poniedziałek, 5 stycznia 2015

138. eksperyment „M” – raport końcowy

Minęło 31 dni. 62 medytacje. 1240 minut (minus 10 urwane po drodze), czyli jakieś 20 i pół godziny. *

*


Im bliżej było końca, tym łatwiej (to dość mało zaskakujące, już mi się obiło o uszy, że trening czyni mistrza, czy jakoś tak). Zabawne było obserwować siebie w medytacjach po 31 grudnia, czyli po zakończeniu eksperymentu. Bo wtedy się nagle okazało, że jest… miło i przyjemnie. Teraz to ja mogę! W każdym razie, że moje ciało i umysł znoszą ten wysiłek zdecydowanie lepiej i cierpliwiej niż w czasie eksperymentu „M”. Czyżby stara dobra znajoma, przekora?

Ciało się powoli dostosowuje, coraz łatwiej wytrzymuję 20 minut, choć miałam pokusę, żeby się tak nie katować, żeby legalnie skrócić medytację do powiedzmy kwadransa (skoro tak strasznie nie daję rady…) i powoli dochodzić do tych 20 minut. Ale chyba z lenistwa nie wprowadziłam tego w życie, a potem się okazało, że już nie trzeba. O ile przez większość miesiąca, mniej więcej koło 10-12 minuty zaczynałam się wewnętrznie wiercić i marudzić, że już, że nie dotrwam, o tyle teraz jęczeć zaczynam jakieś dwie minuty przed końcem.

Po raz kolejny padło pytanie o cel tej mojej medytacji, tego całego eksperymentu. Celem medytacji jest lepszy kontakt z Bogiem. Po prostu. Nie wiem na razie jak to moje siedzenie, często wewnętrzne jęczenie, czasem mimochodne kiwanie się, na którym się przyłapuję, zmaganie z ciałem, z nieustępliwie brzęczącym umysłem przekłada się na jakość kontaktu z Siłą Wyższą. Bo muszę się przyznać, że odkąd pożegnałam się z efekciarskimi i ekstrawaganckimi wizjami i opisami moich doznań, z fantazjami na temat poziomu mojej duchowości, nie czuję specjalnie wiele. Może jestem zbyt zamknięta, zablokowana, nieuważna. To dość prawdopodobne. Nie czuję specjalnej różnicy. Ale też niespecjalnie się przyłożyłam do jej tropienia. Może wystarczy mi to, co mam – spokojne, ciche, tak różne od dawnych religijnych fanfar i uświęconej pewności siebie, zbyt wyraźnie zakrawającej o arogancję? A może zwyczajnie się boję, żeby tam zajrzeć, żeby zobaczyć więcej i bardziej… Medytuję, bo wierzę w to, co napisali w WK (zbyt wiele opisanych tam rzeczy okazało się prawdą, by nierozważnie ignorować tę książkę). Że to dobre narzędzie do budowania świadomej więzi z Bogiem. A ta jest mi niezbędna do dobrego życia, którego już zaznałam i nie chciałabym stracić. Nie chciałabym wracać do przeszłości.

Ktoś zapytał: co konkretnie mi daje ta cała medytacja. Bardzo sensowne pytanie. Jeśli już brać się za coś, co sporo kosztuje (a medytacja naprawdę sporo kosztuje, nie tylko wtedy, gdy patrzy się na nią z pierwszego brzegu, kiedy się jeszcze nawet nie zaczęło albo utrzymanie jako takiej koncentracji udaje się przez dwie sekundy, a dziesięć minut w ciszy i spokoju jest na oko wyczynem nieosiągalnym), jeśli podejmować wysiłek, to tylko gdy się opłaca. Warto wiedzieć: co ja z tego będę mieć! W jednej książce przeczytałam, że medytacja daje integralność i spokój, czyli harmonię i poczucie bezpieczeństwa (które wiele mają wspólnego z mitycznym niemal tworem – pogodą ducha). Integralność wewnętrzna, osobista, którą czasem nazywam „jednią”. Ale też jedność (integralność) ze światem. Czy to mam? No, nie są te stany mi obce. Miewałam je wcześniej, więc nie wiem, czy to miarodajne. Szczególnie, że jedno i drugie jest stopniowalne, ale zmierzyć tego nie umiem. Chyba za blisko jeszcze jestem, żeby zobaczyć i stwierdzić, co mam dzięki medytacji (choć w takich chwilach, zwłaszcza w zwątpieniu, że nie działa, przypomina mi się zdanie przyjaciela: A skąd wiesz, jak by było bez tego…). A może zwyczajnie za leniwa jestem, żeby się przyglądać. Zresztą, ten eksperyment nie miał takiego celu. Chciałam sprawdzić czy dam radę – dwa razy dziennie przez miesiąc znieść siebie w kompletnej ciszy i bezruchu. I tyle.


* Liczenie jakoś zawsze dodawało mi otuchy. Tak, wiem, że to zakrawa o natręctwo :-)

8 komentarzy:

  1. o tak, liczenie pomaga, ale potem ciężko przestać :)
    z perspektywy czasu narzuca mi się refleksja że medytacja,powodowała u mnie na pociąg do specyficznych lektur które to w okresach bezmedytacyjnych były zupełnie nie do strawienia np." Gra szklanych paciorków " Hessego, bądź Tao Kubusia Puchatka :)
    gratuluję wytrwałości i systematyczności,ja niestety na wyjeździe pozbawiony stołeczka i spokojnego kąta na chwilę odpuściłem :(
    ale pewnie tak miało być :))
    to byłem ja Arczi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mojej obecnej lektury w życiu nie czytałabym poza medytacją (nudą i religijnym żargonem zawiewa strasznie). A co do odpuszczania na chwilę – boję się wyjątków od reguły, bo znam siebie: skoro udało się z jednym wyjątkiem, to czemu nie miałoby się udać z następnym...? ;-) Zatem moja wytrwałość wynika raczej z ułatwiania sobie życia i niechęci do pokonywania usypanych własnoręcznie górek.
      Serdecznie Cię pozdrawiam, Arczi

      Usuń
  2. Brawo :) Jestem pełna podziwu dla wytrwałości i konsekwentnej realizacji. Ula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, to nie tak, Ula, nie napisałam tego dla braw :-) W normalnym świecie tysiące ludzi wykonuje setki czynności, podejmuje setki zobowiązań i wywiązuje się z nich, tak po prostu. Nikogo to nie dziwi. Owacji na stojąco brak. Chciałam sprawdzić, czy to jest możliwe, czy zdołam coś takiego zrobić. Opisanie eksperymentu było z jednej strony podyktowane ciekawością i chęcią dzielenia się (może komuś się to przyda…), ale z drugiej osobistym interesem – jeśli coś upubliczniłam, głupio się z tego nie wywiązać :-)

      Usuń
  3. A może chodzi nie o to, by złapać króliczka, ale by gonić go? Po prostu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewykluczone, że TEGO króliczka zwyczajnie NIE DA się złapać... :-)

      Usuń
  4. Po jakims dluzszym czasie od rozpoczecia medytacji poczulam w sobie jakby mocny slup,przy ktorym staje i ON mnie prostuje.To jakis rodzaj pewnosci, ze wszystko jest dokladnie tak jak ma byc i spokoj. To trudne do wyrazenia w slowach.Rozpoczelam medytacje wcale nie dlatego,ze taka jestem zdyscyplinowana,rozsadna i wogole.Z nudow,zeby zabic czas,a sprobuje co mi szkodzi,dzisiaj medytacja jest czescia mojego zycia,sprawia mi przyjemnosc,przynosi korzysci.Wsszystko co zrobilam do tej pory,zeby trzezwiec zaczynalo sie od postawienia pierwszego kroku.Pozwole sobie zacytowac moja sponsorke: to jak nauka obcego jezyka,trzeba powtarzac,powtarzac,powtarzac........pogody ducha Basia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic dodać, nic ująć, Basiu. Cieszę się, że nie miałam żadnych oczekiwań co do efektów tego eksperymentu z medytacją. Bo przez miesiąc naprawdę niewiele się zmieniło. No, trochę tak: jestem w stanie wytrzymać prawie 20 minut :-D Ale praktykowanie medytacji, podobnie jak zgłębianie obcego języka, gry na instrumencie, śpiewu, historii, jakiejkolwiek dziedziny, to nie jest zrobienie szalika na drutach. Robisz, robisz i… wreszcie zrobisz i możesz nosić, bo szalik skończony. Medytacja i nauka, zdaje się, nie ma końca...

      Usuń