czwartek, 26 listopada 2009

003. amok koma

Objawy: najpierw nie możesz się doczekać, kiedy już będziesz mógł się położyć, myślisz o tym kilka razy w ciągu dnia; potem przeciągasz moment wstania z łóżka do granic bezpieczeństwa (tylko etatowy reżim ratuje cię przed spaniem do południa, ale i tak zaczynasz się spóźniać); nawet gdy się już obudzisz, leżysz dalej, zaciskając mocno powieki, zakrywając głowę kołdrą, próbując uczepić się jakiegoś wątku ze snu albo marzenia. Drugi etap bardziej obezwładnia. Już nie tylko wyjesz o łóżko, o możliwość zakopania się w pościeli. Robisz to przy każdej okazji, a nawet bez niej – gdy siadasz z gazetą czy książką już po chwili zapadasz w niespokojną drzemkę; potem książkę traktujesz jako alibi albo rekwizyt uruchamiający. Wreszcie, przestajesz się silić na próby ukrycia się za książką czy czymkolwiek, nawet nie przychodzi ci do głowy, że można inaczej spędzić czas. Nie chcesz inaczej spędzać czasu. Nie chcesz w ogóle spędzać czasu. Chcesz go zabić. Przespać to, przeczekać, obudzić się, kiedy będzie już po wszystkim.
Czasem zaczyna się efektownie, jakąś tragedią, znacznie częściej wystarczy jednak jedno trudne zdarzenie, choć może być i błahe, tyle tylko, że wieńczy kilogramy innych błahych. Albo banalne znużenie czy znudzenie życiem, samotność, lęk – nie przed czymś potwornym, gorzej – przed codziennością, przed telefonem, tramwajem, zakupami, wymyśleniem czegoś na obiad, ludźmi.
Kilka razy w życiu popadłam w sen. Nie zimowy. Ucieczkowy. Najbardziej spektakularna, najbardziej pamiętna śpiączka zdarzyła mi się na trzecim roku studiów (rzuciłam je wtedy). Co było jej katalizatorem? Chyba nieudany romans, ale przecież przyczyna była dużo głębsza – ja. Ten wielki bałagan w środku. Ból, gniew, smutek, poczucie krzywdy, winy, nieadekwatności, gorszości kotłowały się we mnie, podlewane coraz obficiej winem. Co pamiętam z tamtego czasu? Jak siadałam z książką – konieczną lekturą na zajęcia – i co jakiś czas (kwadrans, pół godziny) przebudzałam się na chwilkę, by znów zapaść w mglistą watę niby niebycia. Mijały godziny. Wytrącał mnie obowiązek – odebranie dziecka z przedszkola. Ale potem znów nieprzytomność. Byłam właściwie bez kontaktu z rzeczywistością, z domownikami. Przez pół roku chyba się nie uśmiechałam (na kilku zdjęciach z tamtego czasu zmuszam się do czegoś, co miało przypominać uśmiech, by nie łamać, tak do końca, serc tym, którym na mnie albo tylko na mojej domowej sprawności zależało). Wzięłam urlop dziekański, który się nigdy nie skończył. Przestałam wychodzić, przestałam rozmawiać, przestałam być. Nigdy nie nazwałam tego depresją.
Ratunek, czyli wyjście, a może raczej wyssanie się z tego stanu, nie był wcale ratunkiem. Przynajmniej z krótkiej późniejszej perspektywy. Znalazłam go w knajpach, na nowych studiach, z nowymi znajomymi, nową tożsamością, nowym drugim życiem. Zaczęło się dziać i wirować. Bezpieczną przystań łóżka zastąpił alkohol. Tak pięknie zagłuszał ból i strach, a do tego, przynajmniej na początku, dawał niewiarygodną energię. Nakręcał. Wreszcie przekręcił sprężynę.
Dziś też chciałam zasnąć na długo. Przespać rok, siedem lat… Na szczęście od pragnienia ucieczki większe jest pragnienie życia. Jutro będzie lepiej. Albo pojutrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz