyborów, co pociągnęło za sobą jeszcze parę rzeczy i wpędziło w bardzo nieprzyjemny stan). Po raz kolejny okazałam się świetna w wyłapywaniu nowych możliwości, propozycji, zleceń. I znowu zdobyłam mistrzostwo w stylu dowolnym zbyt optymistycznego planowania tych wszystkich okazji, wyrabiania się w nich i z nimi. Już nie chodzi o właściwą organizację czasu, tylko przyznanie, że tego wszystkiego, całego bogactwa aktywności, nie da się zorganizować tak, jakbym sobie życzyła (a życzyłabym sobie zrobić szybko i oczywiście świetnie, i mieć z głowy, żeby być wolną i robić wszystko inne! Bo mój ideał proporcji pracy i reszty świata to mniej więcej 1:6). Ale jest jeszcze coś, co odkryłam pod tą warstwą: a może z moją konstrukcją psycho-fizyczną nie da się inaczej, niż kombinować, przekładać, liczyć, myśleć, planować i martwić się, martwić się, martwić? A może – i to jest trochę łatwiejsze na teraz do przełknięcia – nie da się na razie. I nie ma co rozmyślać, szukać tysięcznych rozwiązań, a potem kolejnych, walczyć i tracić siłę na zmianę czegoś, co póki co zmienić w żaden sposób się nie daje. Może trzeba odpuścić. Nie wiem. Bo po drugiej stronie jest koniec orbity i strach, że się na nią nie wróci, jeśli to rozwiązanie okaże się nie tym właściwym.


niedziela, 31 stycznia 2016

168. wrażliwy towarzysz broni


W życiu nałogowca wychodzącego z uzależnienia nie ma nic pewnego, zwłaszcza gdy sam zaczyna czuć się zbyt pewnie. Czarne konie zawodzą, a sprawdza się ktoś, na kogo nikt by nie postawił grosza. Ale... to właśnie istota dzielenia się: dziś ty pomożesz mi, jutro ja uratuję ciebie. „Dziękuję, że mi pomogłaś”, „Dziękuję, że dałeś mi możliwość bycia użyteczną” 

– to równoprawne kwestie i nie ma w nich grama fałszu czy pustej kurtuazji.


Wysmakowany, designerski loft na Manhattanie, a w nim asceta. Bardzo przystojny, pociągający asceta. Przy dźwiękach klawesynu Bacha (to i wiele innych sygnałów wskazuje, że mamy do czynienia z prawdziwym koneserem) żarliwie się modli, je skromne, ale ekologiczne, czyli fit, śniadanie. Przed nim, na stalowym blacie w równym rzędzie: zegarek, telefon, portfel insygnia mężczyzny sukcesu. Dba o każdy szczegół markową bez dwóch zdań koszulę zakłada tuż przed wyjściem z domu. W pięknym apartamencie zostaje tylko samotny welonek w kulistym akwarium. Poznajcie Adama, czystego od 5 lat seksoholika. Te 5 lat to najważniejsza rzecz w jego życiu, zdobyta kosztem ogromnych wyrzeczeń, podszytych strachem.

    Neil misiowaty żartowniś, lekarz na ostrym dyżurze, nowicjusz na grupie SLAA (anonimowych uzależnionych od seksu i miłości). Jeszcze próbuje grać ważniaka, choć kawałek po kawałku wali mu się cały świat, ale on ma własną wersję wydarzeń zdecydowanie daleką od rzeczywistości.
    Mike „weteran”, od 15 lat na programie AA. Sponsor (czyli opiekun w trzeźwieniu, przewodnik po Programie 12 Kroków) Adama. Bardzo aktywnie pomaga alkoholikom i seksoholikom. Na każdą sytuację ma w zanadrzu slogan (zna je z setek mityngów), niektóre naprawdę celne: Emocje są jak dzieci nie sadzasz ich za kierownicą, ale też nie chowasz do bagażnika; Martwienie się jest medytacją o gównie; Wiesz, jak poznać, że nałogowiec kłamie? Otwiera usta.
Trzech bohaterów, których na pierwszy rzut oka nic nie łączy. A jednak przechodzą wspólnie przez pole walki, i choć każdy toczy własną bitwę, to zwyciężyć (lub choć wyjść cało z opresji) może tylko dzięki wsparciu i pomocy pozostałych.

