poniedziałek, 6 października 2014

129. śmierć czai się w uległości

Stowarzyszenie Umarłych Poetów musiałam oglądać na początku liceum. Nie pamiętam, co dokładnie czułam ani jakie miałam refleksje. Byłam przejęta, ale czym? Czy rozumiałam/usłyszałam zachętę do samodzielnego myślenia i szukania własnych ścieżek? Śmiem wątpić, ale nic sobie za to nie dam uciąć. Z tamtej projekcji zapamiętałam długie wędrówki Kapitana z uczniami w pejzażach, które zapierają dech w piersi (z takimi Weira kojarzę) i ostatnią scenę, na której ryczałam i za którą byłam wściekła, bo ktoś przecież mógł te łzy zobaczyć, a wtedy straciłabym twarz – ja, taka poważna, taka twarda nastolatka! I tyle mam z tej mojej pamięci–niepamięci.
Tym razem uderzyło mnie coś, co dobrze znam i co w sobie namierzyłam – kawałek człowieka bez nie. Jak trudno zawalczyć
o swoje, o siebie, jak trudno się przeciwstawić, wyjść z zastałego układu… Łatwiej (?) dokonać samozniszczenia niż powiedzieć nie. A raczej, to nie jest tak niewyobrażalne, że pozostaje tylko samozniszczenie. Bo nie wie się, nie czuje wtedy, że niewypowiedzenie go jest bardzo kosztowne. Niektórzy nie wiedzą, nie dowiedzą się i nie chcą czuć, do końca. Ciężkie, całkiem realne, namacalne podczas badań i prześwietleń, śmiertelne schorzenia nie mogą mieć przecież nic wspólnego z ulotną cichą rozpaczą, chronicznym milczeniem, podczas którego całe wnętrze krzyczy, że nie, nie, nie!
Wiele już razy przyłapałam w mojej głowie myśl, że może z tym całym alkoholizmem nie wylądowałam wcale tak źle. W ramach buntu, niezgody, niemożności wybrnięcia z sytuacji mogłam skończyć w głębokiej depresji, szpitalu dla obłąkanych czy na cmentarzu (wiem, wiem, alkohol jest skuteczną przepustką do wszystkich tych miejsc i jak się postaram, to wszystko jeszcze przede mną). Wiem, że ucieczka w picie to autoagresja, samozniszczenie. Byłam na tej drodze. Ale żywa! A póki życia, póty nadziei.

*


Natknęłam się kiedyś w Wielkiej Księdze (książce Anonimowi Alkoholicy) na zdanie, którego mimo wielokrotnego czytania nie byłam w stanie zrozumieć, a raczej odnieść go do konkretnej sytuacji, sprawić, żeby przestało być abstrakcją: Znam wiele sytuacji wynikających z konieczności picia, które powodują, że ludzie ci są raczej skłonni do największych wyrzeczeń niż do podjęcia walki. Siedzieliśmy nad nim potem jakiś czas ze sponsorem i w końcu wyszła mniej więcej taka translacja (z polskiego na nasze): Znam wiele wewnętrznych stanów wynikających z głodu alkoholowego i obsesji picia, które powodują, że ludzie ci są raczej skłonni do rezygnacji z najgłębszych marzeń, planów, celów, niż do podjęcia walki (żeby się nie napić). Po seansie dodałabym: żeby wypowiedzieć to groźne, bo nieprzewidywalne w konsekwencjach NIE

7 komentarzy:

  1. Czai się w uległości, ale też w stojącej wodzie…
    Czasem jedyną konsekwencją NIE jest tylko mój, z owym NIE, dyskomfort, ale jakże często okazuje się, że to w zupełności wystarczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Banał: ktoś mówi, że książka, którą uważam za genialną jest denna – ja milczę. Czy coś się stało? Pewnie nie. Idziemy dalej: ktoś mówi, że sposób na życie, który – akurat tak się przypadkiem składa, o czym krytykujący nie ma pojęcia – praktykuję albo wartości, którym hołduję są nieporozumieniem, że to niewłaściwe podejście, że moja metoda na cokolwiek jest bzdurą i nie działa (a u mnie akurat działa) – nie wchodzę w dyskusję, nawet nie pisnę, że uważam inaczej. Ale już zaczynam czuć, że coś poszło nie tak, że zawiodłam. Zawodzę jeszcze bardziej i jeszcze dotkliwiej to odczuwam, gdy ktoś rzuca niepochlebne opinie lub wręcz oskarża moich bliskich czy przyjaciół, a ja nie staję w ich obronie – uuuu, boli, mocno boli. A najbardziej uwiera powód, dla którego nie wyrażam mojego zdania, nie staję na wysokości zadania. Jeśli rzecz dotyczy drobiazgu albo/i człowiek, z którym się nie zgadzam jest zaledwie przechodniem w moim życiu, moje milczenie skutkuje co najwyżej nieprzyjemnym drapaniem gdzieś tam w środku mnie. Ale gdy sprawy rosną i nabierają wagi, a ja nie reaguję, bo chcę się komuś przypodobać lub załatwić jakiś interes, coś we mnie pęka, zaczynam myśleć o sobie źle, zaczynam sobą… gardzić. Nawet strach, zwykłe tchórzostwo jestem skłonna sobie wyjaśnić i zrozumieć. Ale tanie kupczenie ideałami? Nie da rady. Zobacz, takie wydawało by się trywialne sprawy, a potrafią od środka zabić. Skazać na duchową śmierć.

      Usuń
    2. Pozwolić ludziom mieć inne zdanie… Na przykład złe zdanie o przyjacielu. Im wolno, mają „prawo”. Jeśli nie bronię, nie sprzeciwiam się, to… właśnie – to co? Jestem tchórzem? Wykazałem brak lojalności? A może tylko nikt mnie o granie roli adwokata nie prosił?
      Czy to musi być takie pokomplikowane?

      Usuń
    3. >>>>Czy to musi być takie pokomplikowane?<<<<

      No właśnie? :-)

      Usuń
  2. Wyrażanie własnego zdania zawsze i wszędzie też nie gwarantuje spokoju. Wiem to na pewno.
    Kiedyś tak właśnie robiłam i nie było mi z tym dobrze...
    Doszłam do wniosku, że nie ma sensu przekonywać ludzi,że JA mam rację bo ...Czy mam ją na pewno?
    Ilu ludzi, tyle opinii. Każdy ma prawo myśleć po swojemu.
    Czy to,że ktoś w naszym towarzystwie źle mówi o osobie , która NAM wydaje się być w porządku oznacza ,że nie ma racji? Niekoniecznie. Może po prostu zna ją z innej niż my strony?
    Obecnie częściej zostawiam dla siebie własne zdanie, dyskutuję jedynie z tymi, z którymi warto. Z tymi, którzy spokojnie i w sposób racjonalny potrafią uzasadnić swoją opinię. Zazwyczaj okazuje się,że oboje- ja i mój rozmówca , mamy swoje racje i dochodzimy do wniosku,że prawda leży pośrodku.
    Jedni lubią jazz inni disco polo...Jedni gonią za pieniędzmi i uznaniem, inni wybierają skromne lecz spokojne życie. Kto ma rację?
    Racji nie ma. Każdy żyje jak potrafi :)
    Poza tym ''milczenie jest złotem'' ,czyż nie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, milczenie jest złotem! Ja piszę o tych sytuacjach, gdy to złoto w g. się obraca. Udowadnianie swoich racji na każdym kroku, wykłócanie się to niedojrzała pozostałość po czasach dziecięco-nastoletnich (nastolatki muszą się buntować, żeby się nauczyć, wybadać, wymacać, jak się poruszać w dorosłym życiu, jak walczyć o swoje, jak wyrażać siebie), to strasznie męcząca przypadłość (i nie myślę wcale o zmęczeniu otoczenia, choć ono też ma przekichane). Myślę o sytuacjach, kiedy wszystko w środku wyje, że nie, nie masz na to zgody, a ty milczysz. Oczywiście, nikogo nie zamierzam przekonywać :-) Ja po prostu stałam na krawędzi grobu – a znalazłam się w tamtym miejscu tylko dlatego, że nie miałam siły wypowiedzieć tego "nie", które we mnie rosło.

      Usuń
  3. Rozumiem. Zasugerowałam się tym, co odpisałaś na komentarz Meszuge :)
    Do tego NIE trzeba po prostu dojrzeć. Przychodzi w naszym życiu taki moment, kiedy czara przebiera i w końcu wylewamy je z siebie.
    Wiesz, Twoja odpowiedź przypomniała mi te sytuacje w moim życiu, w których nie potrafiłam się sprzeciwić. Chociażby temu,że krzywdzono moje dziecko...To wszystko miało miejsce kiedy jeszcze piłam. Pewnie stąd brał się ten brak asertywności. U ludzi trzeźwych ,bierze się pewno ze strachu przed nowym, ale również ze strachu przed brakiem akceptacji lub zrozumienia...Tak, jak napisałaś : ''groźne, bo nieprzewidywalne w konsekwencjach NIE''. Lepiej siedzieć w tym gó....e ,które się zna. Taka pokręcona ta nasza ludzka natura.
    Myślimy, marzymy o zmianie na lepsze, a kiedy jest taka szansa-tchórzymy. Pozostajemy w starym układzie bo wiemy czego się w nim spodziewać.


    OdpowiedzUsuń