środa, 23 lipca 2014

125. a jednak safari

Krótka rozmowa z młodą alkoholiczką. Poznałam ją z rok temu. To był jej drugi mityng, wysłali ją z terapii. Podeszłam do niej odruchowo, zanim jeszcze zdążyły się z sensem uruchomić wyuczone nawyki z gatunku „jesteś tu po to, żeby oddawać” (fakt, wsparte czymś, co niewiele ma wspólnego z nawykiem, a tym bardziej treningiem – zwykłą/niezwykłą solidarnością z wystraszonym nieszczęściem – ale to wszystko działo się w najbardziej zakręconych zakamarkach umysłu, więc nie miało czasu dotrzeć do świadomości, dopiero potem, długo potem, zrozumiałam, że istnieje). Podeszłam, bo wyglądała jak malutki drżący szczeniaczek w zacieśniającym się kręgu podgłodniałych drapieżników. Była słodka, tak naiwną słodyczą, że aż irytującą. Milutka dwudziestoparolatka, choć wyglądała jak dziecko, z czarnymi oczami, mleczną skórą i odętymi ustami. I jeszcze ten rozbrajający, błagalno-przymilny uśmiech: przytulcie mnie, zaopiekujcie się mną... Podeszłam, może dlatego, żeby przytulili trochę mniej porywczo.

*


Rozmawiamy sobie dość luźno, co słychać, bo dawno się nie wymieniałyśmy tym, co słychać. Opowiada o terapii, mityngach i o tym, że znalazła takie nawet w porządku, jeden niekoniecznie dla alkoholików, drugi kobiecy, trzeci właściwie bardziej grupa wsparcia niż mityng. Pytam, ze zwykłej ciekawości, czemu nie chodzi na klasyczne mityngi AA. Bo dostaję zbyt wiele niechcianych propozycji. Ostatnio podszedł alkoholik i wprost powiedział, że ma na mnie ochotę. A ja nie chcę tego słuchać. Nie chcę! Głos podchodzi na ułamek sekundy odrobinę za wysoko, piszcząco, a ja dokładnie wiem, o czym mówi. Też miałam dwadzieścia parę lat, gdy przyszłam do AA, też miałam wielkie mokre oczy i ze strachu wiecznie przyklejony do twarzy przymilny uśmieszek. I aż nazbyt dobrze pamiętam kalkulacje: zaczynają się mityngi świąteczne, czyli siedzę w domu – nie zniosę kolejnej serii obściskiwania przez 30 facetów, z których połowę widzę pierwszy raz na oczy. Pamiętam też mityng, z którego musiałam odejść, bo nie umiałam sobie inaczej poradzić z nachalnym adoratorem, który nie reagował na mowę ciała, dystans, nieśmiałe sugestie (tresowana od dziecka na grzeczną uległą dziewczynkę jakoś nie potrafiłam załatwić sprawy krótkim cięciem, ulicznym gestem, prostym żołnierskim słowem). Pamiętam twardą rękę strachu, złości i żalu, zaciskającą się na moim ramieniu, gdy rok później wszedł na mityng, który oswoiłam, który był mój. A potem rozmowy z dobrymi trzeźwymi kolegami z AA i naukę chwytu sztywny łokieć.

Dlaczego opowieść mojej młodziutkiej koleżanki tak mnie poruszyła? Przecież to temat stary, dobrze znany, zawsze było i będzie, oswojony może nawet i jakiś taki za szybą (mogę sobie tłumaczyć, że mało we mnie zostało naiwnej słodyczy, ale wiem przecież, że i wiek robi swoje). Tak, pomyślałam, że to może ostatni dzwonek na taki tekst. Za dwadzieścia lat i kilo (a może już tylko za dziesięć) mogę nadziać się na niezbyt przyjemną ripostę, że pewnie zazdroszczę, że też bym chciała… Nie, nie chciałabym i nigdy nie chciałam. W to miejsce przyszłam, żeby przeżyć, a nie żeby szukać przygód. Choć rozumiem, że niektórym Wspólnota AA służy i do tego. I w zasadzie może być i tak, pod jednym wszakże warunkiem, dokładnie opisanym na 119 stronie książki Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji. Dużo gorzej, kiedy ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy, nie mogą jej przyjąć, bo muszą uciekać przed niechcianymi zalotami samozwańczych don juanów.

Nie jestem specjalną miłośniczką mityngów jednopłciowych, ale w sytuacjach takich, jak ta, trudno by mi było przekonywać kogokolwiek, że koedukacyjne lepsze (cokolwiek się za tym „lepszym” kryje). Słyszałam też historie początkujących alkoholiczek, którym mąż, partner czy chłopak zakazał chodzić na mityngi, bo obściskiwanie się z obcymi facetami jakoś nie wygląda na niby-trzeźwienie…  Wiem, że obściskiwanie się i te wszystkie misiaczki raczej rzadziej niż częściej mają jakieś podteksty. Zwykle nie ma w nich niczego więcej poza radością z tego, że się widzimy, że wciąż jesteśmy trzeźwi. Sama czasem to robię – z tymi, których znam długo i lubię. Ale czasem bym się jednak zastanowiła, czy na pewno każdemu to pasuje? Może nie każdy ma nieodpartą potrzebę bliskości i coraz większego skracania dystansu?

Podejrzewam, że istnieją również aowskie lamparcice, ciekawa jestem, jak alkoholicy mężczyźni sobie z nimi radzą?

7 komentarzy:

  1. Nachalnych podrywaczy, a było w moim mieście dwóch-trzech takich, zaczęliśmy systematycznie i konsekwentnie ośmieszać.Pod koniec mityngu, w sprawach organizacyjnych, często padały ostrzeżenia, kierowane do nowicjuszek i przestrzegające przez zbyt nachalnymi alkoholikami. Pomogło.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja sponsorka bardzo kibicuje mityngom kobiecym. Uwaza, ze my kobiety na mityngach koedukacyjnych powinnismy sie trzymac razem, wzajemnie sie chronic. Szczegolnej ochrony wymagaja mlode dziewczyny, poczatkujace w A.A. Wydawalo mi se to gruba przesada, bo niby przed czym mialybysmy sie tak chronic, a w ogole to jakis zacofany purytanizm. Z czasem i doswiadczeniem zmienilam zdanie. Po pierwsze aowskich lampartow nie brakuje, a takie mlode, zagubione dziewczyny to latwy lup. Po drugie wymagamy ochrony przed nami samymi: kobiety dotkniete alkoholizmem w wiekszosci nie potrafia jasno okreslic swoich granic i pragnien, nie umieja postepowac w sposob chroniacy wlasna godnosc. Czesto rozpaczliwie szukaja aprobaty i potwierdzenia wlasnej wartosci na zewnatrz, i robia to seksualizujac relacje z mezczyznami, bo to jedyny sposob, jaki znaja. Nie odmawiaja facetom bo nie mowia NIE, bo nie wiedza JAK to zrobic, a w soim poczuciu bezwartosciowosci maja watpliwosci, czy im w ogole WOLNO! W swoim egocentryzmie myslalam, ze taki opis dotyczy tylko mnie. Z literatury i opowiesci dowiedzialam sie, ze jest to typowa charakterystyka kobiet alkoholiczek. Nie ukrywam, ze mi ulzylo. Ze swojej perspektywi "za dziesiec lat..."zgadzam sie z Toba, ze czas robi swoje. Ale mialabym prosbe: czy moglabys wyjasnic, na czym polega chwyt "sztywny lokiec?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo proszę: "sztywny łokieć" to po prostu sposób witania się, element mowy ciała - wyciągasz przed siebie sztywno wyciągniętą rękę i tym samym sygnalizujesz dystans. Przez moment chciałam napisać: "kontrolujesz dystans", ale to byłoby mocno na wyrost, wiele razy "sztywny łokieć" i tak został na siłę zgięty, "połamany", przeciągnięty... Przecież niektórzy alkoholicy wiedzą lepiej, że to, czego trzeba mi najbardziej to bliskie spotkanie trzeciego stopnia ;-)

      Usuń
    2. U nas to się nazywa "miśki froterowane"... brrr... Na szczęście w moich dwóch grupach macierzystych jest już po kilka sponsorujących alkoholiczek, więc nowicjuszka szybko zostaje otoczona wianuszkiem wspierających, życzliwych koleżanek...

      Usuń
  3. Myśle że we wspólnocie nie powinno dochodzic do sytuacji gdzie kobiety musza sie chronic.Jesli gdzies jest to jeszce konieczne to jak najbardziej .Natomiast z doswiadczenia wiem ze, tam gdzie sa dojrzałe grupy (przstrzegajace tradycji według tradycji oraz robiace program) potrzeba ucieczek zanika. Po prostu obie strony potrafia najczesciej pilnowac własnych intencji.

    OdpowiedzUsuń
  4. jak się cieszę, że tutaj "przypadkiem" trafiłem" :)
    jutro jadę do mamy próbować-okropnie to brzmi: zadośćuczynić i cieszę się że najpierw trafiłem na twojego bloga, może dzięki temu będzie to działanie bardziej delikatne, długofalowe z odrobiną wzajemnego przebaczenia, miłością i wdzięcznością tak aby Ona to uniosła odczuła i zrozumiała:)
    ...a i tak będzie jak ma być:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę powodzenia: przede wszystkim uważności na drugą osobę (to niełatwe, bo choć wiedziałam - miałam wryte - że to działanie dla skrzywdzonych osób, a nie dla mnie, jednak wżarta przez lata koncentracja na samej sobie łatwo nie puszczała).

      Usuń