sobota, 10 sierpnia 2013

104. my wiemy! (bo musimy, bo… się boimy)

Byłam jakiś czas temu na warsztatach sponsorowania AA. W części dyskusyjnej padło w kierunku spikera pytanie: A jak się zachowujesz wobec podopiecznych jeśli masz nawrót, czujesz się koszmarnie sam ze sobą, żyć ci się nie chce? Nie boisz się, że przekażesz im coś skażonego, niewłaściwego? Po sali przeszedł szmerek. Szmerek pobłażliwych, ukrytych za chrząknięciami, uśmiechów. Tych, co wiedzą! Spiker, z tym samym uśmieszkiem, powiedział: Nie rozumiem, o czym mówisz. Zaraz jednak się zorientował, że ironia może nie być właściwie albo w ogóle odczytana (bo pytanie zadane było zduszonym i dość zdesperowanym głosem, co sugerowało, że w tym wypadku może zabraknąć dystansu niezbędnego do czytania jakichkolwiek pozawerbalnych niuansów), i dodał: To znaczy wiem, ale to mi się nigdy nie zdarzyło. Pobłażliwym uśmieszkom zaczęło towarzyszyć porozumiewawcze kiwanie głowami. To się nie zdarza! My wiemy! My, na Programie znamy odpowiedź. Jeśli jesteś na Programie to wszystko gra, wszystko jest jasne i proste. A nawet jeśli zdarzają się kłopoty, to wiadomo jak je rozwiązać! OK., powierzamy się, ale i tak wiemy. Przyjmujemy wolę, ale… zaradzamy.
*
No dobrze, to teraz się przyznam: i ja tam byłam, i kiwałam. Może i najbardziej ze wszystkich. Wtedy tak właśnie wiedziałam. Skąd ta żarliwość w uśmiechaniu i kiwaniu? Za taką postawą mocno chronionej pewności czai się strach – że coś jednak pójdzie nie tak, że może ta metoda, ta ostatnie deska ratunku, w moim przypadku nie zadziała. Muszę więc przed sobą trzymać, niczym tarczę z godłem, przekonanie, że jeśli będę robić wszystko, jak przykazano, to nic złego mnie nie spotka, Program mnie ocali, to już tylko samo dobro, duchowa błogość. Jeśli będę robić wszystko… W pewnej starej księdze jest opowieść o bogatym człowieku, który stawiał spichlerze i krzątał się wokół swojej przyszłej, jeszcze większej niż dotychczasowa, pomyślności, całkiem zresztą rozsądnie i logicznie – skoro szykował mu się urodzaj stulecia. Jednak Historia czy Los (jakkolwiek je rozumiał) obeszły się z nim nienajlepiej. Mimo że się tak rozsądnie starał. Że zabiegał. W starej księdze nie piszą, że coś zaniedbywał, że robił coś wbrew. A jednak go zmiotło, zanim ujrzał pierwszy złoty kłos nowego zbioru.
* 
W Drogowskazach Wiktora Osiatyńskiego jest rozdział poświęcony jednej z książek Scotta Pecka, ważnego dla mnie autora i człowieka. Przeczytałam tam: Coś takiego („ciemna noc zmysłów”) przydarzyło się samemu Peckowi. Gdy miał 50 lat, w czasach największego sukcesu i powodzenia, zawładnęła nim na wiele miesięcy depresja. (…) Przez półtora roku było coraz gorzej, Pecka nie opuszczała depresja, nachodziły go myśli samobójcze, aż w końcu skończyło się to równie nagle, jak przyszło. Przeczytałam i zrzedła mi mina. Jak to? On? Przecież on wiedział! Wiem, że wiedział, bo napisał fantastyczną książkę (Droga rzadziej wędrowana; The Road Less Traveled), w której to wszystko jest! Jak to możliwe, że te przepisy, które jak się zdaje – i jak sam pisał – wprowadzał w życie, teraz nie poskutkowały? Ziarno niepokoju zostało zasiane, tym bardziej, że sama od jakiegoś już czasu odczuwałam zdecydowany spadek witalności, sił, chęci i towarzyszący im dyskomfort, że coś mi się rozłazi, nie nadążam, że to nie tak ma być. Nosiłam ten niepokój, to nierozwiązane równanie, przez dłuższy czas, a witalność, siły i chęci coraz bardziej nikły, co wywoływało natychmiastową reakcję: coś z tym zrobić, koniecznie! Zaradzić, rozwiązać, naprawić. Im bardziej chciałam zrobić, tym bardziej linka się zaciskała. Jak we wnykach – szarpiesz się rozpaczliwie i jest coraz gorzej, ranisz się coraz mocniej i tylko sił ubywa. Aż ubędzie ich na tyle, by móc się poddać, ogłosić bezsilność (na szczęście wciąż dzieje się to przed śmiercią nadziei).
*
Wiem, o czym mówił człowiek z sali. Bardzo mocno to odczuwam na własnej skórze. Pytanie "głupca" zamieniło się w zagadkę filozofa. Rozpaczliwe szukanie – i stosowanie – rozwiązań nie jest dla mnie dobrą metodą, bo tylko oddala od istoty. Ale to nie znaczy, że mam porzucić wszelkie rozwiązania i podpowiedzi. Są trzy, które zresztą dobrze znam: Tylko jedna rzecz na raz, Najpierw sprawy najważniejsze i Działaj tak, jakby… Aowskie mądrości, z których kiedyś tak szydziłam i nadal stosuję wyłącznie z odpowiednim komentarzem, to nic innego, jak zamknięte w skondensowanej formie hasła, sloganu konkretne rozwiązania. Krótko, żeby było łatwiej zapamiętać. Może i topornie, ale finezja nie jest kluczowa w ratowaniu życia, również duchowego… 

5 komentarzy:

  1. Jakże często te najkorzystniejsze rozwiązania są jednocześnie najprostszymi, co oznacza, że najtrudniejszymi do odnalezienia, zawierzenia i zastosowania…

    Zabawne, bo właśnie wczoraj podczas Warsztatu Wielkiej Księgi, „walczyliśmy” dzielnie z rozdziałem „Wizja rodziny przeobrażonej” i zawartymi na jej końcu sugestiami, które niewątpliwie mogłyby być przetłumaczone lepiej. :-)

    A taka podpowiedź: jedyną metodą rozwiązywania problemów jest rozwiązywanie problemów – też wydaje się zbyt prosta i banalna, by wcielać ją w życie.

    „Każdy z nas ma dwie jaźnie: chorą i zdrową – pęd do życia i pęd do śmierci. Każdy z nas reprezentuje całą ludzkość, w każdym z nas jest instynkt boskości i nadzieja rodzaju ludzkiego, lecz także pierworodny grzech lenistwa, wszechobecna siła entropii, która cofa nas do dzieciństwa, do łona i prehistorycznych bagnisk, z których wyewoluowaliśmy.” — Scott Peck

    Dobra robota Pani Miko! :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Trudno jest zrozumieć i przyjąć, że czasem Jego odpowiedź brzmi: NIE.
    NIE, jeszcze nie dzisiaj... NIE, w ogóle... NIE, dopóki nie wypełnisz, nie zrobisz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza, jeśli dotyczy MNIE. Zwłaszcza, jeśli chodzi o sprawy duże albo po prostu dla mnie ważne. No i jeszcze kwestia właściwego odczytania - czego konkretnie owo NIE dotyczy, jaka część MNIE ma wykonać pracę (choćby skonfrontować się z odmową, ale może też utemperować swoje zapędy na stałe).

      Usuń
  3. Wertuję Twoje teksty i te refleksje, obserwacje są mi bardzo bliskie. Dzięki za to!
    Już myślałem, że jestem sam. O dziwo na mitingach nie słyszę podobnych rzeczy. W kuluarach także.

    OdpowiedzUsuń