niedziela, 17 grudnia 2017

181. między idealizmem a obciachem



Jakiś czas temu natknęłam się na harcerski piosenko-teledysk. Patrzyłam, słuchałam, coś musiało mnie głęboko zahaczyć, bo nawet mój czuły detektor żenady nie był w stanie tego odłączyć. 
No więc, patrzyłam, słuchałam, mierzyłam się ze wspomnieniami. Miałam 15 lat. Dosyć późno zostałam harcerką. Nosiłam zbyt jasny mundur (nie mogłam w tym wieku chodzić przecież w ciemnoszarym, prosto ze Składnicy Harcerskiej, ale trochę przesadziłam z wybielinką). Jeździłam na biwaki. Oczywiście, że najsilniejszym magnezem byli harcerze – świetnie grali na gitarach i mieli błyszczące oczy. Stojąc w kręgu i trzymając ich dłonie, niekoniecznie myślałam o braterstwie. Ale potem coś mi przeskoczyło, zostałam zastępową. Skarbczyk zastępowego był moją biblią, a harcerki z zastępu niemal sensem życia (a na pewno czymś znacznie ważniejszym, niż półroczny sprawdzian z fizyki).
Chyba zawsze byłam idealistką. Z podciętymi skrzydłami. Moja prywatna „Niewidzialna ręka” skończyła się szlabanem i skargami sąsiadów. Komponowanie niezbędnego do przeżycia ekwipunku włóczykija – awanturą i remontem kuchni (coś z tym przepisem na chlebowe kostki smażone w głębokim tłuszczu było nie tak, moje wybuchały). Zapatrzenie w harcerskich idoli z hufca – gigantycznym rozczarowaniem (czyż spadkobiercy Zośki, Rudego i Niteczki mogli zniżyć się do poziomu magla, oplotkowując jawnie każdego, co w sąsiadującym z komendą moim namiocie było nie do ukrycia?).
To nic, w głębi duszy zawsze chciałam nieść ludziom światło (nawet jeśli w tym niewysłowionym  pragnieniu pobrzmiewały nuty młodzieńczej megalomanii). Może dlatego, gdy słyszę: „Róbmy razem dobre harcerstwo”, drapie mnie w gardle. Róbmy dobrą rodzinę, dobrą przyjaźń, dobre miejsce, dobre sąsiedztwo, dobre AA, dobrą Ziemię…

I chociaż mój czujnik żenady piszczy już dobrą chwilę, nie chcę, żeby ten tekst – jak kilka poprzednich – wylądował w koszu. Nawet jeśli znowu mnie poniosło i rzuciło na druty wysokiego C.

9 komentarzy:

  1. Wydawało mi się, że jeśli wszyscy będą tak jak ja zaangażowani, rzetelni, oddani sprawie (takiej czy innej), odpowiedzialni, rozsądni, to w naszej grupie/organizacji/paczce będzie super. To oczywiście były nierealistyczne oczekiwania, które kończyły się zawsze urazami, rozczarowaniami, złością, rezygnacją... Ostatecznie wymyśliłem, że niektórzy, choćby parunastu będą tacy, to... I znowu okazało się, że to są oczekiwania niezbyt realne. Więc co?! Oczekiwać i wymagać tylko i wyłącznie od siebie???

    A właściwie to... czemu nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewne są grupy, w których nasycenie "zaangażowanych" jest większe niż przeciętnie, ale i tak nie liczyłabym na szał aktywności. Taka rzeczywistość. Za szczęście uznałabym spotkanie w grupie jednej-dwóch podobnych osób, wtedy przyjemniej i ciekawiej robi się to wszystko, co i tak pewnie by się robiło.

      Usuń
    2. Rozmawiałem dziś z panią z wydawnictwa. Wydaje mi się, że 1-2 sztuki to też marzenia.

      Usuń
    3. Czyli w pojedynkę trzeba ciągnąć? W zasadzie żadna nowość… Dużo sił życzę. Ostatnio dociera do mnie, że faktycznie tylko to jest potrzebne (przy czym odkrywam też rozmaite przejawy siły: niekoniecznie kwestie fizyczne, ale inspiracja, satysfakcja, motywacja, świadomość itp.).

      Usuń
    4. Może niezupełnie tak. Ludzie pomogą - Kazik w czymś, Ziutek w czymś innym, a Zenia w jeszcze innym. Ale jeśli szukasz kogoś, kto pomoże we wszystkich sprawach i będzie, jak Ty, w nie zaangażowany, to... Nierealistyczne rojenia rodzą urazy, pretensje i żal.

      Usuń
  2. Skądś to znam - chciałam dobrze, a wyszło... jak zawsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale chodzi o te kostki chlebowe? ;-)

      Usuń
    2. Dawaj jakiś przepis na wybuchające. :-)

      Usuń
    3. Potrzebny pretekst do remontu? ;-)

      Usuń