piątek, 14 maja 2010

027. początek czegoś

Wydaje mi się, a może nawet mam pewność, że jeśli byłeś nieszczęśliwym dzieckiem z popapranej rodziny, wystarczy że opiszesz kilka twoich sztandarowych historii (na przykład jak jako pięcioletni szkrab chodziłeś wokół śmietnika na przystanku autobusowym i zbierałeś z mamą bilety, które nie wyglądały na tyle jednoznacznie, by nie nabrać ewentualnego kontrolera – bo przecież brak pieniędzy nie oznacza, że można łamać wszystkie reguły i jak ostatni chuligan jeździć na gapę; albo jak mama namawiała cię do zabawy pod tytułem „kto zje więcej solonej cebuli” tylko dlatego, żebyś nie odkrył, że poza cebulą nie ma już nic do zjedzenia; albo może jak z ojcem – zaczerwienionym i wilgotnym na policzkach, tuż po wyjściu imieninowych gości – jeden jedyny raz w życiu uczyłeś się grać w kocią kołyskę, nie wiedząc nawet, że tak się nazywa; znajdź tych kilka barwnych i – uwaga – naprawdę jasnych wspomnień, żeby móc nimi przepleść twój życiowy koszmar, który wydawał ci się czymś tak naturalnym jak oddychanie – do czasu, kiedy odkryłeś, że nie wszyscy oddychają tym samym powietrzem; wsadź tam opowieść o tym, jak ojciec kopał twoje spuchnięte kolano, usiłując ci udowodnić, że wcale nie jest pęknięte, jak wykręcał korki w całym domu za każdym razem, kiedy w telewizji puszczali jakiś film, który mógłby odciągnąć uwagę rodziny od jego niezwykłej osoby, jak łamał druty, na których matka włóczką ze swoich skołatanych do ostatka nerwów usiłowała udziergać kolejny nikomu niepotrzebny sweter, jak darł książki, czy odgrażał się – w co święcie wierzyłeś i umierałeś ze wstydu – że pójdzie i powie tym nauczycielom, co o nich myśli, bo przecież to on budował tę szkołę, do której teraz chodzisz, a w której oni moją zaszczyt przebywać, ale wcześniej to wszystko napisze w twoim dzienniczku albo zeszycie do polskiego; jak grzebał w twoich rzeczach i czytał twoje nieśmiałe i oszołomione swoim nieprawdopodobnym istnieniem listy miłosne, zwłaszcza te pierwsze, których się wstydziłeś, ale nigdy w życiu byś ich nie wyrzucił i trzymasz je do dzisiaj, i szydził z ciebie, albo jak próbował utopić cię w wannie, o czym nawet nie pamiętasz, tylko przypomniała ci ostatnio siostra; a może o tym, jak w wieku jedenastu lat, nie mogąc zmusić się do płaczu, a czując, że za chwilę ten dziwny, niekształtny worek, który na nieszczęście był tobą, pęknie z hukiem, otwierałeś ciężkie masywne drzwi, wsadzałeś palce w szparę przy zawiasach i z całych żałosnych jedenastoletnich sił trzaskałeś o futryny) i masz świetną powieść. Na pewno chwyci za serce, poruszy to, co trzeba poruszyć, żeby się podobało, żeby czytelnik otarł się o koszmar, ale wyszedł z opresji cało, a zresztą przez cały czas gdzieś z tyłu głowy miał przecież wielką mięciutką ścianę z gąbki, która dawała mu niezbędną porcję poczucia bezpieczeństwa, taka ściana z kremowym napisem: te rzeczy nie dzieją się naprawdę, nie dotyczą mnie i nigdy nie będą. 
Zapewne z cudownym, bezpiecznym, miękkim, różowym i słodkim jak wata cukrowa dzieciństwem możesz zrobić podobnie. Ale nie pytaj mnie o szczegóły. W tej kwestii nic ci nie doradzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz