sobota, 15 stycznia 2011

050. sponsor


Odkąd zaczęłam trochę bardziej świadomie uczestniczyć w życiu Wspólnoty (na początku nie przywiązywałam się, przez długi czas sądziłam, że trochę pochodzę, wyleczę się, jakoś zmienię, bo chyba do końca życia nie będę musiała łazić do tego całego AA) poważniej zainteresowały mnie takie narzędzia, jak Kroki, Program, sponsor… No właśnie, sponsor. Dopiero po kilku latach niepicia, kiedy już uporałam się wewnętrznie z niezręcznością tego sformułowania (czy nie lepszy byłby chociażby przewodnik? Sponsor kojarzył się jakoś dwuznacznie, nie wcale nie z cielesno-finansową wymianą, raczej z amerykańskimi firmami trudniącymi się sprzedażą bezpośrednią i budową jakichś łańcuchów ludzkich, co dla mnie było równie nieciekawe – czepiałam się, jak mogłam) byłam w stanie przyjąć do wiadomości, że i mnie przydałby się kontakt z kimś takim. Ale wtedy zaczęły się schody – no bo kto? Niestety, nie byłam już nowicjuszką (na początku byłoby mi zapewne dużo łatwiej, bo każda informacja, każda sugestia były na wagę złota), obrosłam trochę w piórka i zaczęłam kręcić nosem: ta za stara, ta za mało ciekawa, ta ma inny charakter, a ta inny światopogląd. Kiedy już, już byłam bliska poproszenia którejś z kobiet z AA o sponsorowanie, ta, jakby na złość, robiła coś, wyłącznie w moich oczach, karygodnego, mówiła jakąś rzecz, która ją dyskwalifikowała. A lista kandydatek nie była przecież przesadnie długa. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że to nie sklep i że nie obowiązuje zasada klient nasz pan, a przede wszystkim, że to ja jestem petentem, czyli to ja czegoś potrzebuję.
W którymś momencie odpuściłam. Pogodziłam się z tym, że nie ma – póki co – w AA kobiety sponsora dla mnie. W nagłych wypadkach ratowałam się radą, sugestią, rozmową czy choćby obecnością któregoś z wypróbowanych przyjaciół z AA, którzy z uwagi na płeć ze sponsorowania mnie zostali wykluczeni. Dziś widzę, że podobnie jak wielu uczestników AA dałam się wpędzić w pułapkę perfekcjonizmu, który zakłada że sponsor to ktoś niezwykły, wszystkowiedzący, chodzący ideał. Siłę tej pułapki odczułam drugi raz, kiedy to mnie poproszono o sponsorowanie. Nic z tego nie wyszło, bo… uważałam się za zbyt niedoskonałą. A może, żeby zamaskować to odczucie, stałam się zbyt „doskonała”? Zbyt wymagająca, ortodoksyjna, mądralińska?
*
Od niedawna jestem sponsorką. Szybko dałam sobie spokój z niepewnością ruchów, zachowań, słów (przecież nikt tego ze mną wcześniej nie przerobił), postanowiłam, że będę mówić tylko prawdę o sobie, o moich doświadczeniach – tym nie zrobię nikomu krzywdy. Radzę sobie bez problemu z pełnymi zdziwienia pytaniami: jak to, sponsorujesz, a nie przerobiłaś Programu z własną sponsorką? Mówię: pracuję na programie teraz, razem z „podopieczną” (znowu – trochę niezgrabne słowo). Sprawia mi to sporą radość, nie tylko dlatego, że wreszcie muszę coś robić – do tej pory byłam zbyt leniwa, by z własnej woli systematycznie pracować nad Programem. Po prostu widzę zachodzące zmiany – w niej i we mnie.
Mało tego, idea dzielenia się tak bardzo we mnie odżyła, że coraz częściej podchodzę w przerwie lub po mityngu do młodszych ode mnie przyjaciół, którzy opowiadają o swoich problemach, z którymi i ja się borykałam lub borykam. Coś się we mnie przekręciło i zapragnęłam być użyteczna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz