środa, 17 grudnia 2014

135. eksperyment „M” – tydzień 2 i ½

Podekscytowanie nieco osłabło. Codzienne siadanie do medytacji spowszedniało. No to siup, poprzeczka wyżej. Nieprzewidziane sytuacje: wyjście na imprezę i powrót późną nocą, goście w domu – wieczorem i rano. Trzeba ogarnąć i się wywiązać. Późno-, naprawdę późnonocne medytacje wychodzą lepiej, niż te tylko okołopółnocne. Przede mną jeszcze poważniejsze wyzwania – wyjazd i nocleg gościnny. I organizacja przedsięwzięcia w warunkach mało intymnych, bez oddzielnego pokoju, z maluchami-skowronkami. Może być ciekawie…

*


Ktoś zapytał, jak ja to robię. Prawie tak*:

Na podstawie mojego doświadczenia wiem, że wygospodarowanie pół godziny rano i wieczorem, każdego dnia, stanowi to minimum potrzebne do tego, by medytację potraktować poważnie. Podczas tej półgodziny, codziennie rano i wieczorem, trzymaj się tej samej praktyki. Choć nigdy nie jest tak samo. Wybierz zaciszne miejsce i usiądź wygodnie. Jedyną ważną zasadą jest to, aby siedzieć z wyprostowanym kręgosłupem. Możesz siedzieć na podłodze, na poduszce, na krześle, wybierając taki sposób, który jest dla ciebie najwygodniejszy, pozwalający na to, aby każdy mięsień twojego ciała, łącznie z mięśniami twarzy, w pełni się rozluźnił. Następnie zacznij powtarzać swoje słowo modlitwy (mantry), łagodnie, cicho, spokojnie, ale nieustannie. Jeśli będziesz cierpliwy i wierny (a medytacja nauczy cię zarówno cierpliwości, jak i wierności), medytacja poprowadzi cię w coraz głębsze obszary ciszy.
John Main, Ścieżka medytacji

Tyle przepisu i pobożnych życzeń. Bo moje mięśnie nie są rozluźnione, te na twarzy prawdopodobnie szczególnie. A moja głowa jest metalową puszką i potrzeba niezłego otwieracza, żeby się do niej dobrać. Ja nim nie dysponuję. Wierzę, że jest Ktoś, kto sobie z tym poradzi. Nawet z moją oporną puszką. Książka, z której pochodzi powyższy fragment (choć w całości mnie nie powala, a miejscami irytuje bombastycznym stylem pustych zdań, bo przecież, halo, ja potrzebuję konkretów, a nie bujania w obłokach!), mówi też, w rzadkich momentach bardzo konkretnie, żeby się nie nastawiać, nie oczekiwać, żeby po prostu to robić i być. Uwierzyłam, że to ma sens. Tym bardziej, że na konkretne efekty medytacji nastawiałam się przez długie miesiące, a nawet lata, i mało co z tego wychodziło. Poza rozczarowaniem i zniechęceniem, a czasem żalem. Gdy się wreszcie zorientowałam, co robię – że próbuję dyktować, jak ma przebiegać ten proces, próbuję kontrolować medytację! – nawet się uśmiechnęłam nad własnym… brakiem kontaktu z rzeczywistością.

*


*Prawie, bo: medytuję 20 minut, a nie pół godziny. Mantrę powtarzam w myślach. Mam przymknięte oczy, bo tak radzili.

PS. Dłonie nadal puchną, choć trochę mniej. A może po prostu się przyzwyczaiłam?


6 komentarzy:

  1. Wspieram ciepło i niecierpliwie czekan na ciąg dalszy. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ładnie. Sama jestem ciekawa. Dziś podopieczna zapytała: "Ale jaki jest cel twojego eksperymentu?". Wytrwać. Po prostu w tym być.

      Usuń
  2. Bylam kiedys na spotkaniu z ksiedzem/nie pamietam nazwiska/mowil o podobnym sposobie medytacji z ta roznica,ze slowo-mantre nalezy wypowiedziec w myslach na poczatku medytacji a potem pozwolic plynac myslom.Powtarzac to slowo tylko gdyby mysli zbytnio sie zapetlaly.Czas trwania medytacji 20 min.Stosuje rano i wieczorem i...... 'im dalej w las tym wiecej drzew".Efektem moich medytacji na dzis jest coraz wiekszywewnetrzny spokoj.Dzisiaj bedac w pracy w miejscu dosc glosnym i ruchliwym naszla mnie mysl,ze moje zycie jest dokladnie takie jak ma byc.Poczulam,ze jestem na swoim miejscu,bezpiecznie i spokojnie.Spelnia sie moje pragnienie:PO PROSTU ZYC.pozdrawiam serdecznie.Basia.PS.Jutro wyjezdzam na swieta do moich dzieci a tam piatka moich wnukow w wieku 6 mcy,10mcy,2 lata,cztery lata i 8lat.Bardzo jestem ciekawa czy uda mi sie pomedytowac.WESOLYCH SWIAT.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pogodnych świąt, Basiu. Dobrego czasu i owocnych medytacji. A wnuków Ci chyba zazdroszczę :-)

      Usuń
  3. najpierw są bałwany sztormowe, rzucające mną gdzie tylko zechcą, potem potężne fale porywające i uniemożliwiające utrzymanie się na powierzchni, kiedy/jeśli uda mi się wynurzyć i utrzymać na powierzchni powoli cichną i zamieniają się w spokojne łagodne marszczki na spokojnym bezkresie, a właściwie bezkresie spokoju i wtedy przez chwile jestem u siebie, a może u Niego :)
    to byłem ja Arczi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Arczi. Ładnie napisane, zwłaszcza to "u Niego". Pomyślę o tym dziś podczas wieczornej medytacji, jeśli uda mi się przebić przez bałwany i fale.

      Usuń