środa, 24 listopada 2010

044. ktoś się martwi

Najpierw zadzwonił C, z daleka, z jakby pretensją (taką zdrową, ustawiającą), że nic nie piszę na blogu i w związku z tym on nie wie, co u mnie. Gorzej – nie odbieram telefonów, znaczy – nie ma mnie. Za to nowa fascynacja – samochód, więc sobie domyślił jakieś złe.Potem napisał A: jak masz zmartwienia i marnie się czujesz, a potem znikasz na dwa dni, to się trochę martwię; nie tak bardzo, bo wiem, że jesteś silna, radzisz sobie, ale tak trochę. A ja się zdziwiłam. Bo bardzo się odzwyczaiłam, że ktokolwiek może się martwić. Czy stoi za tym brak wiary, że mogę być dla kogoś na tyle ważna, żeby się troszczył? Nie wiem, ale to chyba wygodne. Żyć bez opowiadania się, bez oglądania na innych. Do czasu. Bo gdy nadchodzi kryzys (niekoniecznie już starość i samotność) i stan (wydumanej, domniemanej) pustki to ta wolność już tylko ciąży. Wtedy by się chciało, żeby ktoś zwrócił uwagę na smutek w przymknięciu powiek czy linii pleców. Niechby nawet za cenę tego niby braku wolności. A tu, proszę, nie trzeba doprowadzać się do takiego stanu, bo są tacy, co są. Nawet jeśli – tak jak ja często – tylko myślą, nie dzwonią, pozostawiając wolność nawet na znikanie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz