poniedziałek, 27 grudnia 2010

045. co mi się narodziło


Święta są straszne. Zwłaszcza te święta. Przed Wigilią atak złych myśli, użalania, czarnowidztwa. O śmierci, końcu, pustce. Wreszcie o piciu. Tak, to by było nawet coś – dowalić sobie jeszcze bardziej, dobić się, zniszczyć. Choć w tamtej chwili jeszcze tego nie widziałam, że nie chodzi o wątpliwą ulgę, ale o kolejny cios; umysł zatrzymał się na rozważaniu, z kim albo w czyjej asyście w tym moim starym mieście mogłabym dokonać aktu autodestrukcji. Ta praca umysłu i spacer wokół domu wystarczyły, żeby jakoś się postawić do pionu, wyleźć ze skorupy, zacząć rozmawiać, coś robić, nie myśleć. Na trochę wystarczyło, bo potem znowu: czyjeś zaręczyny, czyjeś ciąże, czyjeś plany, czyjeś coś. A moje? Co moje? Moje nic. Brak celu, psychiczna emerytura mocno przedwczesna. Nic do zdobycia, do realizacji jest czymś strasznym. Zakopuję się w ziemi. Samodzielnie, jak na dzielną dziewczynkę przystało. Ale gdy to robię, gdy atak trwa, nie potrafię i nie chcę spojrzeć szerzej, że to głupie, niepotrzebne, że szkoda czasu i energii, że nie służy życiu. Przecież jakiś czas temu podjęłam decyzję – życie jest naprawdę tym, czego chcę, nawet jeśli czasem powraca stare myślenie.
*
Rozmowa z J. o piciu i niepiciu. Znamy się od dziecka i zupełnie na inny temat, ale gdy okazało się, że łączy nas nie tylko wspólny plac zabaw, czasem zapuszczamy się w pijackie rewiry. Od początku – głupia! – czułam się „mądrzejsza”, z większym doświadczeniem w trzeźwieniu, bo J. nie pije po swojemu, bez terapii, psychologów, AA. Opowiadałam, tłumaczyłam, raz nawet zabrałam na mityng. A wczoraj, chyba pierwszy raz zlazłam z tego piedestaliku, pokazałam siebie słabą, niepewną, zagubioną. I gdy wracałam ze spotkania poczułam, że się uśmiecham, że lżej, że 12 krok… Czy ja w ogóle rozumiem 12 krok? Czy można o nim sensownie opowiedzieć – teoretycznie? 12 krok to było moje spotkanie z J. Nie – radzenie, nie – mądrzenie się. Tylko prawda o sobie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz