środa, 24 lutego 2010

018. to magiczne słowo

Ogólnie jest źle. Od dłuższego czasu. Nie liczę, jak długo, bo i tak nie potrafię tego objąć, zawsze miałam z tym kłopot – czy coś trwa dzień czy miesiąc to dla mnie taka sama wieczność (zwłaszcza, gdy to „coś” jest bolesne albo w inny sposób trudne). Ale ten stan zahacza jeszcze o koniec roku. Próbuję nadać mu ramy, chociaż nazwać, jakoś określić. Wymyśliłam sobie, że kryzys, może nie demon południa (mam jeszcze trochę czasu), ale z pewnością większe przetasowanie osobowości. Jakoś przez ten czas nie przyszło mi do głowy słowo nawrót – „jakoś” przestałam go używać (że niby już z tego wyrosłam – ale czy z tych objawów można wyrosnąć?), nawet przed samą sobą. A przecież już początkujący trzeźwiejący alkoholik wszystkie te symptomy określiłby bezbłędnie. O ile, oczywiście, sam by nie tkwił w nich po uszy, bo wtedy nie ma mocnych, wszyscy ślepi.

*

Więc dobrze, całe moje rozedrganie było spowodowane relacją damsko-męską. Od tego się zaczęło. Niby wszystko fajnie, niby na początku cudownie i ufność, że wreszcie i do mnie los się uśmiechnął, że i mnie się uda. Być może ta wielka chęć i nadzieja spowodowały, że przegapiłam parę sygnałów. Nie, nie przegapiłam, nie chciałam i może nie umiałam ich właściwie odczytać. Bo nie potrafiłam na nie odpowiednio zareagować. Już wtedy wolałam moją ułudę niż znowu mało łaskawą rzeczywistość. Działo się coraz gorzej i we mnie coraz czarniej, smutniej, duszniej. Otwarły się po kolei wszystkie rany z dzieciństwa: oto na nowo stałam się kimś niewartościowym, mało istotnym, z kim nie trzeba się liczyć, kogo można oszukać, poużywać, a wreszcie wyrzucić.
Do tego koniec terapii – ponoć sukces i wszystko do przodu, ale przecież jej treści wciąż we mnie krążą, wciąż się dzieją. I jeszcze medytacje, które całkiem rozbiły i wcale nie złożyły. Posypała się moja i tak krucha relacja z Bogiem – już nic nie wiem, nawet boję się do Niego odzywać (się odzywam jeszcze, ale czuję ile w tym bałaganu, ile lęku). I jeszcze te ekscesy z alkoholem, dopuszczenie go tak blisko, tak niebezpiecznie, tak nierozważnie. Ostatnio zaczęłam identyfikować fizyczne odczucia, mocno zestrojone z emocjami, bardzo silne, bardzo nieprzyjemne; przypomniałam sobie, że z takim odczuciem w brzuchu szłam pić. Przez dziesięć lat nie widziałam tej korelacji, a zdarzało się przecież i to nierzadko, że ta czarna dziura się we mnie rozpychała. Tak, często ostatnio myślałam o piciu. I o śmierci.
Pojęcie „nawrót” zwykle mnie uspokajało – wiedziałam, co mam robić, jakie techniki zastosować, by się ratować. A teraz, ponieważ w ogóle nie padło, pogubiłam się, stanęłam w swojej bezradności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz