wtorek, 11 stycznia 2011

049. akceptacja


Poza kilkoma pierwszymi tygodniami od „diagnozy”, kiedy potwornie wstydziłam się tej mojej przypadłości (tak, że nie byłam w stanie powiedzieć o tym prawie nikomu) i nie mogłam pogodzić się z wyrokiem (dlaczego ja?), pamiętam tylko dwa momenty, kiedy moja akceptacja tego stanu rzeczy mocno się zachwiała. Bo generalnie akceptowałam, przyjmowałam, specjalnie mi ten brak nie przeszkadzał, nie utrudniał mi życia, bo żeby przeżyć w moim środowisku nie musiałam stykać się z alkoholem, miałam po prostu komfort trzeźwienia. Ograniczony udział w kiedyś jakże częstych pijackich imprezach również nie kosztował mnie wiele (choć na początku wydawało mi się, że to wielkie wyrzeczenie, że tracę wszystko), szybko się okazało, że najwartościowsze relacje nie muszą być podlewane wódą. Tylko jedna sytuacja najpierw niepokoiła, a potem bolała – odkrycie, że moje niepicie (a także pewne obostrzenia w obecności alkoholu w życiu/domu moim i w jakimś sensie mojej rodziny) – wycina mnie z pewnej sfery życia.
Pierwszy raz zdarzyło się to, gdy oglądałam jakiś film i scenę w nim, kominkową, gdzie para, trzymając w dłoniach kieliszki wina przechodziła właśnie na kolejny etap zażyłości. I wtedy spadło na mnie jak grom: nie dla ciebie takie sceny, już nigdy tak nie będziesz… Szybko przyszło otrzeźwienie z nostalgii i żalu, bo pamięć była jeszcze świeża i podsunęła, jak takie obrazki kończyły się u mnie: nie kieliszkiem, tylko butelką czy dwiema, i umówmy się, że w pewnym momencie ani ogień w kominku, ani atmosfera, ani zapowiedź czułego migdalenia, ani wreszcie ten drugi człowiek nie były dla mnie pierwszoplanowe. Pomyślałam więc, że jakoś uniosę ten ewentualny brak – w razie gdyby cień tego kominka, tej skóry wilczej czy niedźwiedziej, tego przystojnego faceta majaczył na horyzoncie.
Drugi raz zderzyłam się z całkowitym brakiem zrozumienia. Ten człowiek, co to miał być kimś ważnym, nie tylko średnio kojarzył, dlaczego właściwie miałby przy mnie się powstrzymywać – przecież to ja nie piję i to moja sprawa – ale wręcz nie zamierzał tego robić. Chyba nie umiał. I zrozumiałam, że spotkanie kogoś takiego, kto przyjmie cię z wszelkimi ograniczeniami, kto się temu podporządkuje (nie będzie się upierał przy trzymaniu w waszym domu alkoholu, przy organizowaniu pijackich imprez, przy piciu w twoim towarzystwie, afirmowaniu picia, jeśli naprawdę to lubi – bo może się zdarzyć, że zwyczajnie będzie to lubił), zakrawa chyba na cud. Kiedyś, gdy odważyłam się rozmawiać na te tematy z kolegami z AA, jeden z nich powiedział: jeśli ktoś cię naprawdę pokocha, zrobi to dla ciebie. Nawet jeśli nie będzie do końca rozumiał, że obecność alkoholu jest dla ciebie realnym zagrożeniem. Zrobi to z miłości. Tylko dlatego, żebyś się dobrze czuła.
*
A potem spotkałam kogoś takiego. Byłam ogromnie wdzięczna za to poświęcenie (nie znoszę aroganckich wypowiedzi alkoholików czy alkoholiczek na temat ich żon czy mężów: jakie poświęcenie, łachy nie robi! Otóż robi, bo rezygnuje z ważnego kawałka, który jemu przynosił być może tylko przyjemne rzeczy). Później, gdy okazało się, że jednak nic z tej miłości nie będzie, to (mimo że powodów mogło być mnóstwo, i zapewne tak było) gdzieś tam z tyłu głowy powstała zła myśl – to dlatego! Chciał, ale po prostu tego nie uniósł? Wyrzeczenie podjęte tak szlachetnie okazało się za duże? Moja wdzięczność nieumiejętnie okazywana? Ta myśl lubi czasem powracać, wwiercać się i ranić. I w takich chwilach cholernie trudno mi o akceptację mojego alkoholizmu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz