środa, 15 lutego 2012

075. reguły i ja

Zasady, przepisy, reguły, prawa, tradycje, normy, zarządzenia, instrukcje, zwyczaje… Już w dzieciństwie uznałam, że nadają się tylko do jednego. Podpalić i opluć. Albo odwrotnie. Wszystkie, które mi akurat nie pasują. Nie przemyślałam wprawdzie, co w przypadku, gdyby któraś czy któreś z nich, w tym momencie wygodne dla mnie, okazały się już kiedyś oplute i spalone. Ale przecież dzieci o tym nie myślą, ludzie z infantylną mentalnością również. Z moim, jakże żałosnym poziomem przekory i buntu (które miejscami przybierały postać śmiertelnie niebezpiecznej, a na pewno szkodliwej dla mnie samowoli), każdy jeden zbiór zasad i praw odbierałam jako zamach na moją… hm, wtedy myślałam, że wolność.
*
Czy normalność polega na tym, że wiem i rozumiem, że te zasady i przepisy są również dla mnie? Dla mojej wygody? Kiedy ich przestrzegam mogę czuć się bezpieczniej, i spokojniej. Jeśli nie przebiegam na czerwonym świetle przez jezdnię, nie jeżdżę bez biletu, nie kradnę w pracy, nie parkuję na zakazie postoju, nie migam się przed skarbówką, nie zdradzam męża, nie kłamię – mam spokój. Nikt mnie nie przyłapie, bo jestem w porządku. Nie muszę rozglądać się na wszystkie strony, kombinować, ukrywać. Odpada ogromny ciężar kontroli siebie i otoczenia (jak ogromny, wie tylko ten, kto to kiedykolwiek robił, a potem przestał i poczuł różnicę). Ale zasady są „dla mnie” również z innego powodu – chronią moje otoczenie przed moim egoizmem i egocentryzmem. Bo smutna prawda jest taka, że czasem tylko strach ratował mnie przed popełnieniem wykroczenia, a moich bliskich przed konsekwencjami mojej samowoli.
*
Wymyśliłam sobie kiedyś (smutny to był pomysł i kosztował mnie – i niestety innych – naprawdę dużo), że jestem wyjątkowa! A zatem reguły i prawa mnie nie dotyczą. W każdym razie nie w takim zakresie jak zwykłych ludzi. Jak mogę bez walki poddać się temu, co zapędza ludzi do kieratu? Przecież ja jestem inna. Może oni to lubią, może muszą, ja – nie! Nie przyszło mi do głowy, że choć z czegoś tam zapewne rezygnują, to jednak korzyści mają dużo większe. I na pewno nie chciałam zobaczyć i przyznać, że koszty mojej niby-wolności są niewspółmiernie wysokie w stosunku do zysków.
Wiem że to banał i bardzo żałuję, że nie chce mi się ubierać tej prostej obserwacji w wyrafinowaną formę. Ci, którzy już to mają i tak wiedzą, o co chodzi. Pozostali i tak nie chwycą, nawet gdybym się wysiliła na olśniewająco głęboką metaforę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz