sobota, 3 grudnia 2011

068. człowiek w zagrożeniu

Od kilku dni budzę się rano przerażona. Słowo „przygnębienie” już dawno straciło aktualność. Jeszcze z zamkniętymi oczyma wymacuję ręką rzeczywistość. I zastanawiam się: dlaczego właściwie jest mi tak podle. I czego tak się boję. W ciągu godziny, dwóch udaje mi się jakoś stanąć na nogi, choć panika i bezradność rzucają się na mnie jeszcze kilkakrotnie w ciągu dnia. Między atakami działam, zmuszam się do tego, może dlatego całkiem nie wariuję (tym razem to nie metafora), choć wolę nie myśleć, że taka choroba jest w zasięgu ręki (kto bierze pod uwagę, że rak płuc przydarzy się właśnie jemu, przecież palą miliony?).

*
Czytam Wielką Księgę (napisaną w 1939 roku przez współzałożyciela AA Billa Wilsona książkę o zdrowieniu z alkoholizmu; jej tytuł – Anonimowi Alkoholicy – posłużył za nazwę całego ruchu) i nie mogę się nadziwić, że opis totalnego bankructwa na każdym, ale najbardziej na duchowym i emocjonalnym poziomie, człowieka w czasie największego alkoholicznego kryzysu (tuż przed końcem picia – bo musi już przestać, inaczej umrze, zwariuje albo stoczy się na dno den – i tuż po zaprzestaniu) tak dokładnie pasuje do mojego stanu. Mojego stanu po ponad 12 latach od ostatniego kieliszka.

*
Rano pragnienie ulgi jest przepotężne. Nie żeby wycinający z rzeczywistości płyn, nie, dla mnie to już  za mało (na szczęście; podobnie myślę o innych odcinających czucie i myślenie substancjach i czynnościach). Ale żeby tak wdrapać się komuś na kolana, Tatusiowi jakiemuś, Bogu Staremu, którego tak właśnie kiedyś sobie wyobrażałam i traktowałam, wtulić się i zniknąć w bezpiecznych rodzicielskich ramionach, na jakiś czas się rozpłynąć… To też szybko mija – już wiem, że tymczasowa ulga nic nie zmieni. Może dlatego nie trwonię czasu i sił na poszukiwanie tanich rozwiązań. Tylko co teraz?
No więc czytam tę Wielką Księgę i co jakiś czas trafiam na zdanie, które daje mi nadzieję. I to wystarczy. Bo tam jest o tym wszystkim, co ja teraz czuję. I jak z tego wyjść. A ja muszę, bo inaczej… bo inaczej to wszytko nie ma sensu.

wtorek, 15 listopada 2011

067. jeszcze nie wiem, co się stało

Jeszcze nie wiem. Nawet faktów wszystkich nie ogarniam. To wiem, powiedzieli mi, że tak się zdarza, że nie jestem wyjątkowa. Ale mi przecież zdarzyło się pierwszy raz. Niech się pani cieszy, mogło być gorzej, mówią. A ja się nie cieszę, jeszcze nie czuję. Nie dotarło do mnie. Że żyję. Tamci żyją. Jest dobrze.

*
Tylu ludzi okazało mi dzisiaj pomoc, wsparcie, nawet obcy jacyś na tej ulicy, a co dopiero ci bliscy, co zostawili swoje sprawy i przyjechali. Tak chyba się robi, ja pewnie też… ale dziś widzę tylko, że oni, dla mnie.

*
Jeszcze nie wiem, po co to było. Może po nic, ale ja, po swojemu, doszukuję się sensu. Więcej pokory? Więcej wdzięczności? Mały prztyczek, tylko guz niewielki – niech się pani cieszy, mogło być… – żeby się ocknąć? Jeszcze nie wiem.

poniedziałek, 31 października 2011

066. wytarte słowo

Przyjaźń to chyba najbardziej nadużywane we Wspólnocie AA słowo. No bo przychodzi ktoś pierwszy raz i słyszy: witamy nowego przyjaciela. Każdy tu jest przyjacielem. I jak ktoś świeży się tak tego nasłucha, to… no, ja bym czemuś takiemu za grosz nie wierzyła. Tym bardziej, że trafiają do wspólnoty ludzie całkiem z wyższych uczuć (do których przyjaźń wszak należy) odarci, nie tylko dlatego, że przepili już wszystko, nawet większą część duszy; nie, tacy chyba coraz rzadziej trafiają prosto na mityng, wcześniej są jakieś inne „ostatnie deski ratunku”, państwowe odwykówki, szpitale, coś, co łapie takiego beznadziejnego pijaka za całkowite wycieńczenie organizmu, cukrzycę, co się kończy ucięciem nogi, rozwalone serce, nerki, wątrobę, trzustkę, za padaczkę, bezdomność. Bo przecież ci na ostatnich nogach na specjalną terapię sami nie pójdą. Przychodzą inni, co nie potracili wszystkiego, co udają, że się nie boją, że są górą. Tacy jeszcze myślący, że dużo mogą, że ciągle kontrolują, że oni to wiedzą, jak wygląda prawdziwe życie i na czym polega, i że nikt im takich głodnych kawałków o czymkolwiek bezinteresownym wstawiać nie będzie. I takiemu, gdy zarzucisz go od razu tą bezkresną przyjaźnią, natychmiast zapali się ostrzegawcze światełko, że to jakieś grube oszustwo albo sekta, albo banda świrów.

*
Gdy na mityngu pojawia się temat przyjaźni, to zwykle jakoś tak banalnie, tendencyjnie, że tylu miałem przyjaciół do kieliszka, jak stawiałem, byłem kimś, a bez kasy, to nawet pies z kulawą nogą, takie nasze nobody knows you when you’re down and out. Ale można pójść dalej, głębiej, przyjrzeć się własnym przekonaniom. No, bo kto to taki, ten przyjaciel? Czy musi spełnić jakieś horrendalne warunki, by mógł się szczycić tym mianem? Bo wiadomo, że to on musi zasłużyć. Tak słyszę. I sama myślę, kto zdołałby się na moje warunki załapać i jakie te warunki właściwie są? Wyłapuję coś najważniejszego, co kiedyś zawsze narażało mnie na ogromne rozczarowanie i porażkę. Bo według mnie – dawno temu – przyjaciel musiał być tylko mój, wyłączny musiał być. Należeć do mnie, po prostu. Takie niedojrzałe pojmowanie, przez długie lata nieweryfikowane. Wybaczalne, gdy jest się dzieckiem, później wywołujące niedowierzanie, politowanie i chęć ucieczki. Z czasem minęło. Przyjaźń dopuszcza innych. Przyjaźń potrzebuje oddechu, nie trzyma na sznurku. Mogę pół roku nie mieć kontaktu, gdy tak życie się ułoży, a potem jeden telefon i ten czas bez siebie jakby nie istniał, jakbyśmy rozmawiali wczoraj.

*
A wymagania? Że musi być lojalny, wierny, zawsze pomóc, zawsze być. Nigdy, przenigdy nie odwrócić się ode mnie, nie odebrać swoich uczuć. (To słyszę na mityngu, to – być może – myślę nawet sama). Jakie to niedojrzałe, ile w tym alkoholicznym pojmowaniu świata egoizmu i egocentryzmu, infantylnych oczekiwań, życiowej filozofii Kalego… Bo co, jeśli przyjaciel ma sprawy ważniejsze, naprawdę ważniejsze, albo zwyczajnie nie umie unieść moich? Przecież to nie relacja jednostronna, nie jestem tylko biorcą, na bycie jamochłonem jestem już zbyt dojrzała. Wystarczy mi więc tylko odwrócić ramię mikroskopu i wziąć pod lupę siebie. Przystawić do mnie samej te wszystkie wymagania – przecież dla mojego przyjaciela ja też mam być przyjaciółką. Jakoś te roszczenia topnieją i nagle chciałabym być potraktowana zwyczajnie, po ludzku. 

poniedziałek, 12 września 2011

065. głód piękna


Obudziłam się dziś – późno niemiłosiernie – z ogromną potrzebą piękna. Monumentalnego, wszechogarniającego, jednoznacznego. Po prostu musiałam popatrzeć na piękne rzeczy. Mój dom się nie nadaje na taki rodzaj patrzenia, nie dziś, zwłaszcza po ostatnim braku sprzątania i zadbania. Ja pragnę pałacu! Park może być. Jakiś duży park z kasztanami już lecącymi z drzew. Sztuka jakaś. Muzeum. Ale dom nie. Spróbowałam z albumami, lecz oglądanie pięknych zdjęć tylko pogłębiło to ssanie wewnątrz. Potrzebny mi żywy krajobraz i żywy człowiek do tego.
*
Było Frascati, były kasztany, i kawa, i człowiek. I choć bez pałaców, muzeów i sztuki, to jednak bardzo treściwie. Nakarmiona. Dobrze czasem oderwać się od siebie, zwłaszcza gdy nie potrafię dokopać się w sobie tego piękna. Podobno ono jest. W każdym. Szczerze w to wierzę, tylko nie zawsze potrafię zobaczyć.

czwartek, 8 września 2011

064. moje słodkie dno

Coś się dzieje, a ty nie wiesz dlaczego. Chcesz czegoś, a wychodzi zupełnie inaczej. Najpierw się złościsz, potem próbujesz różnych sztuczek, żeby jednak było po twojemu, na koniec wpadasz w rozpacz, bo nie jest. Zwykle to trwa bardzo długo. Rozwija się latami. Czasem odległość od początku do końca znacząco się skraca. Wszystko zależy od tego, jak bardzo ci po drodze z rzeczywistością. Jak bardzo chcesz i umiesz ją zobaczyć, i się na nią zgodzić.
Najgorszy (niby) jest upadek, ten moment, kiedy już wiesz, że z twoich wysiłków nic nie będzie, że to wszystko na nic – och, tak leciutko, prawie że elegancko, przy dobrym swingu i pysznej kawce z pianką, piszę o stanie, w którym gówno podchodzi ci pod nos i wlewa się do środka, bo w końcu musisz przecież zaczerpnąć powietrza. I ten potworny strach – co będzie, gdy… O stanie największego upodlenia, dna i syfu, kiedy myślisz, że można już tylko umrzeć. Ale jeśli w nim byłeś choć raz, dobrze wiesz, o jaki stan chodzi.
Napisałam „niby”. Bo? To moment i miejsce najgorsze z możliwych w tym czasie dla ciebie. Ale jeśli tylko zdołasz się odbić od dna (co tak naprawdę wymaga tylko, i aż, jednego – stwierdzenia, że już dłużej tak nie chcesz) nie tylko dno się skończy, ale ty poszybujesz wysoko. Bo po wypluciu gówna z ust wszystko staje się niewiarygodnie świeże.
*
Takich stanów miałam w życiu kilka. Nie wszystkie na jeden temat. Nie wszystkie przeżywałam z jednakowym natężeniem. Nie wszystkie były tego warte. Ostatni mi pokazał, że chyba umiem z nimi żyć. I, wiem, zabrzmi wariacko, że są moim błogosławieństwem. Gdyby nie one nie odbiłabym się, nie zaczęłabym żyć, tak naprawdę.
Leżę więc sobie, myślę, że jestem największą kretynką na świecie, że sama to wszystko sobie zorganizowałam, w środku jestem czarniejsza niż ta noc, boli potwornie, że moje pragnienia, a może tylko chcenia nic nie znaczą, nic z nich nie będzie, a moje starania są śmieszne i głupie. Zalewam się łzami i… błagam Boga, żeby mnie uratował, żeby coś z tym zrobił, bo ja już nie wiem, nie mogę, nie umiem, nie dam rady. Poddaję się.
Mija bezsenna noc, mija zamglony ponury poranek i dzień, i noc kolejna. Budzę się znowu i czuję, że to wszystko odeszło, że już nie chcę tych chceń, że mam spokój i ciszę w środku. Już wiem, że to nie koniec świata, bo takich końców świata przeżyłam przecież parę. Wiem jeszcze jedno, właśnie to odkryłam, a może tylko sobie przypomniałam: po stracie zostaje wspaniała przestrzeń, miejsce do wypełnienia (niektórzy nazywają je pustką, ale to tylko prowadzi do użalania się) i ogromna porcja energii (pozostałość po staraniach, uganianiu się za…) i to jest wielka szansa, której nie mam zamiaru przepuścić.

wtorek, 2 sierpnia 2011

063. nie puszczę cię aż do śmierci


O wewnętrznym spokoju. Jest, gdy żadne żrące oczekiwanie nie drażni trującym oparem śluzówki wyściełającej moje ego. Gdy bezpańskie, lecz uzurpujące sobie wiele, przekonania nie przekonają mnie, że jestem szafarzem racji. Że ona istnieje. Spokój (idealny) jest wtedy, gdy puszczam wszystko i wszystkich wolno. Gdy nic mnie nie wiąże. Jak to, nic? A przyjaźń, a miłość?
To nie miłość ma moc spajanie i stapiania w jedno. Nawet ta największa i najprawdziwsza (jeśli istnieje, jeśli jest możliwa). Tylko poczucie krzywdy. Jeśli kogoś prawdziwie, szczerze kocham, kocham go w wolności: daję mu wolność, pozwalam być sobą, pozwalam mu odejść nawet. I nic nie boli. Niczego nie chcę. Wszystko przyjmuję. Idę dalej. Żyję dalej. Ale jeśli ciągle coś uwiera, jeśli mam absurdalne poczucie krzywdy, bo… ktoś mnie po prostu nie kocha? Nie uwolnię się od niego, od jego cienia. I jego nie puszczę. Będziemy sczepieni niewidzialnie i nierozerwalnie. Dopóki nie pojawi się wybaczenie. Wszystkich nieistniejących w świadomości, niepodlegających racjonalnym ocenom uchybień i przewin. Potem będzie już dobrze.

czwartek, 21 lipca 2011

062. przewrażliwość


Jest w Sublokatorce Hanny Krall fragment, opowiedziany jej przez Kieślowskiego, o jego, hm… spotkaniu z zakonnikiem, który nie zdążył na pociąg. Fragment niespodziewanie mnie druzgocący (niespodziewanie? Czytam Krall i się nie spodziewam? Biedactwo…), w samym środku dnia, w samym środku pociągowego przedziału. Tak nie można.
Reżyser stał w wagonie, a peronem biegł zdyszany zakonnik, w brązowym habicie i w chwili gdy dopadł pociągu, zatrzasnęły się przed nim drzwi. Pociąg nie ruszał, więc jeszcze przez parę sekund patrzyli na siebie i Mój Reżyser widział bladą twarz zakonnika, który bezradnie dotykał drzwi rękami. To wszystko. Nic się specjalnie nie działo – jakiś zakonnik nie zdążył na pociąg, ale w Reżyserze, który patrzył na niego, obudził się ból tak straszny, że kiedykolwiek później chciał określić inne, zbliżone uczucie – żalu, litości, nie wiadomo nawet, jak to nazwać – musiał już zawsze odwoływać się do tamtego strasznego bólu, który czuł patrząc na twarz zakonnika za oknem.
Nie mogę dłużej patrzeć na tę scenę, nie pozwalam sobie wejść w głowę zakonnika, głębiej, pod jego zdumienie, pod ledwie rodzący się zawód, bo przecież był tuż, tuż, i że ten pociąg jeszcze, i on jeszcze mógł. Nie mogę, boję się, że tego nie udźwignę. I wcale nie chodzi o przypadkową widownię z mojego przedziału pociągu relacji Warszawa – Kraków. Nie tak bardzo chodzi. Boję się poczuć jego ból. Bo potrafię. Potrafię nieprawdziwie (co jest o wiele gorsze), bo mój ból może być dużo większy, niż jego. Bo może on – w tym prawdziwym świecie – umiał poradzić sobie z tą niesprawiedliwością. Ja nie umiem. Z dokonaną na mnie bym sobie poradziła (jakoś, w końcu, chyba) – nauczona tak czy inaczej. Na nim – nie potrafię.
*
Wiem, trudno zrozumieć to komuś, komu nie rozdziera się w środku wyjąca otchłań na widok starych ludzi, którzy coś jeszcze próbują, pracować, dźwigać, chodzić, być; albo kogoś, kto tęskni bezgłośnie i marnieje; albo takiego, co nagle poczuł całą swoją bezsilność i nie wie, co dalej, bo sobie nie umie wyobrazić, bo zawsze coś mógł, myślał, że może. Próbowałam kiedyś dotrzeć, na zimno, na rozum rozsądny i logiczny, skąd taki ból (strach, że kiedyś sama będę tak nieporadnie próbować jeszcze czepiać się życia? że będę tak tęsknić? że taka bezradność?), ale odpowiedzi zadowalającej nie mam. Ten ból, który przecież zdarza się innym, u mnie jest tylko cieniem, odbiciem, to nie jest po prostu empatia, nie zwykłe ludzkie współczucie. To jakaś okropna nadwrażliwość. Przewrażliwość jedna! No bo czy taki ból patrzenia ma jakiś sens? Czy ma jakiś cel, do tego? Pisał kiedyś Kofta: oby nam dane było najwięcej, otwarte oczy i czułe serce i jeszcze: jest frasobliwa radość istnienia, kto nie przeżywa świata nie zmienia ale czy to jest odpowiedź? Znieczulanie – chemią albo cynizmem – jest za mało skuteczne, bo tego widzenia nie da się wyłączyć raz na zawsze, jest silniejsze, jest naturą. Można jeszcze zostać poetą, choć to mała pociecha.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...