*

To film o trudach normalnego życia, o realizowaniu zwykłych dla większości ludzi spraw, które dla nałogowców wychodzących z uzależnienia zwykłe ani łatwe nie są (jak umówienie się na pierwszą od lat randkę, gdy seks chciał cię zabić albo szczera rozmowa z matką, która nie słucha). Pokazuje również niełatwą sztukę równowagi (równowaga dla uzależnionych to niezwykle trudna, czasem nieosiągalna rzecz, stan, do którego jednak dążyć muszą za cenę przeżycia), bo dużo łatwiej być wspaniałym mentorem, przyjacielem i wsparciem dla innych uzależnionych, współtowarzyszy niedoli, znacznie trudniej mieć dobre relacje w domu, być wyrozumiałym, troskliwym, uczciwym partnerem, małżonkiem czy rodzicem.
Niestety, nie umiem wyłączyć części mózgu i oglądać tego filmu jak laik. I nie chodzi o analizę dzieła filmowego, a o problematykę. Jestem w stanie oglądać wyłącznie od środka znam problem, mam problem, choć niekoniecznie dokładnie ten, o którym film bezpośrednio opowiada.

*

Pierwsza moja refleksja: nie widziałam jeszcze tak prawdziwego i sensownego filmu o życiu trzeźwiejących ludzi. A wiem, że nie jest łatwo pokazać rzeczywistość leczenia i wychodzenia z uzależnienia bez popadania w tani dydaktyzm, ckliwy kicz lub groteskę (przykładów jest sporo w polskiej kinematografii). Jak podać lekko i uczciwie? Moim zdaniem autorom udało się to doskonale.
Przykłady jak z mojego podwórka. W życiu osób leczących się z uzależnienia (dla ułatwienia nazwałabym ich tak jak i w filmie trzeźwiejącymi, mimo że nie wszyscy mają problem z alkoholem czy narkotykami), ważne miejsce zajmują spotkania grupy innych trzeźwiejących lub chcących, próbujących trzeźwieć mityngi. W ciągu godziny, dwóch można na takim mityngu zaprezentować się jak najlepiej, zagrać każdą rolę. Jasne, granie zbyt ewidentne, charakterystyczne szczególnie dla nowicjuszy, jest łatwo wyczuwalne, zwłaszcza dla doświadczonych uczestników grupy, ale wystarczy pobyć trochę w grupie i w abstynencji, żeby zorientować się jak mówić, żeby wyszło ładnie, żeby było co podziwiać i czego zazdrościć. Nikt tego nie zweryfikuje. Można mówić, że jest świetnie, choć wcale nie jest. Że jest się cudownym ojcem i mężem, a także szefem (lub współpracownikiem), przyjacielem, człowiekiem. Kto to sprawdzi? Kto zajrzy do domu czy pracy gawędziarza? I nie trzeba wcale złej woli. Po prostu... samo jakoś się tak przedstawia. A rzeczywistość pozamityngowa (czyli jakieś 22 godziny w ciągu dnia)? Nieco się różni od malowanych laurek.

