wtorek, 25 stycznia 2011

051. poszło z dymkiem


Czytam o rzucaniu papierosów. Opowieści ludzi o udręce i o dumie, że się udało. Naprawdę piękne i mocne historie. O wolności, odzyskanym poczuciu wartości, duchowości.
A ja nigdy chyba nie czułam tak mocno i naprawdę, że palenie zniewala tak samo, jak alkohol. Nie zadałam sobie trudu, żeby się zastanowić. Moje rzucanie było takie… niepoważne, przyszło jakby samo (teraz tak myślę, w tej chwili, jakbym zapomniała, że wtedy było chyba nawet trudniej się rozstać, niż z alkoholem; przez moment zapomniałam o upodleniu i niezgodzie na ten wewnętrzny przymus, który kieruje moją rękę po coś, czego nie chcę, co mnie brzydzi, co wywraca mnie na lewą stronę; nie zabrnęłam w tym – w paleniu – aż tak daleko, bo wiedziałam już, że metoda jest tylko jedna – ani macha, wykończy mnie pierwszy papieros, przecież parę miesięcy wcześniej już to sprawdziłam).

*

Jedno zdanie z opowieści byłych palaczy: zwycięstwo w walce z nałogiem pozwoliło mi uwierzyć, że mogę prawie wszystko; przypomniało historię A., który był w stanie uwierzyć, że może skończyć z piciem wyłącznie dlatego, że kilka miesięcy wcześniej rozstał się z paleniem. On, palacz śmiertelny, który zaczynał dzień od skręcenia papierosa z resztek tytoniu wykruszonych z nocnych niedopałków.
Ja nigdy nie czułam jakiejś wyraźnej dumy z powodu wyjścia z nałogu – jaka szkoda… Przecież skoro wyszłam z takiego bagna to znaczy, że… tak, mogę wiele, może prawie wszystko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz