poniedziałek, 12 września 2011

065. głód piękna


Obudziłam się dziś – późno niemiłosiernie – z ogromną potrzebą piękna. Monumentalnego, wszechogarniającego, jednoznacznego. Po prostu musiałam popatrzeć na piękne rzeczy. Mój dom się nie nadaje na taki rodzaj patrzenia, nie dziś, zwłaszcza po ostatnim braku sprzątania i zadbania. Ja pragnę pałacu! Park może być. Jakiś duży park z kasztanami już lecącymi z drzew. Sztuka jakaś. Muzeum. Ale dom nie. Spróbowałam z albumami, lecz oglądanie pięknych zdjęć tylko pogłębiło to ssanie wewnątrz. Potrzebny mi żywy krajobraz i żywy człowiek do tego.
*
Było Frascati, były kasztany, i kawa, i człowiek. I choć bez pałaców, muzeów i sztuki, to jednak bardzo treściwie. Nakarmiona. Dobrze czasem oderwać się od siebie, zwłaszcza gdy nie potrafię dokopać się w sobie tego piękna. Podobno ono jest. W każdym. Szczerze w to wierzę, tylko nie zawsze potrafię zobaczyć.

czwartek, 8 września 2011

064. moje słodkie dno

Coś się dzieje, a ty nie wiesz dlaczego. Chcesz czegoś, a wychodzi zupełnie inaczej. Najpierw się złościsz, potem próbujesz różnych sztuczek, żeby jednak było po twojemu, na koniec wpadasz w rozpacz, bo nie jest. Zwykle to trwa bardzo długo. Rozwija się latami. Czasem odległość od początku do końca znacząco się skraca. Wszystko zależy od tego, jak bardzo ci po drodze z rzeczywistością. Jak bardzo chcesz i umiesz ją zobaczyć, i się na nią zgodzić.
Najgorszy (niby) jest upadek, ten moment, kiedy już wiesz, że z twoich wysiłków nic nie będzie, że to wszystko na nic – och, tak leciutko, prawie że elegancko, przy dobrym swingu i pysznej kawce z pianką, piszę o stanie, w którym gówno podchodzi ci pod nos i wlewa się do środka, bo w końcu musisz przecież zaczerpnąć powietrza. I ten potworny strach – co będzie, gdy… O stanie największego upodlenia, dna i syfu, kiedy myślisz, że można już tylko umrzeć. Ale jeśli w nim byłeś choć raz, dobrze wiesz, o jaki stan chodzi.
Napisałam „niby”. Bo? To moment i miejsce najgorsze z możliwych w tym czasie dla ciebie. Ale jeśli tylko zdołasz się odbić od dna (co tak naprawdę wymaga tylko, i aż, jednego – stwierdzenia, że już dłużej tak nie chcesz) nie tylko dno się skończy, ale ty poszybujesz wysoko. Bo po wypluciu gówna z ust wszystko staje się niewiarygodnie świeże.
*
Takich stanów miałam w życiu kilka. Nie wszystkie na jeden temat. Nie wszystkie przeżywałam z jednakowym natężeniem. Nie wszystkie były tego warte. Ostatni mi pokazał, że chyba umiem z nimi żyć. I, wiem, zabrzmi wariacko, że są moim błogosławieństwem. Gdyby nie one nie odbiłabym się, nie zaczęłabym żyć, tak naprawdę.
Leżę więc sobie, myślę, że jestem największą kretynką na świecie, że sama to wszystko sobie zorganizowałam, w środku jestem czarniejsza niż ta noc, boli potwornie, że moje pragnienia, a może tylko chcenia nic nie znaczą, nic z nich nie będzie, a moje starania są śmieszne i głupie. Zalewam się łzami i… błagam Boga, żeby mnie uratował, żeby coś z tym zrobił, bo ja już nie wiem, nie mogę, nie umiem, nie dam rady. Poddaję się.
Mija bezsenna noc, mija zamglony ponury poranek i dzień, i noc kolejna. Budzę się znowu i czuję, że to wszystko odeszło, że już nie chcę tych chceń, że mam spokój i ciszę w środku. Już wiem, że to nie koniec świata, bo takich końców świata przeżyłam przecież parę. Wiem jeszcze jedno, właśnie to odkryłam, a może tylko sobie przypomniałam: po stracie zostaje wspaniała przestrzeń, miejsce do wypełnienia (niektórzy nazywają je pustką, ale to tylko prowadzi do użalania się) i ogromna porcja energii (pozostałość po staraniach, uganianiu się za…) i to jest wielka szansa, której nie mam zamiaru przepuścić.

wtorek, 2 sierpnia 2011

063. nie puszczę cię aż do śmierci


O wewnętrznym spokoju. Jest, gdy żadne żrące oczekiwanie nie drażni trującym oparem śluzówki wyściełającej moje ego. Gdy bezpańskie, lecz uzurpujące sobie wiele, przekonania nie przekonają mnie, że jestem szafarzem racji. Że ona istnieje. Spokój (idealny) jest wtedy, gdy puszczam wszystko i wszystkich wolno. Gdy nic mnie nie wiąże. Jak to, nic? A przyjaźń, a miłość?
To nie miłość ma moc spajanie i stapiania w jedno. Nawet ta największa i najprawdziwsza (jeśli istnieje, jeśli jest możliwa). Tylko poczucie krzywdy. Jeśli kogoś prawdziwie, szczerze kocham, kocham go w wolności: daję mu wolność, pozwalam być sobą, pozwalam mu odejść nawet. I nic nie boli. Niczego nie chcę. Wszystko przyjmuję. Idę dalej. Żyję dalej. Ale jeśli ciągle coś uwiera, jeśli mam absurdalne poczucie krzywdy, bo… ktoś mnie po prostu nie kocha? Nie uwolnię się od niego, od jego cienia. I jego nie puszczę. Będziemy sczepieni niewidzialnie i nierozerwalnie. Dopóki nie pojawi się wybaczenie. Wszystkich nieistniejących w świadomości, niepodlegających racjonalnym ocenom uchybień i przewin. Potem będzie już dobrze.

czwartek, 21 lipca 2011

062. przewrażliwość


Jest w Sublokatorce Hanny Krall fragment, opowiedziany jej przez Kieślowskiego, o jego, hm… spotkaniu z zakonnikiem, który nie zdążył na pociąg. Fragment niespodziewanie mnie druzgocący (niespodziewanie? Czytam Krall i się nie spodziewam? Biedactwo…), w samym środku dnia, w samym środku pociągowego przedziału. Tak nie można.
Reżyser stał w wagonie, a peronem biegł zdyszany zakonnik, w brązowym habicie i w chwili gdy dopadł pociągu, zatrzasnęły się przed nim drzwi. Pociąg nie ruszał, więc jeszcze przez parę sekund patrzyli na siebie i Mój Reżyser widział bladą twarz zakonnika, który bezradnie dotykał drzwi rękami. To wszystko. Nic się specjalnie nie działo – jakiś zakonnik nie zdążył na pociąg, ale w Reżyserze, który patrzył na niego, obudził się ból tak straszny, że kiedykolwiek później chciał określić inne, zbliżone uczucie – żalu, litości, nie wiadomo nawet, jak to nazwać – musiał już zawsze odwoływać się do tamtego strasznego bólu, który czuł patrząc na twarz zakonnika za oknem.
Nie mogę dłużej patrzeć na tę scenę, nie pozwalam sobie wejść w głowę zakonnika, głębiej, pod jego zdumienie, pod ledwie rodzący się zawód, bo przecież był tuż, tuż, i że ten pociąg jeszcze, i on jeszcze mógł. Nie mogę, boję się, że tego nie udźwignę. I wcale nie chodzi o przypadkową widownię z mojego przedziału pociągu relacji Warszawa – Kraków. Nie tak bardzo chodzi. Boję się poczuć jego ból. Bo potrafię. Potrafię nieprawdziwie (co jest o wiele gorsze), bo mój ból może być dużo większy, niż jego. Bo może on – w tym prawdziwym świecie – umiał poradzić sobie z tą niesprawiedliwością. Ja nie umiem. Z dokonaną na mnie bym sobie poradziła (jakoś, w końcu, chyba) – nauczona tak czy inaczej. Na nim – nie potrafię.
*
Wiem, trudno zrozumieć to komuś, komu nie rozdziera się w środku wyjąca otchłań na widok starych ludzi, którzy coś jeszcze próbują, pracować, dźwigać, chodzić, być; albo kogoś, kto tęskni bezgłośnie i marnieje; albo takiego, co nagle poczuł całą swoją bezsilność i nie wie, co dalej, bo sobie nie umie wyobrazić, bo zawsze coś mógł, myślał, że może. Próbowałam kiedyś dotrzeć, na zimno, na rozum rozsądny i logiczny, skąd taki ból (strach, że kiedyś sama będę tak nieporadnie próbować jeszcze czepiać się życia? że będę tak tęsknić? że taka bezradność?), ale odpowiedzi zadowalającej nie mam. Ten ból, który przecież zdarza się innym, u mnie jest tylko cieniem, odbiciem, to nie jest po prostu empatia, nie zwykłe ludzkie współczucie. To jakaś okropna nadwrażliwość. Przewrażliwość jedna! No bo czy taki ból patrzenia ma jakiś sens? Czy ma jakiś cel, do tego? Pisał kiedyś Kofta: oby nam dane było najwięcej, otwarte oczy i czułe serce i jeszcze: jest frasobliwa radość istnienia, kto nie przeżywa świata nie zmienia ale czy to jest odpowiedź? Znieczulanie – chemią albo cynizmem – jest za mało skuteczne, bo tego widzenia nie da się wyłączyć raz na zawsze, jest silniejsze, jest naturą. Można jeszcze zostać poetą, choć to mała pociecha.

czwartek, 30 czerwca 2011

061. list pożegnalny

Zauważyłam w statystykach mojego bloga, że sporo ludzi trafia tu szukając… szablonu czy wzoru pożegnalnego listu do alkoholu. Ja wiem, że my ludzie, a tym bardziej my – alkoholicy, jesteśmy leniwi do szpiku kości, ale jaki sens ma odpisywanie tej pracy domowej? Spojrzałam do statystyk właśnie dziś, po rozmowie z moją sponsorką, która, tak, właśnie dziś, zadała mi taki list. Przecież mogę go „zgapić”. Nie będzie nawet kradzieży dóbr intelektualnych, bo to moje własne dobro (choć nie jestem pewna, czy tamta ja, sprzed niemal 12 lat, to ciągle ja), ale ten pomysł wydaje mi się idiotyczny. Ja przede wszystkim jestem ciekawa, co dziś mam mu do powiedzenia na do widzenia.  Mu – znowu personifikacja. Ale obędzie się tym razem bez tanich chwytów i efekciarstwa, bez emocjonalnej epilepsji.

piątek, 10 czerwca 2011

060. małe kłamstewka


Zbierają się latami. Odkładają, rosną w sterty i hałdy. Nie tykane, nie wietrzone, niezauważane  – przecież są takie małe, takie niewinne… Kłamstwo lub podłość wielkiego kalibru strasznie uwiera, choćby tylko dla własnego komfortu i spokoju trzeba się z nim rozprawić. Ale małe niewinne kłamstewka? Nawet nie kłamstewka przecież, ot, przemilczenia, małe przebarwienia rzeczywistości, niezrozumienie tematu…

*

Nie wynikały z celowego ordynarnego mijania się z prawdą, z chęci zatajenia czegoś. Nie, były jedynie systematycznym, metodycznym wręcz przetrącaniem definicji, myleniem pojęć. Przy okazji niezwykle skutecznym, misternie zawoalowanym mechanizmem obronnym. Czy umyślnym? Na poziomie świadomości nie miałam takiej intencji. Ja – ta codzienna, zdrowiejąca, mocno stąpająca po gruncie teraźniejszości (albo choć próbująca się do tej wizji zbliżyć) – nie wiedziałam, bo nie chciałam wiedzieć, że to robię. Wolałam się za bardzo nie wgłębiać w pojęcia, które nagle zaczęły mnie dotyczyć. Stworzyłam własne ich definicje (oparte na stereotypach, wykoślawionych, niesprawdzonych informacjach, plotkach, braku wiedzy, czyli po prostu ignorancji) – bezpieczne dla mnie zakłamanej i dla mojej choroby zakłamania – i przez lata ich się trzymałam. „Trzymałam się” to mało precyzyjny opis. Ja do nich w ogóle nie zaglądałam, nie wietrzyłam przekonań, nie weryfikowałam. Bo i po co? Żeby odkryć coś dla mnie niewygodnego? Coś, co może zacząć uwierać moją dobrze odżywioną tożsamość świetnie trzeźwiejącej alkoholiczki (jeśli już musiałam mieć przylepione do siebie słowo „alkoholiczka”, to tylko osłodzone jakimś wzorowym epitetem).Sporo przekonań na temat mojego picia odkłamałam dosyć szybko, w pierwszych tygodniach i miesiącach niepicia. Ale kilka czekało na sprostowanie wiele lat.

*

Pierwsze małe kłamstewko. Nie wynosiłam z domu. Wynoszenie z domu łączyło się dla mnie z następującym obrazkiem: sprzęt grający, biżuteria zastawione w lombardzie, książki oddane do antykwariatu, cenne przedmioty wysprzedawane po to, by mieć pieniądze na alkohol. To oczywiste, że nie mogę się z tym identyfikować. Koniec, kropka! Ale nie przyszło mi do głowy, że kupowanie sobie drinków za jedyne dostępne pieniądze – które zarabiał mój mąż – jest… tak, właśnie tym. Pomniejszaniem domowego budżetu. Czyli okradaniem najbliższych. A moje pierwsze zarobione pieniądze? Uznałam, że są moje właśnie i mogę z nimi robić co chcę. Mogę je przepić. Tych nie musiałam wynosić, bo ich do domu nawet nie przynosiłam. Więc chyba się nie liczy?Drugie małe kłamstewko. Nie piłam alkoholi niekonsumpcyjnych. Naturalnie, że nie! Wody brzozowej, denaturatu czy płynu Borygo nie miałam nigdy w ręku. Cóż za pomysł, żeby zadawać mi takie pytanie. Mi! Nie budziło za to moich zastrzeżeń to, że tak chętnie brałam się za wzmacnianie organizmu Biovitalem (który nie wiedzieć czemu serwowałam sobie zawsze w kieliszku do likieru) albo że buteleczka Neospasminy (ulubionej od dzieciństwa i zażywanej obficie) starczała mi na dwa „użycia”, rzecz jasna bez konsultacji z lekarzem. W dalszej kolejności jest bimber (odpowiednio doprawiony smakował prawie jak winiak, no, w każdym razie na pewnym etapie „prawie” nie robiło specjalnej różnicy). Można się oczywiście upierać, że syropy są przecież przeznaczone do spożycia. Tak, ale jako leki, w ściśle określonych – i przepisanych! – dawkach.Trzecie małe kłamstewko. Nie piłam ciągami. Cóż to jest ciąg, cug, korek, kocioł? To wielodniowe patologiczne picie, od rana do wieczora, a właściwie od świtu do świtu, bez przerw, bez powrotów do domu. Przepraszam bardzo, do takich rzeczy proszę mnie nie mieszać! To, że każdego wieczoru wypijam kilka lampek wina, ale przecież nie każdego się upijam, to że po „ciężkim wieczorze”, takim z gatunku już nigdy więcej nie wezmę alkoholu do ust, do obiadu wypijam ożywcze, orzeźwiające piwo, to chyba jeszcze nie tragedia? Jaki to ciąg? Nie docierało do mnie, że każda definicja ma wersję minimum, w tym przypadku chodzi o codzienne przyjmowanie dawki alkoholu. Przyjmowałam? Przyjmowałam!Czwarte małe kłamstewko. Nie piłam w miejscach, które uważałam za nieodpowiednie dla mnie i z ludźmi, z którymi w innym wypadku nigdy bym nie utrzymywała relacji. Och, oczywiście, że piłam, ale nie dlatego, że musiałam. To był mój wybór. Bo ja robiłam taki eksperyment! Ja – kobieta nowoczesna, wykształcona, feministka i buntowniczka mogę robić co chcę, gdzie chcę i z kim chcę. Miałam taki kaprys, żeby wejść do jakiejś spelunki. To była ciekawość człowieka poszukującego… takie zbieranie materiałów. Z pewnością nie miało wiele wspólnego z tym, że w okolicy nie było innego lokalu o nieco wyższym standardzie obsługi, że akurat na droższy lokal niekoniecznie starczyłoby funduszy albo że z jakiegoś powodu bałam się do tego „lepszego” wejść (a z mordowni mnie chyba nie wyproszą?)Wylazły na powierzchnię w idealnym momencie – gdy Pierwszy Krok zaczął mi się nieznacznie zacierać. Gdy zaczęłam gubić granice, być może szykować się na dopuszczenie jakichś wątpliwości i głupich nadziei, że może ja jednak więc zobaczyłam, że jednak nie.


poniedziałek, 30 maja 2011

059. spotkanie z pustką


Weszłam dziś wieczorem do galerii handlowej. Co za brak roztropności! Galerie handlowe są straszne – w godzinach szczytu oblepiają hałaśliwym szumem i bezładnym kategorycznym pośpiechem. Ale w niedzielę tuż przed zamknięciem jest jeszcze gorzej – zieje z nich jakaś przeraźliwa pustka i smutek. Wyludnione udziwnione korytarze i klatki ze szkła i stali działają na mnie jak wrak kosmicznego statku – czuję, że coś się w nich czai, coś niepokojącego. Nie potrzeba mi nawet kapiącej wody, snującej się pary i dźwięku jakiegoś niezidentyfikowanego oddechu. Napięcie i tak podąża za mną.
*
Szłam więc, prawie biegłam, przez wyludnione, częściowo wygaszone jarzeniowe tunele, próbując udawać, że wszystko jest ze mną ok., że nic złego się nie dzieje, niczego nie zauważam i że płacz wcale nie podchodzi mi do gardła. I nagle usłyszałam ten głos, a może raczej poczułam go gdzieś w trzewiach. Zawołała mnie moja dobra znajoma – czarna dziura. Moja rozpacz. Jeszcze próbowałam się ratować, szukać racjonalnych wytłumaczeń, wybiec stamtąd, gdzieś dzwonić. Jedyny telefon pozostał głuchy na moją rozpaczliwą pustkę.
Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, myślałam, bardzo w to wierzyłam, że jest jedna taka rzecz, która może mnie uratować, nie tylko pocieszyć. Znałam nawet adres. Ale dziś już wiem, że nie ma pomocy. Że nikt i nic. Tylko ja i ona. Jestem na nią skazana. A może – jesteśmy na siebie skazane?
*
Nie mam już dokąd uciekać, już to sprawdziłam, nie działa. Zabrałam więc moją smutną pustkę, zapakowałam do samochodu i przywiozłam do domu. Posiedzimy sobie we dwie, pogapimy się na jakiś film, może zrobię jej herbatę. Czy nie o to jej właśnie chodziło? Bo już mnie tak nie szarpie od środka.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...