czwartek, 15 kwietnia 2010

024. żałoby we mnie brak

Wiem, co się stało. I tyle. Bo jakoś nie czuję, żeby mnie to dotyczyło. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy moje reakcje są poprawne, czyli normalne. A może ja nie mam uczuć, żadnej wrażliwości, serca nie mam? Bo wokół wszyscy chlipią, przejęci, zdruzgotani. A ja jakoś nie. Gorzej, widzę w sobie okropne pokłady cynizmu. Więc zaraz się martwię, że coś ze mną nie tak. Mam jedno wytłumaczenie mojej „znieczulicy” – nie oglądam TV, nie słucham radia, nie czytam gazet. Po prostu nie wiem, co się dokładnie dzieje, nie uczestniczę w tym narodowym poruszeniu, a tym samym nie daję się nasączać cudzymi reakcjami, nie pozwalam sobie sztucznie pompować emocji.
Nawet moje dziecko, i to całe wieki temu, znało wyimki z Psychologii tłumu Le Bona – po takiej lekturze na pewne rzeczy patrzy się inaczej. Zobaczyłam kiedyś, i uczyłam się tego, jakie zadziwiające reakcje można w widzu wywołać muzyką, montażem, światłem, komentarzem, i choć czasem daję się podejść zupełnie nieprofesjonalnie, to jednak szybko wracam na ziemię, ze spojrzeniem okrutnie bystrym.
Ale przecież nie chodzi mi wcale o Prawdę, o wrażliwość społeczną i uczciwość mediów – ja tylko martwię się o własną kondycję. I to też nie ze względu na moje ego (nazywam to moją małą prywatną laurką), nie po to, żeby wydawać się fajniejszą, już mi na tym coraz mniej zależy. Ja po prostu bym chciała być użyteczna, wyczulona na innych, żeby czasem pomóc, ale głównie jak najrzadziej ranić. A teraz przestraszyłam się, że tracę wrażliwość. Choć Program obiecuje mi przecież coś zupełnie innego: że moja uważność na drugiego człowieka wzrośnie. I że nie będzie mnie to wcale zbyt wiele kosztowało, bo stanie się automatyczne, jak oddychanie.
A może po prostu krucho u mnie z poczuciem wspólnoty? Owszem, wdzięczna jestem z istnienia AA, nawet czasem zdarza mi się pełne wdzięczności zdziwienie na myśl o wspólnocie wiary, ale na jakiekolwiek spędy, gdzie ogrom i siła tej wspólnoty/tych wspólnot mogłyby się w pełni objawić, się nie piszę. Byłam dwa razy w Częstochowie – zdecydowanie wystarczy. Lepiej ogarniam mniejsze skupiska ludzkie. Ja po prostu nie znoszę tego ściskającego gardło uczucia, tej łzawej czułostkowości – jestem tym w sobie zażenowana. Ale to przecież nie jedyny powód. Nawet gdy jestem w kościele i z jednej strony czekam na cud poruszenia (mimo wszystko czekam), to gdy pojawi się coś na jego kształt, ja zaraz się zastanawiam, czy ono jest autentyczne, czy to nie jedynie wynik ckliwej pieśni i poruszenia współwiernych. Przez długie miesiące – mam takie podejrzenie – na tym właśnie opierała się moja duchowość. Myliłam ją z labilną emocjonalnością (dziś bliższa jestem myśli, że wiara to nie uczucie tylko wola; i wierność pomimo wszystko). Już tak nie chcę. Więc unikam choćby cienia czegoś podobnego.