*

W wiarygodny i przystępny sposób film pokazuje istotę i cel wspólnoty (w tym wypadku SLAA), i rozwiązanie, jakim ta wspólnota dysponuje. Bez krygowania i metafor mówi się o: Programie i realizacji Kroków, sponsorze, który coś każe i wymaga, o zasadach czy czynnościach, które trzeba wykonać: modlitwie, codziennych telefonach do sponsora, 90 mityngach w 90 dni, zbieraniu numerów telefonów do ludzi z grupy i wzajemnym wspieraniu się, o medytacji. Świetnie odmalowany jest sposób pracy sponsora ze sponsorowanym (pod tym względem film poleciłabym trzeźwiejącym nałogowcom, którzy chcieliby skorzystać z rozwiązania, a nie są pewni, czy to tak właśnie ma wyglądać). Historia z czasowym zakazem jazdy metrem (Neil ma wyrok sądowy za froteryzm, który uprawiał głównie w metrze właśnie), czy rezygnacja z korzystania z TV i notebooka przypomniała mi bardzo praktyczną maksymę: Kto chce szuka sposobów, kto nie chce powodów.

*

Pewną konsternację wywołuje polski tytuł filmu, przetłumaczony jako: Między nami seksoholikami (film reklamowany jest jako komedia romantyczna, co jeszcze bardziej konfunduje, choć jest w nim wiele momentów, które wywołują śmiech). Nie dziwi mnie specjalnie zmiana tytułu, bo amerykańskie „thanks for sharing” nie ma polskiego odpowiednika. Nie ma słowa, bo nie ma desygnatu, czyli zachowania, które to słowo określa. „Thanks for sharing” to formułka, która pada w ściśle określonym miejscu na mityngu grup działających według 12-stopniowych programów, inspirowanych Programem 12 Kroków Anonimowych Alkoholików – i sytuacji po wypowiedziach poszczególnych uczestników spotkania. Uzależnieni ludzie spotykają się, by dzielić się doświadczeniem, siłą i nadzieją że można wyzdrowieć i że jest rozwiązanie. Tytułowe „share” to właśnie owo dzielenie się. Jednak te słowa są raczej charakterystyczne dla anglojęzycznych spotkań nałogowców, na polskim mityngu nigdy ich nie słyszałam. Zatem nie tylko przeciętny polski widz, ale nawet polski nałogowiec, nie mieliby jednoznacznego skojarzenia. A szkoda, bo tytuł, podobnie jak finałowa piosenka, są wielce znaczące, sprowadzają odbiór filmu na głębszy poziom.
    Dzielenie się jest czymś, co określa i buduje wspólnotę. Lecznicza, dobroczynna moc wspólnoty nie jest wymysłem anonimowych alkoholików, oni po prostu doskonale tę wiedzę wykorzystali, przykroili do własnych potrzeb potrzeby przetrwania, przeżycia, wydźwignięcia się z upadku i podniesienia z dna, wzrostu i przemiany w ludzi, którymi być może nigdy wcześniej nie byli.




                                            Tekst po raz pierwszy opublikowany w biuletynie ArkA (zima 2015/2016)






wtorek, 26 stycznia 2016

167. blue monday

*

Najpierw, że się wstać w ogóle nie chciało. Bo i do czego? Do podnóża stromej nowotygodniowej sterty? A jeszcze ta szarość-burość-ponurość. Beznadziejność. Ale ostatecznie się wstało. Pisać się zaczęło, ale to nie to. I śniadanie nie to. I szczególnie lista spraw do załatwienia nie to. Ale coś się nawet spróbowało załatwić-odhaczyć. Po klej się poszło biurowy, bo wkleić pogodny obrazek do zeszytu się potrzebowało. Siąpidło okropne. I szaro-plucha-szaro. To się dobiło Panią Stefą od Korczaka. Nawet się do getta nie doszło, przy kryzysie wielkim w końcówce dwudziestolecia się rozsypało, rozpłynęło całkowicie. Od głupich się nawyzywało, bo to przecież już było, już nic się nie da zrobić, a nawet jakby teraz się działo, to tym bardziej by się zrobić nie dało, więc czego ryczysz bez sensu. Ale wyzwiska nie pomogły, w koc się zawinęło, na chwilę i zaraz natychmiast się w kokon zamieniło. A na koniec zupełny się dowiedziało, że to blu mondaj i nie ma się co dziwić. No to nie mogło się dowiedzieć wcześniej? By się tak nie męczyło.




poniedziałek, 4 stycznia 2016

166. Baby nie są jakieś inne



Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, w początkach formowania profesjonalnego podejścia do alkoholizmu, uważano, że kobiety na alkoholizm nie chorują! Praktyka pokazywała wprawdzie co innego, ale wobec „naukowych faktów”, rzeczywistość była ignorowana.

 

 

Bodaj pierwsze poważne badania, wyznaczające na wiele lat standardy podejścia do alkoholizmu, przeprowadził w latach 40, a ich wyniki opublikował w 1960 roku Elvin Morton Jellinek. Stworzył wówczas typologię alkoholików, przez kolejne dekady traktowaną jako biblia dla lecznictwa odwykowego. Nie byłby to fakt specjalnie znaczący dla tych rozważań, gdyby nie pewien drobiazg: Jellinek badania przeprowadził wyłącznie na mężczyznach, na długie lata przyklepując przekonanie, że alkoholik to mężczyzna.
Wydaje się być faktem, że kobiet alkoholiczek jest mniej niż chorujących na alkoholizm mężczyzn. Dlaczego tylko się wydaje? Bo prawdopodobnie niemożliwe jest przeprowadzenie miarodajnych badań statystycznych w zakresie uzależnień. Można wprawdzie policzyć liczbę pacjentów zgłaszających się na terapię lub po jakąkolwiek formę pomocy. Można liczyć w izbach wytrzeźwień. Można popatrzeć na spotkaniach Anonimowych Alkoholików (tu nikt rejestrów nie prowadzi). Ale to wyłącznie wycinek rzeczywistości, bo nikt nie jest w stanie oszacować, ilu alkoholików – kobiet oraz mężczyzn – nigdy nie zgłosi się po żadną pomoc, nie trafi w żadne z wymienionych miejsc. Biorąc pod uwagę dostępne możliwości, czyli opierając się na obserwacjach prowadzonych w ośrodkach terapeutycznych oraz w AA, można by oszacować, że kobiety stanowią mniej więcej 1/3 uczestników tych form pomocy.
Przekonania, które zrodziły i wciąż rodzą wiele problemów próbującym wytrzeźwieć kobietom, ocierają się o podwójne standardy i nierówne traktowanie mężczyzn i kobiet. I nie chodzi wcale o walkę płci. Chodzi o sposób, w jaki odbieramy i widzimy pijącego/pijanego mężczyznę oraz pijącą/pijaną kobietę. Mężczyzna może, kobieta – nie bardzo! Mężczyźnie więcej się wybacza, kobiecie nie! Mężczyzna miał ciężki dzień, chciał się zabawić, przeholował. Kobieta jest co najmniej godna pożałowania.
Te przekonania nie zmieniły się od kilkudziesięciu lat. W początkach istnienia wspólnoty Anonimowych Alkoholików były równie silne. Kobiety upijały się, degradowały, staczały, cierpiały, chorowały i umierały. Ale nie mogły być chore na alkoholizm. One były upadłe! Nie miały wstępu do AA. Pierwsi uczestnicy AA sami wspominają te niechlubne początki, wynikające z uprzedzeń, niewiedzy i strachu. Bo przecież fakty pokazywały coś innego, niż przekonania i późniejsze badania. Szczęśliwie podejście do kobiet-alkoholiczek się zmieniło. Przynajmniej w pewnym zakresie. Kobiety mogły uczestniczyć w spotkaniach Anonimowych Alkoholików. I w terapii. Pozostał „jedynie” problem przekonań i uprzedzeń.
Przekonań i uprzedzeń, które żywią zresztą również kobiety. Także uzależnione. Zobaczyć w sobie uzależnienie, czyli zniewolenie, przyznać się do niego i poprosić o pomoc jest bardzo trudno („dba” o to sama choroba). O wiele trudniej przejść te wszystkie przeszkody, gdy wie się i czuje, że takie zachowania, upadki, taka totalna degrengolada (również a może przede wszystkim psychiczna i duchowa) przesuną mnie na margines, spowodują całkowite odrzucenie społeczne. Jeśli sądzę, że alkoholizm to upadek, a alkoholiczka to nie chora osoba, a ostatnie dno – zrobię wszystko, żeby nie przyznać się, że to mnie dotyczy. Jeśli sądzę, że inni myślą tak samo – jak mogę przyjść do nich z moim problemem. Profesjonalni – dobrzy, doświadczeni, sensowni – terapeuci nie kierują się takimi szkodliwymi przekonaniami. Trzeźwi, przebudzeni alkoholicy w AA również nie! To prawda, można mieć pecha i kiepsko trafić. Wtedy zawsze warto pamiętać, że są inne ośrodki, inne mityngi. Trzeba szukać podobieństw (łączy nas jeden problem, jedna choroba, na którą mamy wspólne rozwiązanie) i możliwości rozwiązań problemu.
ilustracja: dryicons.com
Alkoholizm kobiet i mężczyzn nie różni się specjalnie. Nie różni się cierpienie i rozmiar wewnętrznych zniszczeń (ten jest zależny raczej od indywidualnych cech charakterologicznych i osobowościowych niż od płci). Różnią się modele picia, choć i tu kobiety sięgają po męskie wzorce. Różnią się też obszary, w których alkoholicy – kobiety i mężczyźni – są najbardziej podatni na degradację. Zdrowieje się w podobny sposób, bo choroba alkoholowa dotyka tych samych obszarów, fizycznych, psychicznych i duchowych człowieka. Jednak pewną nierówność podtrzymujemy sami: żony i partnerki alkoholików same wysyłają ich na terapię, na mityng, pchają ku zdrowiu, ku pracy nad sobą. Mężowie i partnerzy alkoholiczek… hm, jeśli jeszcze są przy swoich alkoholiczkach, mogą nie być tak wyrozumiali (lub tak zdeterminowani). To świetnie, że przestała pić. To teraz niech zajmie się domem, dziećmi, rodziną. Nadrabiać trzeba! To pierwsza bariera. Bo owszem, trzeba, ale nie od razu na 100 procent, na początku trzeźwość wymaga zabiegów (a te czasu i zaangażowania). Bez nich zniknie, rozpuści się w kolejnych piwach, drinkach, kieliszkach wina i łzach.
Inną przeszkodą może być niezrozumienie, zazdrość. Alkoholik, by wytrzeźwieć, potrzebuje wsparcia, potrzebuje wspólnoty. Najłatwiej ją na początku zbudować z innymi alkoholikami, mężczyznami i kobietami, którzy poradzili sobie ze swoim problemem alkoholowym i mogą podzielić się doświadczeniem i konkretnymi rozwiązaniami w tym temacie, albo zwyczajnie wesprzeć, pocieszyć, wysłuchać. „Ale przecież nie będziesz tam łaziła, obściskiwała się z tymi chłopami…”
Niestety te bariery mogą wyrastać w umyśle samej kobiety-alkoholiczki. Wtedy są nawet bardziej szkodliwe niż stawiane przez innych ludzi. Warto wiedzieć, że nie ma takiej sytuacji, która pragnącej wyzdrowieć osobie zamknie drogę do trzeźwości. Dzieci? Praca? Odległości? Brak pieniędzy? Choroba? Szpital? Alkoholicy są wszędzie, wielu, naprawdę wielu rzetelnie realizuje 12 Krok AA, i chętnie przyjedzie do szpitala, zadzwoni, spotka się, poradzi, opowie o sobie, wesprze, porozmawia. Kto chce, szuka sposobów…



Tekst po raz pierwszy opublikowany w biuletynie ArkA (zima 2015/2016)