niedziela, 16 maja 2010

028. życie na siłę


Pogubiłam się. Pisanie stało się żmudne. Myślenie nabrało nieznośnego ciężaru. Może zamiast silić się na oryginalność powinnam zamilknąć? A może zamiast milczeć lepiej wszystko uprościć. Włożyć wysiłek w stworzenie czytelnego komunikatu. Nabrać pokory. Patrzeć uważnie, mówić prosto i szczerze, odpuścić sobie efekciarskie zagrywki. Chciałabym opisać swój dzień, ale to będzie takie nudne. Chciałabym, żeby to coś wnosiło, ale nie mam takiej wiary. Właściwie najbardziej sensowne byłoby pisać o Programie, tyle że utknęłam na mieliźnie, nie chce mi się do pewnych spraw wracać, odkrywać na nowo, choć przecież wiem, że za każdym razem czyta się inaczej, bo z innego miejsca.
Znużenie, wypalenie, pustka. Najwięksi wrogowie dobrego życia. Walczę z nimi od dłuższego czasu. Zwykle mają przewagę. Nie rozumiem, skąd się biorą – mam wszystko, co jest mi potrzebne do szczęścia. Może jednak nie wszystko, może zgubiłam coś i nawet nie zauważyłam. Nic dziwnego, było nie tylko niewidzialne, ale i nie bardzo wygodne. Tyle że jedyny ratunek to znowu podnieść i nieść dalej. Inaczej się nie da. Z życiem jest jak z treningiem albo rehabilitacją – musisz krok za krokiem przekraczać siebie, pluć na ból, zmęczenie, niechęć, na niby logiczne myśli: po cholerę się tak męczę? Tylko wtedy coś osiągniesz. Przez większą część dnia (tygodnia, miesiąca) muszę się zmuszać. Gdy się dobrze rozbujam, w nagrodę udaje mi się zrobić coś bez wysiłku, a nawet mieć satysfakcję, i to z najprostszej rzeczy. I dzieje się tak, jak z zakochaniem – gdy kogoś kochasz robisz dla niego rozmaite rzeczy, tylko po to, żeby sprawić mu przyjemność. I nie ma mowy o poświęceniu. Możliwość sprawienia mu radości daje i tobie wielką przyjemność (kto wie, czy nie większą). Czasem udawało mi się zakochać w życiu, wierzę, że ten stan jest ciągle do osiągnięcia. Gdybym przestała wierzyć…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz