niedziela, 13 grudnia 2009

005. wybieram pogodę

Dzisiejszy dzień musiałam rozpocząć od walki. Z samą sobą. Z tym kawałkiem w środku mnie, który chciał mi zmarnować niedzielę, przygnębić, wewnętrznie skatować. Trochę mu się nawet udało – dwie godziny siłowałam się ze wstaniem, kotłowałam z negatywnymi myślami, walczyłam z poczuciem gorszości, nieadekwatności; trzecia, już po wstępnej decyzji, że jednak się postaram, by to był dobry dzień, zeszła na rozdrapywaniu, przeciąganiu na jedną bądź drugą stronę – ale wciąż bardziej tę szarą, zimną, mokrą.
Ale teraz już koniec. A właściwie początek – tego dobrego, jasnego i pogodnego.
Zwykle robię to tak:
Łapię się, tuż po przebudzeniu, że coś jest nie tak, że ponuro, że w środku niewygodnie z samą sobą. Pierwszy włącza się nawyk – wchłaniam tę ponurość i niewygodę, a raczej daję się wchłonąć jej. Odpowiednio wciągnięta zahaczam o użalanie się (jest w tym jakaś przewrotna słodycz; wtedy nie widzę, jakie to żałosne). Jeśli szczęśliwie mam coś do zrobienia (praca!), biorę się (bo muszę) szybko w garść i działam. A działanie, choćby banalnie codzienne, bardzo pomaga we wzięciu się w garść na dłużej. Dużo gorzej, jeśli to się zdarza w wolny poranek, wtedy tylko walka i tłumaczenie, a najczęściej jedno i drugie.
Potem próbuję się jakoś umościć w tej niewygodzie, przyjrzeć się, czego dotyczy i czy jest na temat i z sensem. I jeśli tylko uda mi się złapać odrobinę dystansu, okazuje się, że cała ta niewygoda to jakiś wymysł. Bo przecież ja jestem adekwatna i na miejscu i wystarczająca, a nawet bardziej. Muszę sobie to tylko przypomnieć, opowiedzieć, przytulić się do siebie i… wziąć się za życie. Czasem wzmacniam tę decyzję i ledwie co kiełkującą pogodę ulubioną muzyką, przeznaczoną właśnie na takie okazje – działa zawsze, po to zresztą jest przygotowana (może nawet po to Wynton ją nagrał?). I robię dla siebie coś dobrego, zwracam się do siebie ciepło i z miłością.
Kiedyś tego nie umiałam. Przede wszystkim nie wiedziałam, że moja pogoda zależy ode mnie, a nie od tego, co za oknem i z czym się akurat obudziłam. Nie przychodziło mi do głowy, że to ja decyduję o moim nastroju, o moim patrzeniu na świat. Że to ja zakładam okulary.
Dziś wybrałam pogodę. Mimo wszystko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz