wtorek, 30 września 2014

128. lata lecą

Spodziewałam się wizyty przyjaciół. Dłuższej, z noclegami. Trzeba było przystosować wnętrza (po prostu trochę ogarnąć na co dzień nie ogarniane kąty). Zabrałam się do prac dziarsko – co zdziwiło mnie samą – i nagle się okazało, że właśnie oto przemeblowałam pół pokoju. Przy szarpaniu się z kablami przewróciłam lampę, ta zahaczyła o półkę, z półki spadło pudło, z którego wysypały się drobiazgi. Między innymi płyta, której szukałam ze dwa lata. Szukałam to za wiele powiedziane. Zastanawiałam się, intensywnie, ale jednak tylko zastanawiałam, gdzie też może być. I że fajnie by było znowu jej posłuchać, piosenki siedziały mi w głowie, wierciły się coraz niecierpliwiej. No i proszę. Miło. Dźwięki przyjemne, jakieś takie jesiennie przymglone. Zaraz potem pojawiły się obrazy.

*


Wtedy też był wrzesień. Pogoda podobna. Szeleszczące rude liście, cudowne lśniące kasztany, słońce oblewające złotem drzewa. Dużo się działo, sporo zmian w życiu. Wreszcie wolność. Już myślałam, że wiem, że złapałam trop i idę właściwą drogą, w zasadzie wystarczy jeszcze parę kroków i będę to miała. Ogarnę to, właściwie już ogarnęłam, najtrudniejsze za mną, teraz będzie inaczej, bo teraz przecież ja wiem!

*

Musiało minąć kolejnych 8-9 lat, żebym w pełni pojęła i zaakceptowała, że niekoniecznie wiem, a już na pewno, że sama nie ogarnę, że moje ogarnianie prowadzi do skutków opłakanych. Moimi ciężkimi łzami, których nie chcę i się ich wstydzę. Że muszę zrobić coś innego niż zawsze. Najpierw znaleźć to coś. Udało się – znalazłam (choć celniej byłoby powiedzieć: zobaczyłam/odkryłam/otworzyłam się/przyjęłam). A potem podporządkować się. Nigdy tego nie lubiłam. Póki sił, póty buntu i przekory, i po swojemu. Ale wtedy nie miałam już siły. Sama niczego bym już nie wymyśliła i nie stworzyła. I wtedy zaczęło się na dobre i naprawdę. A teraz moje życie wygląda zupełnie inaczej, nie tylko inaczej niż w czasach pijanego poplątania. Inaczej, niż wtedy, gdy już od kilku lat na sucho sądziłam, że jestem na prostej (podczas gdy tak naprawdę pętliłam sobie kolejną spiralę do długiego, emocjonującego zjazdu), że teraz to już tylko zbierać, nadrabiać, otaczać się pięknymi przedmiotami, lampami, obrazami, luksusowymi ubraniami i kosmetykami, wybitnymi ludźmi, jazzem i nowoczesną prozą amerykańską.

Nadal wzrusza mnie piosenka o dziewczynie z sąsiedniego pokoju, ale cieszę się, że mogę jej słuchać w tak innym miejscu siebie.  

2 komentarze:

  1. Nikt z nas nie wkracza w dojrzałość duchową z własnej woli lub w wyniku całkowicie wolnego wyboru – Richard Rohr „Spadać w górę”. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu musi boleć, naprawdę boleć, żebym się ruszyła. Jeśli boli za mało - znajdę takie miejsce, tak się ułożę, żeby jakoś znieść ten dyskomfort. Ale gdy boli nie do zniesienia... tak, wtedy jestem skłonna coś zrobić. A subtelna zmiana duchowa? Przecież zawsze wymaga powściągnięcia ego (czy jak by to tam nazwać), a to jest co najmniej nieprzyjemne.

      Usuń