czwartek, 5 sierpnia 2010

034. żal po stracie


Pamiętam przedostatnie zadanie na terapii – każdy miał takie samo: pożegnalny list do alkoholu. Wyszedł… piękny! Mój terapeuta aż poprosił o kopię, żeby mieć jako przykład dla kolejnych pokoleń alkoholików, którzy chcą, albo tylko tak im się wydaje, skończyć z piciem. Mogłam być z siebie dumna – wzorowa uczennica. Myślę, że był efekciarski i pretensjonalny, a pomysł z personifikacją – alkohol w roli toksycznego kochanka – był wyjątkowo banalny. Bo chwyciwszy się najoczywistszej w moim wypadku drogi ucieczki postanowiłam sprawić sobie literacką frajdę. Nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę. Przyznam, że ten list mnie samą wzruszył do drżenia, ale ile było w nim prawdy? Prawdą była z pewnością siła emocji – to były same emocje. Na pewno był skuteczny (bardziej jako symbol, akt magiczny, niż faktyczny), choć wymuszony, bo zadany. Nigdy później z niczym i z nikim się w taki sposób nie żegnałam. Szłam na żywioł i to było… straszne. Znam wszystkie etapy żałoby, teoretycznie przerabiałam je kilka razy, praktycznie – kilkadziesiąt. Mój żal po stracie najlepszej w tamtym czasie podpory był mało przytomny – działo się zbyt wiele, zbyt szybko, przy naprawdę niewielkim udziale mojej świadomości – mało co z tamtych uczuć, stanów i zdarzeń łączyłam z odstawieniem ukochanej trucizny. Później też wolałam żyć trochę poza jaźnią, przynajmniej w tych najtrudniejszych kwestiach, które wymagały wzięcia odpowiedzialności za własne zachowanie. Z dużym zdziwieniem przyjęłam całkowity rozstrój po śmierci człowieka – nikogo bliskiego, zdawałoby się – tylko dlaczego myślałam, że ktoś mi umarł? Dlaczego przez długie miesiące ta śmierć wyskakiwała ze mnie nagle, jakby bez mojej zgody, w neutralnych rozmowach, czemu nie mogłam powstrzymać płaczu?
A ileż było żałobnych łez po oczekiwaniach, niespełnionych uczuciach, po przyjaźniach, miłościach i niby-miłościach, po przywiązaniach i iluzjach… Po przedmiotach, sytuacjach, ludziach.
Żałoba może i nie poddaje się matematycznej precyzji, ale działa za to ze śmiertelną konsekwencją. Przewleka cię przez wszystkie stany: szok i otępienie, zaprzeczanie i złość, tęsknotę, nadzieję, rozpacz, bezradność, ale zawsze odstawia na metę i zwraca cię życiu.
*
Wiele razy słyszałam od przyjaciół alkoholików naznaczoną lekkim zdziwieniem relację ze stanu żałoby (tej wywołanej śmiercią kogoś bliskiego albo odkryciem własnej śmiertelnej choroby), a raczej jej początku, z samego jądra katastrofy: że nawet przez moment nie pomyśleli o swoim najskuteczniejszym kiedyś pocieszycielu. A to zdziwienie płynie chyba z konfrontacji z nieprawomyślnymi fantazjami, które z tragedii, nim stała się faktem, czyniły oczywiste i całkowicie uprawomocnione alibi – przecież w takiej sytuacji każdy by się napił. I mnie zdarzyło się pławić w oparach podobnych marzeń. Tylko że dziś wiem, a wiedza ta płynie z samych trzewi (teraz! kto wie, co może zdarzyć się w moim umyśle, i „trzewiach”, w innej sytuacji, i kto by marnował energię na domysły?), iż może być tak źle, że myśl o uldze płynącej palącą strugą przez gardło wyda się żałosna, bo nic nie będzie w stanie ugasić bólu. Wódka jako remedium wywoła gorzki śmiech. I wiem też, że bez względu na nasycenie czerni wokół, świat nie tylko trwa (w biernym oczekiwaniu), ale toczy się dalej, w swoim zawrotnym tempie. Bo to widzę.

wtorek, 20 lipca 2010

033. ściąga


Tym razem było o fałszywej dumie. Chciałabym umieć opisać to wszystko, co się zdarzyło, tę falę szczerości, takiej najprostszej, do bólu, a przy tym wcale niewysilonej, niezawstydzającej. Zwyczajnej i dobrej. Tyle że nie potrafię tak prosto. Jeszcze dziś nie potrafię. Wychodzi pretensjonalnie. Podkreśliło mi się tylko w głowie to, co siedzi w niej od jakiegoś czasu: Kim jestem, że mam prawo żądać, oczekiwać, mieć roszczenia? Kim jestem? Takich pępków świata są miliardy. Cała ziemia jest nimi obstawiona. Skąd pomysł, że ktoś coś mi ma albo powinien…
(Piszę to i od razu wpadam w popłoch: przecież cel terapii był taki, że jednak mam czegoś oczekiwać, nie godzić się na traktowanie, które mi nie odpowiada, na ochłapy; a może chodziło tylko o to, żeby patrzeć realistycznie i nie skręcać się z nieszczęścia, nie próbować uszarpać czegoś od kogoś, kto sam nie ma albo z różnych powodów nie chce się dzielić?)
…a może mylę moje prawdziwe potrzeby z oczekiwaniami innych, z jakimiś wymaganiami, normami, z tym co należy, co się powinno, co wypada, co się nie godzi. Ponieważ sama tego nie wiem – skąd miałabym wiedzieć, nikt mnie nie nauczył – opieram się na cudzej opinii. Ale skąd pewność, że oni mają rację? Próbowałam pójść na łatwiznę i odpisać pracę domową. I nie chodzi o to, żeby nie przyglądać się innym, wręcz przeciwnie, tylko w taki sposób się nauczę. Problem w tym, że zrzynałam nie od najlepszych uczniów, tylko od mi podobnych. Albo myliłam strony i spisywałam nie to zadanie. W pośpiechu, lęku, zagubieniu łatwo było o pomyłkę. W największych emocjach działałam na oślep. Tak, miałam przymus działania właśnie wtedy, kiedy najlepszym rozwiązaniem było przeczekanie, wyciszenie i spokojne przyjrzenie się sytuacji. Teraz mam czas na analizę, ale czy następnym razem zadziałam właściwie? Nie wiem, jednak każdy kolejny raz to nowa szansa na najlepszą dla mnie reakcję.

wtorek, 13 lipca 2010

032. pokora jest taka prosta


Wczoraj mityng o pokorze. Intensywny. Poruszający. Padały słowa, których jeszcze kilka dni temu nie rozumiałabym tak dobrze, może przepłynęłyby tylko. Pokora to akceptacja tego, co się dzieje. Rozpacz jest chyba krańcowym wyrazem pychy (och, tak, wiem – jak można jeszcze bardziej dokopywać złamanemu człowiekowi, jak można być tak podłym, by w depresji widzieć ucieczkę, czyli wybór samego chorego…). Nie jest to bunt w czystej postaci, to coś gorszego. Bunt wprost wyrażony zakłada choć minimalną odpowiedzialność, rozpacz – nie. Rozpacz odżegnuje się od niej: ktoś mi to zrobił, świat mi to zrobił, Bóg mi to zrobił…
No więc dobrze, pierwszy raz w życiu świadomie zrezygnowałam z rozpaczy. Wzięłam odpowiedzialność. Tak, to ja. Zrobiłam to sobie sama. Nawet wiem jak i dlaczego. Choć kiedy się działo nie widziałam. I dobrze, że stało się coś, co mnie zatrzymało i zmusiło do spojrzenia na to, co robię, i czy to jest to, czego chcę. I czego ja właściwie chcę. Ponieważ dopiero od niedawna, mimo, co by nie mówić, zaawansowanego wieku, przeżywam pewne rzeczy i sytuacje naprawdę świadomie, ta zadziałała na mnie dobitnie. I wiem, że pewnych błędów już nie popełnię.
Akceptuję moją lekcję.
*
Pokora to prawda o sobie samym. Wstyd, który towarzyszy całe życie. Najpierw, że wszyscy wiedzą, czyją jestem córką, potem, że dowiedzą się, jaka jestem naprawdę, ilu rzeczy nie wiem, nie umiem, że nie jestem w stanie nic zapamiętać, że to, co myślę, co mam w głowie jest takie miałkie. A gdy się dowiedzą – przecież nikt nie chciałby się zadawać z kimś takim. I mimo że minęło tyle lat, tyle pracy, że tyle się wyprostowało i unormalniło, wstyd ciągle umie rozłożyć mnie na łopatki. Więc zamiast powiedzieć co czuję, myślę i dlaczego, co mnie ukształtowało, oddalam się, żeby uniknąć zdemaskowania. Zamiast pokazać, jak bardzo mi zależy, robię wszystko, żeby nikt się nie domyślił. Zamiast dawać, jak tego pragnę, chowam do środka, bo konfrontacja z odrzuceniem daru (choć bardziej z fantazją o odepchnięciu) jest zbyt straszna.
W tym miejscu pokory brak. Jeszcze. Ale coraz bardziej prawda ciśnie mi się na usta i choć boję się strasznie, jednocześnie nie mogę się doczekać wypowiedzenia tego wszystkiego. I uwolnienia.

poniedziałek, 5 lipca 2010

031. ciągnie mnie


Śmierć we mnie jest tak silna… Już nawet nie mami jakimiś wizjami, kolorowymi płatkami, po prostu gwałtem wciąga. Każe mamrotać te okropne słowa, budzące najgłębszą trwogę deklaracje, od których rozum nagle otrzeźwiały natychmiast się odżegnuje. Ale po stronie życia nie stoi już – jak dawniej – Malutka, radośnie (choć to chyba radość histeryczna, podszyta rozpaczą) rzucająca się na wszystko, co może ją przy życiu zatrzymać. (Co ona, biedulka, mogła wskórać? Zaledwie odroczenie.) Od jakiegoś czasu zastąpiła ją jakaś dorosła cząstka, strasznie wątła, cherlawa, wcale sobie nie radzi. Coś tam próbuje, jakieś negocjacje, jakieś logiczne argumenty, jakieś racjonalne racje. Ale słaba jeszcze, słabiutka. Tak, sama to widzę, napisałam „jeszcze”, jakby nagle zaświtała nadzieja, że ona taka słaba, bo to początek, że z czasem i kolejnymi próbami oparcia się mrokowi nabierze krzepy i doświadczenia, że będzie lepiej i lepiej. A w końcu pragnienie zniszczenia siebie zniknie, rozpuści się, odpłynie. Bo nie dam rady inaczej. Nie wytrzymam. Ktoś musi to zatrzymać.
*
Niesienie posłania zawsze mnie elektryzowało. Nie tylko mnie, przecież. To takie niesamowite móc komuś pokazać, otworzyć oczy, dać nowe życie. To tak wspaniale karmi ego. I tak boli, gdy ten ktoś nie chce/nie może skorzystać. Ale boli tylko wtedy, gdy działa pycha. Nie wiem dlaczego, lecz tym razem zaskoczyła zapadka z poczuciem, że to nie mój kawałek życia, że ja mam bardzo ograniczoną rolę, i przyjęłam to ze spokojem (może tylko lekki wewnętrzny – zwodniczy – uśmieszek pokazuje mi, że potrzebna większa pokora, bo co ja tam wiem…). Tak, to wspaniałe, coś komuś pokazać, a potem z boku widzieć, jak się zmaga i jak się heroicznie gramoli przez to życie. I niczego nie oczekiwać, tylko się cieszyć z tego, co jest.

piątek, 11 czerwca 2010

030. działam, bo działam

Taki dobry dzień. Niespodziewanie wolny od pracy – wyszedł jak sobota. Długie spanie – do wyspania; dużo energii, nawet do sprzątania – z biurka zniknęła okropna sterta papierzysk; pozałatwiane drobne sprawy – odgruzowuje się przestrzeń życiowa, przybywa miejsca na nowe wspaniałe rzeczy; czas i chęć na ćwiczenia bez pobłażania – wdzięczne ciało wyrzuca z głowy głupie myśli i pomysły. Szczęśliwa i zmęczona. I tyle dobrej energii, że nie mogę doczekać się jutra i tego, co przyniesie.

środa, 19 maja 2010

029. przedpokój


To uczucie znam od czasu, kiedy jego obecność nie była aż tak dojmująco deprymująca, kiedy jeszcze można je było jakoś przemycić przed surowym, wszystkowidzącym okiem rozsądku, wytłumaczyć młodym wiekiem, niedojrzałością, trudnym dzieciństwem czy zbyt wczesnym i bezpardonowym wpadnięciem w pułapkę dorosłości. Mimo że nawet wtedy sprawiało kłopot i było niczym zabiedzone czteroletnie dziecko sąsiadów przychodzące w odwiedziny zawsze w porze deseru – bez względu na rozmiar czasowych uników, niezależnie od zmiany czasu podawania pucharka lodów, kubka, znad którego unosi się słodka, kakaowa para, puszystej bezy czy truskawek ukrytych pod śnieżnobiałą powłoczką – wlepiające czarne, iskrzące w niemiłosiernie brudnej buzi oczęta w poobiedni przysmak i przełykające głośno ślinę. Choćbyś był największym skurwielem na świecie nie jesteś w stanie wyrzucić go z domu. Ale o kosztowaniu ulubionych łakoci możesz zapomnieć – gwarantuję, że nie przejdą ci przez gardło.
Było. Pojawiało się w najmniej odpowiedniej chwili. Wgryzało się w najbardziej niewygodny sposób w twoją codzienność. I w żaden sposób nie można było się go pozbyć. Kiedy masz siedemnaście lat i myślisz o swoim przyszłym życiu jak o wielkim worku pełnym bożonarodzeniowych prezentów, z których każdy ci się należy, bo to oczywiste, że na niego zasłużyłeś pracą, wytrwałością albo tym tylko, że istniejesz i ktoś chce sprawić ci przyjemność, to znaczy, że jesteś szczęśliwym młodym człowiekiem, wyposażonym przez los i rodziców we wszystko, co potrzebne, by sięgać po gwiazdy, wiszące na niebie bonusów do zgarnięcia dla tych, którzy zawsze, nawet bez wysiłku, osiągają to, co chcą. Może być też tak, że w ogóle nie myślisz o przyszłości albo widzisz ją tak czarną, że nie masz ochoty tam zaglądać. Cóż, nie zazdroszczę, bo i nie ma czego. Ale możesz, tak jak ja, być zwykłym na wpół dorosłym dzieciakiem, który myśli, że prawdziwe życie zacznie się dopiero za jakiś czas. Że teraz wciąż jeszcze trwa próba generalna. Że można pozwolić sobie na skuchy i błędy, bo to nie dzieje się naprawdę. Gorzej, gdy to samo odczucie nawiedza cię w dniu twoich dwudziestych piątych urodzin. Ale prawdziwy problem masz wtedy, gdy jako trzydziestoparolatek wciąż widzisz siebie w przedsionku, w jakimś pieprzonym przedpokoju życia. Co jakiś czas przyłapuję się na tym, że znowu tam tkwię, choć wiele miesięcy wcześniej wydawało mi się, że przekroczyłam już próg prawdziwego istnienia. Widocznie co jakiś czas dostaję silnego zawrotu głowy, który jednym zgrabnym kopniakiem powala mnie na kolana, przeczołguje po podłodze i podstępnie zamienia mi kierunki. I znów ląduję tam, skąd raptem przed chwilą ruszyłam. Znam już na pamięć wytartą bordową wykładzinę, która strzępi się żałośnie wyrwana spod listwy, obnażając brudnoróżowe płytki PCV. Poznaję enerdowską winylową tapetę w tandetne perłowe kwiaty, ozdobioną w rogu efektownym zaciekiem w kształcie atomowego grzyba. I drzwi jak do gabinetu dyrektora państwowego przedsiębiorstwa, obite napuchniętym wyciszającą gąbką brudnawym, matowym skajem. I koniecznie sztuczna trzykrotka smętnie zwisająca z drewnianej drabinki przymocowanej do ściany. Tadam! Witam w moim przedpokojowym królestwie.
*
Coraz częściej pojawia się ponaglająca myśl: nie mam już tyle czasu, co kiedyś; za chwilę może być już za późno na to, na czym mi najbardziej zależy. I co wtedy? Wystawić się na konfrontację z największym rozczarowaniem życia? Zawsze najbardziej bałam się tego, że coś mi przepadnie z mojej winy. Ta myśl, że oto właśnie przegapiam ten moment, była nieznośna. Dręczyła mnie do dna. Że oto ocknę się kiedyś w przyszłości-starości i zobaczę, że wszystko mi przepadło. Napięcie było tak duże, że nie byłam w stanie – choć chciałam przecież, bo dobrze wiedziałam, czym to grozi – zabrać się do roboty. Byłam sparaliżowana. Być może tym, że nie wiedziałam właściwie, czego chcę. Ale dziś myślę, że również brakiem akceptacji – że mogę czegoś nie osiągnąć. Dziś wiele rzeczy odpuściłam, już nie dręczą, już wiem, że nie muszę, że to nie było tak istotne, że niekoniecznie dla mnie. Są jednak jeszcze takie (chyba to szczęście, że są, to znaczy, że mam wciąż jakieś marzenia i ambicje), które nie dają spokojnie zapaść się w fotel. Dziś znowu spotkałam się z jedną z takich rzeczy, których pragnę, ale nie mam dość siły (odwagi, determinacji, wiary), żeby zacząć realizować, robię tylko jakieś śmieszne podchody, mamię nimi głównie samą siebie. Ale jak długo można się oszukiwać? Trochę za bardzo zaczęłam się szanować, żeby ciągnąć tę maskaradę. Poprosiłam więc o Boską interwencję – skoro sama nie daję rady, On musi pomóc. Jeśli tylko to ma sens, jeśli tylko to, czego chcę jest pragnieniem na moją miarę, a przecież On to wie, niech tak zorganizuje rzeczywistość, niech tak ją ułoży, żeby zaczęło się dziać. Ja sama już chyba nic nie jestem w stanie zrobić, mogę tylko czekać i obserwować. Cicho i uważnie.

niedziela, 16 maja 2010

028. życie na siłę


Pogubiłam się. Pisanie stało się żmudne. Myślenie nabrało nieznośnego ciężaru. Może zamiast silić się na oryginalność powinnam zamilknąć? A może zamiast milczeć lepiej wszystko uprościć. Włożyć wysiłek w stworzenie czytelnego komunikatu. Nabrać pokory. Patrzeć uważnie, mówić prosto i szczerze, odpuścić sobie efekciarskie zagrywki. Chciałabym opisać swój dzień, ale to będzie takie nudne. Chciałabym, żeby to coś wnosiło, ale nie mam takiej wiary. Właściwie najbardziej sensowne byłoby pisać o Programie, tyle że utknęłam na mieliźnie, nie chce mi się do pewnych spraw wracać, odkrywać na nowo, choć przecież wiem, że za każdym razem czyta się inaczej, bo z innego miejsca.
Znużenie, wypalenie, pustka. Najwięksi wrogowie dobrego życia. Walczę z nimi od dłuższego czasu. Zwykle mają przewagę. Nie rozumiem, skąd się biorą – mam wszystko, co jest mi potrzebne do szczęścia. Może jednak nie wszystko, może zgubiłam coś i nawet nie zauważyłam. Nic dziwnego, było nie tylko niewidzialne, ale i nie bardzo wygodne. Tyle że jedyny ratunek to znowu podnieść i nieść dalej. Inaczej się nie da. Z życiem jest jak z treningiem albo rehabilitacją – musisz krok za krokiem przekraczać siebie, pluć na ból, zmęczenie, niechęć, na niby logiczne myśli: po cholerę się tak męczę? Tylko wtedy coś osiągniesz. Przez większą część dnia (tygodnia, miesiąca) muszę się zmuszać. Gdy się dobrze rozbujam, w nagrodę udaje mi się zrobić coś bez wysiłku, a nawet mieć satysfakcję, i to z najprostszej rzeczy. I dzieje się tak, jak z zakochaniem – gdy kogoś kochasz robisz dla niego rozmaite rzeczy, tylko po to, żeby sprawić mu przyjemność. I nie ma mowy o poświęceniu. Możliwość sprawienia mu radości daje i tobie wielką przyjemność (kto wie, czy nie większą). Czasem udawało mi się zakochać w życiu, wierzę, że ten stan jest ciągle do osiągnięcia. Gdybym przestała wierzyć…

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...