niedziela, 24 stycznia 2010

014. niezgoda na bezsilność

Pierwszy krok AA mam – chyba – jako tako opanowany. Wiem, ze warto od czasu do czasu odświeżyć sobie obrazy z przeszłości, udowadniające, co tak naprawdę mogę, jaką mam władzę, a raczej – czego nie mogę i nad czym nie panuję.
Gorzej z ogłoszeniem bezsilności wobec innych zniewoleń. Jedno teraz najbardziej daje się we znaki. Trudno mi z nim, bo dotyczy rudymentarnej potrzeby ludzkiej – miłości i bliskości. Tu nie potrafię i nie chcę oddać. Poddać się, powierzyć Bogu, poprosić, by to On poprowadził. Jak to zrobić? Z alkoholem sprawa jasna – mogę odstawić, dzień po dniu,  na długo, wyobrażam sobie, że nawet na całe życie. Ale z bliskością, miłością, byciem z mężczyzną… Nie, tego nie jestem w stanie się wyrzec! To chyba tak, jak z zakłóceniami w jedzeniu, z bulimią czy anoreksją. Wiem, że musiałabym się nauczyć jakoś funkcjonować z uzależnieniem, bo przecież jeść muszę, by żyć.
OK., może nie muszę kochać i być kochaną, żeby przeżyć. Ale życia bez tego nie chcę. Nie chcę tak żyć, ani nawet wyobrażać sobie, że będę tego pozbawiona, że umrę bez miłości. Tego rodzaju miłości.
Jestem wściekła, że nie mogę ułożyć sobie życia (tak, to bolesne i żałosne, że pełnię widzę tylko w byciu z mężczyzną; bo przecież życie – poza tym jednym obszarem – mam świetnie ułożone), nie mam na to zgody. No, bo jak to, dlaczego ja nie mogę tego mieć? Co takiego zrobiłam, że ja nie? Czy to kara?
Ostatnio pokłóciłam się o to z Bogiem. Nie, nie pokłóciłam, zrobiłam Mu karczemną awanturę, z krzykami, wyzwiskami i płaczem. Jak to jest, z tą Jego miłością, skoro nie chce mi dać takiego drobiazgu (w Jego optyce, tak przypuszczam), tego, co jest dla mnie najważniejsze, co jest mi tak potrzebne, że aż niezbędne? (Teraz, oczywiście, widzę, dlaczego mogę tego nie dostawać… właśnie dlatego, że to najważniejsze, że poza tym nie ma dla mnie smaku, że tego chcę pożądam).
Kłótnia odbyła się w drodze na przypadkowy i ponadplanowy mityng. A tam, zamiast kroku pierwszego, jak przykazane w styczniu, nagle omawiają trzeci: Powierzyliśmy nasze życie i naszą wolę opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy. Co takiego? Mam oddać się komuś, kto nawet nie wiadomo czy istnieje, czy w ogóle mnie zna, a już na pewno nie ma zamiaru pomóc mi w czymkolwiek? Akurat! Bunt coraz większy – nie zamierzam się powierzać, bo nie ufam, że On mnie uratuje. I widzę naraz, że krok drugi (Uwierzyliśmy, że siła większa – do tej pory zawsze stawiałam w to miejsce Boga – od nas samych może przywrócić nam zdrowie.) też wziął w łeb. Ale nie ma się co dziwić, że lecą jak domino. Skoro pierwszy nie istnieje kolejne nie mają przecież racji bytu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz