niedziela, 29 listopada 2009

004. cały ten coming out

Dobrze jest komuś powiedzieć. Nie zostawia się furtek ucieczki przy pierwszym kryzysie w  racjonalizację czy inne zakłamanie w stylu: to chyba było chwilowe, jednak poradzę sobie z piciem, potrafię nad tym zapanować. Jasne określenie się zwiększa też poczucie bezpieczeństwa – po moim alkoholowym wyjściu z szafy nikt z przyjaciół nie częstował mnie już winem, ze stołu podczas rodzinnych uroczystości zniknęły butelki, przestali się obrażać za nieprzyjęte zaproszenia na wesela, sylwestry, fety. Niektórzy nawet na swój sposób mnie chronili.
Ale nie było mi łatwo. Bo „alkoholiczka” to był dla mnie wyrok. Szkarłatna litera.
Pierwszy mityng AA. Przedstawiają się po kolei: Marian, alkoholik, Bogdan, alkoholik, mam na imię Irena, jestem alkoholiczką. Wybrałam najbardziej znienawidzoną formę mojego imienia i dodałam, że mam problem z alkoholem. Zabrzmiało idiotycznie, ale nie byłam w stanie się przełamać, chciałam zachować twarz, jakoś wypaść. A ta forma imienia? Hm, pragnęłam się od tego epitetu – alkoholiczka – odciąć, przykleić go, jeśli już muszę, do innej, jak najbardziej odległej ode mnie tożsamości.
Pierwszą osobą, której powiedziałam o moim uzależnieniu był chłopak z tego samego osiedla. Chyba był mną zainteresowany, ale ja wcześniej nie miałam zamiaru zadawać się z kimś takim. Sam pił i był w tym piciu okropny. Był gorszy. A ja kogoś takiego potrzebowałam. Pozwoliłam sobie na tę znajomość. Powiedziałam mu. Przyniosło wielką ulgę.
Z innymi – przyjaciółmi, rodziną – było trudniej. Jak miałam im spojrzeć w twarz, z takim piętnem? Wszyscy doskonale wiedzieli i widzieli, co się ze mną działo, co wyprawiałam pod wpływem alkoholu, ale teraz powiedzieć to słowo? Wtajemniczałam wybranych. Niektórzy sprawę bagatelizowali, ale bez wyjątku przyjęli wyznanie dobrze. Ci, którym naprawdę na mnie zależało, gratulowali i trzymali kciuki.
Z upływającymi miesiącami, mityngami i terapiami byłam coraz bardziej oswojona z tą moją nową tożsamością, stawałam w prawdzie coraz odważniej, dziś sądzę, że może nawet za odważnie i za często. Że czasem to nie było konieczne, że mogło być w tym wyznaniu sporo pychy, jakiś przewrotny podszept diabła: tak, jestem właśnie taka! Nie było w tym akceptacji choroby, siebie takiej, jaka się stałam. A raczej, jaką się odkryłam (jaką mnie odkryli).
Po kilku latach niepicia otwierałam się bardziej rozważnie. Tam, gdzie nie było zagrożenia milczałam: w pracy, na wyjazdach wakacyjnych z nowymi ludźmi. Otwierałam się tylko przed kimś już bliskim, zaprzyjaźnionym i tylko wtedy, gdy zapytał. Wypadałam z rytmu tylko w nietypowych sytuacjach. Kiedyś mi na kimś mocno zależało. Powiedziałam właściwie od razu, przy pierwszej w miarę intymnej okazji. Chyba niepotrzebnie. Ale tak mi to ciążyło, że chciałam mieć z głowy. W sytuacjach międzypłciowych gubiłam się na każdym kroku, więc wszystko chciałam mieć już z głowy.
Dziś nie mówię nawet, gdy ktoś nachalnie pyta o powód mojego niepicia. Zwłaszcza wtedy nie mówię. I wiem, że jeśli się przed kimś teraz odkryję, na pewno nie będą to słowa: alkoholiczka, uzależniona. Ludzie, nawet zdawałoby się światli i wykształceni, nie wiedzą, co to znaczy. Bo mają swoją wizję alkoholika. Nawet u lekarza spotykałam się z zatrważającą ignorancją. Albo niedowierzaniem. Nie chcę budzić popłochu czy niezdrowej ciekawości wśród znajomych, którzy nagle odkryją moją inność (choć przecież to nic nadzwyczajnego). Zdanie: szkodziło mi, więc postanowiłam nie pić jest dla nich bardziej do przełknięcia. A u mnie nie zmienia niczego, bo ja wiem, kim jestem. Nikt, poza mną samą, nie musi pilnować mojego niepicia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz