sobota, 23 stycznia 2010

013. koncertowa agresja

Poszłam na koncert. Miało być wspaniale. Miały urosnąć skrzydła. Chciałam zrobić coś dla siebie, przeżyć coś ekstra, poprawić sobie, a płyta Hey poruszała już od wielu tygodni. Wszystko było zaplanowane.
Przeliczyłam się. Nie byłam w stanie dobrze się bawić, zbyt dużo było we mnie bólu, żalu, gniewu. Na początku tego nie zauważyłam. Na początku tylko wszystko mi przeszkadzało. Przeszkadzało coraz bardziej. Tłum i ścisk. To, że nic nie widać, że przede mną jakieś dryblasy. Najbardziej, że wokół trzymają szklanki z piwem, że kiwają się, że nie wiem, czy to piwo na mnie nie wyląduje. Że tak świetnie się bawią, że na mnie włażą. Przy pierwszym odepchnięciu zataczającego się chłopaka pomyślałam tylko, że zrobiłam to zbyt agresywnie, że to mocno przekroczyło granice obrony koniecznej, że trzy czwarte tej siły wyszło ze mnie na zupełnie inny temat.
Fakt, przede wszystkim byłam przestraszona – on tak dziwnie się zachowywał, czułam zagrożenie. A gdy zobaczyłam, że jest bardzo pijany, i generalnie raczej poczciwy i siłowo niegroźny, nieagresywny, nie miałam oporu, żeby się wyżyć.
Plułam jadem i złym spojrzeniem. I w siebie też plułam.
A potem pomyślałam, że ten poczciwy chłopak, jakaś ledwie trzymająca się na nogach dziewczyna, że oni też coś zagłuszają, że są tacy jak ja. I to właśnie ja powinnam ich rozumieć. Nie oceniać, współodczuwać. Zrobiło mi się wstyd. Za to, jaka jestem, że znowu tylko w siebie zapatrzona.
Pod koniec przestałam nienawistnie odpychać kogokolwiek. Trzymałam tylko, jakby w pogotowiu, delikatnie dłoń na plecach dużej dziewczyny z dredami, która skakała szaleńczo przede mną. Przy niej przypomniałam sobie, że wszyscy tu jesteśmy w jednym celu – cieszyć się muzyką. Że jesteśmy chwilową i przypadkową, ale jednak wspólnotą. I choć wyszłam stamtąd tak samo smutna i przybita, jak weszłam, to z myślą, że jednak muszę skończyć z tym cierpieniem i bólem, bo ludzie wokół nie zasługują na to, żebym ich źle traktowała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz