środa, 27 stycznia 2010

016. brać czy dawać

Od lat mam w AA kolegę, przyjaciela chyba jednak, z którym ścieramy się strasznie w jednym punkcie (prawdę mówiąc, w kilku, ale w tym chyba najmocniej). Do tej pory jego stanowisko widziałam tak: tylko metoda AA, program 12 Kroków są dobre, one prowadzą do zdrowienia. Terapia jest wręcz szkodliwa. Na to ja burzyłam się strasznie, bo jak można coś takiego mówić, do tego publicznie, na mityngach, przecież terapia niesamowicie pomaga ogarnąć się w tym całym zapitym do tej pory bałaganie, pokazuje prawdę, ustawia, daje konkretne techniczne wskazówki, jak sobie radzić, jak unikać niebezpieczeństwa; a dla tych, którzy nie są w stanie przełknąć – przynajmniej na początku – duchowej podstawy Programu jest właściwie jedynym ratunkiem; nie można ludziom tego odbierać.
Potem M. mówił: Program ci mówi, że masz dawać, za darmo, nie oczekiwać żadnej zapłaty, nawet tej w formie skorzystania z twojej rady (co może wbijać cię w poczucie bycia kimś ważnym); program mówi o poświęceniu; psychologia jest nastawiona na ”ja”;  ja jest w centrum, wszystko mu się należy; psychologia uczy cię, jak masz się dobrze ustawić, drugi to ten, który ci szkodzi albo ten, z którego masz korzyść. Pierwszych musisz unikać, a drugimi się otaczać. Znów się burzyłam, że przesadza, wyolbrzymia, że to bardzo jednostronne spojrzenie.
A dziś rano… zobaczyłam, ile w tym racji i jak łatwo dałam się znowu nabrać.
Dałam się nabrać, bo jako niecierpliwa osoba, która jednak wcale nie ma zamiaru oddać kontroli, która wierzy, że sama coś może, własnymi siłami, tylko trzeba jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, robić, biegać, jak ta mróweczka krzątać się wokół własnego popieprzenia, weszłam w tę szamotaninę. Od medytacji po terapię, ciągle jakieś książki, nowe pomysły, nowe teorie i wciąż włączone myślenie, wciąż racjonalizowanie, psychologizowanie. Koszmar, męka, ale mysz w młynku nie wie przecież, że się kręci, że może się tak zakręcić na śmierć.
Pierwsze, co zauważyłam, to że kiedy cierpię, jestem tak skupiona na sobie, że w ogóle nie zauważam ludzi, nawet tych bliskich, a może zwłaszcza tych bliskich. Jestem po prostu, jestem swoim bólem, czerpię z nich jak jakiś jamochłon, jemioła podczepiona, wysysam, ale bez refleksji, że ktoś pomaga mi przeżyć ten trudny czas. Biorę, jakby to było najnormalniejsze, jakby mi się należało! Sięgam, jak w sklepie, a gdy już zużyję, odstawiam, bo przecież mi niepotrzebne. Prawda zabolała. Że jednak taka jestem.
Drugie, dotyczyło ludzi obcych, świata. Jakby moje cierpienie uprawomocniło mnie do bycia suką, do traktowania innych z góry, z pogardą, agresją, pretensją.
To też zabolało.
Trzecie, co zobaczyłam, to że ta postawa konsumencka ma się nijak do tego, co kształtowałam w sobie przez ostatnie lata, co, wierzę, miałam od dziecka w zarodku, trochę przytłumione bolesnymi doświadczeniami, ale wciąż żywe, choć skarlałe, do postawy bezinteresownej miłości. Ten zgrzyt mnie obudził.
Terapia, którą właśnie skończyłam, kilka lektur, które wchłonęłam (szczególnie jedna, którą nazywałam swoją nową biblią – amerykański poradnik o tym, jak radzić sobie z mężczyznami) nakierowały mnie na nowy sposób działania – to ja mam być najważniejsza, mam odszukać i określić swoje potrzeby i robić tak, żeby były realizowane. Najpierw zobaczyć, czy dostaję, potem dopiero się rewanżować. Zabrzmiało dla mnie fantastycznie! Wreszcie nie będę miała poczucia, że się podkładam, że jestem notorycznie wykorzystywana, używana – tym gorzej, że na własne życzenie. Zabrałam się ostro do wprowadzania zmian. Byłam zachwycona. Tyle że po trzech miesiącach widzę, jak mnie to zniszczyło, jak wypaliło i spłaszczyło moje życie. Bo ja chcę dawać, jestem właśnie po to, by dawać siebie innym, tylko w tym jest mój sens.
Może źle odczytałam terapię, skupiłam się nie na tym, co ważne. Może źle dawałam, nieumiejętnie, bez prawdziwej otwartości, bez prawdziwej bezinteresowności. Ale nawet niedoskonale wolę dawać, niż dalej wyjaławiać się braniem i roszczeniami. Chcę na nowo odkryć słowa poświęcenie i dbanie o siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz