poniedziałek, 17 sierpnia 2015

158. dwanaście kroków instant – 6



Średni z tego wyszedł instant, ale może kiedyś odparuję bardziej…

*

Dawno temu, jeszcze po pijaku (a nawet jeśli bez alko, to z pijanym myśleniem, więc jakby po pijaku) trudne sprawy załatwiałam w specyficzny sposób. Na przykład, gdy kogoś ewidentnie skrzywdziłam. Tak skrzywdziłam, że nie dało się już udawać, wyprodukować jakiejś urazy, zracjonalizować albo w ogóle uznać, że on/ona skrzywdzili mnie bardziej, więc właściwie ten mój postępek, to prawie nic. Robiłam wtedy coś, do czego bardzo wstyd mi się dzisiaj przyznać, ale wierzę, że moje doświadczenie może się komuś przydać – może nie będzie musiał popełniać moich błędów. Mój egoistyczny i egocentryczny (dodałabym z łatwością jeszcze ze dwie, trzy wady) modus operandi polegał na tym, że kiedy już wykonałam akt krzywdy, chwilę (godzinę, dzień, miesiąc) później zrozumiałam, że konsekwencji nie da się uniknąć, że bardzo prawdopodobnie wstrętna prawda o moim postępku wyjdzie na jaw, stawiałam się przed skrzywdzoną przeze mnie osobą i… przyznawałam się! Ze łzami, z autentycznym przejęciem i żalem, z miną zbitego psa, który wie, że pogryzł najlepszego buta swojej pani. To był nie lada gest odwagi! Tak mogło by się wydawać. Ale prawda jest zupełnie inna. Nie dość, że nie kierowała mną odwaga, tylko jej negatyw – ordynarne tchórzostwo – to jeszcze ta skrucha była obliczona na konkretny efekt. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko jedno – naprawdę nie robiłam tego na zimno i z wyrachowania, zacierając tłuste łapki, że moja ofiara się nabierze. Nic z tych rzeczy. Nie byłam do końca świadoma moich intencji i motywów. Było to, jak mówią, działanie celowe, lecz nieświadome. Robiłam to, bo miałam potworne wyrzuty sumienia, bo faktycznie bardzo się bałam – że się wyda, że konsekwencje będą, nie wiem jakie, ale może właśnie to było najgorsze, lepiej już pójść na czołówkę, byle nie czekać w niecierpliwym strachu na moją kolej w sądzie.
Dlatego przyznałam się przyjaciółce, że po pijaku wygadałam jej sekret innej przyjaciółce (rozważania na temat jakości mojej ówczesnej „przyjaźni” może litościwie odłożę na inny raz), bo wolałam nie czekać na moment, w którym dowie się tego z całkiem innych, może obcych i niechętnych ust.
A moje poruszenie, łzy, skrucha? Na pewno ich nie odgrywałam jak w teatrze, to były prawdziwe emocje. Tyle że… Będę teraz bezlitośnie (wobec siebie) uczciwa – te emocje dotyczyły czegoś całkiem innego. Ja nie płakałam nad krzywdą poszkodowanych przeze mnie osób. Ja płakałam nad sobą! A jaki efekt osiągałam? Moja przyjaciółka (jej przyjaźń była najprawdopodobniej znacznie wyższej próby niż moja) przejęła się mną! Zamiast się wściec, powiedzieć parę mocnych słów, może i ograniczyć naszą relację – co mi się przecież należało i na co zasłużyłam na sto procent – zaczęła mnie pocieszać, minimalizować krzywdę, wmawiać nam obu, że to nie moja wina, zabijać własne poczucie krzywdy (realne, nie urojone!).
Ten przydługo – jak na wstęp – malowany obrazek był mi potrzebny do zilustrowania jednej ważnej rzeczy: jako alkoholiczka i wytrawna manipulantka umiałam „przepraszać”. 9 Krok zaś nie może z takim czymś mieć nic wspólnego! Próba takich „zadośćuczynień” jest kolejną krzywdą! Wiem, co mówię, bo i takie pomysły mam niestety na swoim koncie, gdy próbowałam robić Program po swojemu, na własną rękę i pijaną wciąż, mimo że bez alkoholu, głowę.

Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych.



Krok 9 jest dla ofiar, nie dla katów. To osoby z mojej listy mają poczuć się lepiej, a nie ja. Moja ulga jest sprawą drugorzędną, efektem ubocznym. Jeśli głównym motywem moich działań jest pragnienie ulgi, pozbycia się wyrzutów sumienia – warto raz jeszcze się zastanowić, czy mam właściwe nastawienie i prawdziwą gotowość.
Gotowość – z 8 Kroku – oznacza, że wiem co, jak i kiedy zrobić. Mimo że większość rozmów i tak przebiegnie inaczej, niż się spodziewam, warto się do nich przygotować, bo samo stanięcie przed kimś, kogo najprawdopodobniej unikałam, a na pewno nie poruszałam tych drażliwych tematów, jest trudne i wywołuje silne emocje, mogę się „zaciąć” albo w ogóle stwierdzić, że nie tym razem… To, co może się znaleźć w takiej rozmowie, to: wiem, co ci zrobiłam(to i to); nie zasłużyłeś na to, to nie była twoja wina; to się więcej nie powtórzy (jeśli nie mam stałego kontaktu z tą osobą albo rzecz dotyczy spraw niepowtarzalnych, pomijam oczywiście tę kwestię); jak mogę naprawić wyrządzone szkody
Zadośćuczynienie to nie są przeprosiny! Przeprosić mogę kogoś, komu wylałam kompot na obrus. Ale Wielka Księga radzi też unikania drugiej skrajności. Ja osobiście nie klękam i nie próbuję wymusić wybaczenia – obydwie te czynności uważam za co najmniej szantaż emocjonalny, a do tego coś, co stawia osobę, która przecież ma lepiej się poczuć w kłopotliwym położeniu. A przecież przyszłam naprawić krzywdy, a nie dodać kolejne! 
Zadośćuczyniać mam osobiście, a więc twarzą w twarz, bez pośredników. List czy telefon to wyjątkowe rozwiązania w bardzo wyjątkowych sytuacjach (np. osoba z listy mieszka na drugim końcu świata). Nie robię też działań zamiennych – jeśli nie mogę komuś oddać 100 zł, to wrzucenie ich do puszki na ofiary nie rozwiązuje sprawy; jeśli nie mogę się spotkać się ze zgwałconą kobietą to symboliczne przeproszenie jakichś innych kobiet jest, moim zdaniem, nieporozumieniem. Dlaczego? Wystarczy postawić pytanie: dla kogo to było? Przecież człowiek, któremu ukradłam lub nie oddałam 100 zł nadal nie ma tych pieniędzy, nie mówiąc o wyjaśnieniu, przeprosinach, zgwałcona kobieta nadal nosi w sobie ból, strach, upokorzenie! A więc to nie było dla ofiary, tylko dla mojego lepszego samopoczucia, dla poprawienia sobie bilansu emocjonalnego.
Nie jestem w stanie zadośćuczynić osobom nieznanym i nieżyjącym – nie spotkam ich. 
Pewnych krzywd nie da się w ogóle zadośćuczynić. I muszę z nimi żyć, nieść ciężar ich konsekwencji. To nie oznacza, że jestem „zwolniona” ze spotkania i konfrontacji z osobą, którą skrzywdziłam. Ja tylko nigdy nie będę w stanie tego naprawić. I o tym też mam powiedzieć. 



* Jak przy wszystkich poprzednich Krokach instant oraz pozostałych wpisach dotyczących Programu AA - prezentuję wyłącznie moje przemyślenia, oparte o własne doświadczenia podczas realizacji Programu ze sponsorem, a nie oficjalną wykładnię AA.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

157. dwanaście kroków instant - 5

Był czas – dawne dzieje – gdy postanowiłam ruszyć wreszcie te kroki, bo chyba po coś je ci Anonimowi Alkoholicy napisali. Oczywiście, ruszyć samodzielnie. Bo jak inaczej? Kto niby jest mądrzejszy ode mnie? Krok 8 wydawał mi się dość prosty: ot, lista osób. Drugiej części, po „i”, jakbym nie widziała. Na pewno jej nie rozumiałam. Albo inaczej – rozumiałam ją po swojemu, co było jeszcze gorsze! Dziś jestem przekonana, że lista zrobiona z biegu, wyrwana z kontekstu całego Programu AA, będzie niepełna i zafałszowana. Wiem, bo to przerabiałam. Do jej zrobienia potrzebna jest samoświadomość (Kroki 4 i 6), natchnienie i otwarcie się na pomoc Siły Wyższej (Kroki 2 i 3) oraz pomoc sponsora (szczególnie w kontekście moich pomysłów na zadośćuczynienie).

Zrobiliśmy listę wszystkich osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim.


Listę sporządzam na piśmie – z głowy tak łatwo mogą ulecieć co kłopotliwsze przypadki. A może te drobiazgi, mało ważne? Mam zresztą już bazę – tabelę krzywd z 4 Kroku. Na liście umieszczam wszystkie osoby, które skrzywdziłam w całym moim życiu. Nie mogę się ograniczyć do okresu picia, bo to byłby obraz mocno zafałszowany – większa część listy to krzywdy z czasów, gdy nie piłam jeszcze bądź już. Lista zawierać ma też konkretny rodzaj krzywdy, a także mój pomysł na zadośćuczynienie – oczywiście, do zweryfikowania i poddania osobie skrzywdzonej. Bo to ona zadecyduje o tym, co jest odpowiednim zadośćuczynieniem (pora rozstać się z pomysłem, że ja wiem najlepiej, również w temacie uczuć i odczuć innych ludzi). Moją gotowość – czyli przekonanie, że skrzywdzonym osobom coś się ode mnie należy – zaznaczam, dookreślając termin – bo gotowość lubi się utleniać. Z tego też powodu nie powinnam zwlekać, tylko przejść do konkretnej realizacji naprawienia wyrządzonych krzywd.   

poniedziałek, 13 lipca 2015

156. dwanaście kroków instant - 4

Oto kroki, które mi uświadomiły, kim naprawdę jestem i co mogę. Piąty Krok był w pewien sposób łatwy – dotyczył przeszłości, którą bardzo potrzebowałam uporządkować. Ale nagle okazało się, że ja w teraźniejszości też wymagam uporządkowania, po to choćby, żeby za jakiś czas nie musieć powtarzać inwentury i kolejnego wyznania istoty moich błędów.  Świetne, trudne kroki, które z jednej strony budują mój charakter, z drugiej – nie pozwalają odlecieć w pychę. Mechanizm samoregulujący działa z odroczeniem, ale jest niezawodny (ile upokorzeń muszę sobie zafundować zanim spokornieję?). 

Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru.

Mam przed sobą całą listę moich wad i wypaczeń, które odkryłam w kroku IV i wyznałam w V. Większość z nich mnie zasmuca i nie chcę nimi więcej krzywdzić innych i siebie. Co mogę zrobić, żeby zbudować gotowość i pragnąć pozbyć się wszystkich wad, a nie tylko tych, które teraz mi przeszkadzają? Żeby zobaczyć wady takimi, jakie są, w prawdzie, by nie chcieć zostawić już żadnej z nich, nie chcieć ich używać? Mogę powiększać moją świadomość, odpowiadając na pytania: w jaki sposób tą wadą krzywdzę, jakie straty ponoszę ja i inni z faktu, że jej używam? Ale też: jakie mam korzyści – trudniej mi będzie zapanować nad sobą, jeśli nie będę świadoma, kiedy i z jakiego powodu/po co korzystam z jakiejś wady. A także – co mogę zrobić, jakie konkretnie stosować metody, żeby nie używać wad. 

Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki.


Wykonałam i wykonuję moją część zadania – czyli staram się nie używać wad – ale wciąż skazy charakteru tkwią w mojej „torbie podręcznej”. Nad wieloma, mimo starań, nie udaje mi się zapanować. To nie ja zlikwiduję moje wady, choć tylko ja mogę przestać ich używać, tylko ja mogę zacząć być porządnym człowiekiem. Do likwidowania, a więc usuwania wad z „torby podręcznej” potrzebna jest Siła potężniejsza niż moja własna – Bóg. Muszę się jednak do Niego zwrócić w pokorze, czyli ze świadomością własnych ograniczeń. Widzieć, czego już sama nie zrobię, gdzie jest granica. I pogodzić się z tym. Poprosić o pomoc to znaczy: nie wysługiwać się. Swoją część – to co naprawdę jestem w stanie – muszę wykonać uczciwie.  


wtorek, 7 lipca 2015

155. 12 Kroków od dna. Sponsorowanie


Mam duży szacunek, a przy okazji sentyment do Meszugowego ujęcia alkoholizmu i Programu 12 Kroków AA (choć dziś już wiem, że to nie jest Program ani ujęcie Meszuge, to po prostu Program AA). Dlatego, że uratowało mi życie. Gdy po 11 latach trzeźwości (hm…) w AA sądziłam, że wiem już wszystko i niestety to wszystko nie działało, a więc nie było dla mnie ratunku, natknęłam się na jego teksty. Nadzieja znowu we mnie wstąpiła… Ale nie tylko z powodów sentymentalnych uważam, że 12 Kroków od dna. Sponsorowanie to ważna książka.


Wydawnictwo WAM, Kraków, czerwiec 2015
Moja przygoda z Meszuge zaczęła się ponad pięć lat temu. Od dwóch lat prowadziłam blog i chciałam sprawdzić, jak robią to inni i czy ja mogę to robić lepiej. Tak naprawdę, prawdę odartą do gołej kości, chciałam znaleźć potwierdzenie, że nikt nie robi tego tak dobrze jak ja (mój egocentryzm buzował jeszcze bez opamiętania). Póki szukałam pobieżnie, trafiałam na jakieś fiu bździu z alkoholem w tytule i faktycznie przekonanie o własnej wspaniałości rosło. Któregoś dnia jednak grzebnęłam głębiej w sieci i natknęłam się na stronę-studnię. Wpadłam w nią na jakieś trzy dni. Czytałam, chłonęłam, z wypiekami na twarzy, pół na pół zazdrości i ogromnej ciekawości. Zazdrościłam, że można o alkoholizmie pisać tak dużo, rzetelnie, interesująco. Ciekawość związana była z zawartością i jakością tych wpisów – nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim ujęciem alkoholizmu! Byłam pod ogromnym wrażeniem. Coś we mnie mocno tąpnęło i wiedziałam, że nie mogę tego puścić. Choć nie miałam pojęcia, że to zdarzenie odmieni moje życie.

*

Książka 12 Kroków od dna. Sponsorowanie. (Wydanie poprawione i rozszerzone. Wydawnictwo WAM, 2015) pojawiła się w dobrym momencie. Wprawdzie od wydania pierwszych 12 Kroków od dna minęły zaledwie cztery lata, ale sytuacja w polskim AA zmieniła się tak dalece, że warto pewne informacje, przemyślenia i opisy skorygować, a inne dopowiedzieć. Wydanie jest rozszerzone o ponad 100 stron: rzut oka na Koncepcje AA i cały blok dotyczący sponsorowania. Również treść publikowana w pierwszej książce uzupełniona jest o dodatkowe przykłady.
O Programie AA mówi się coraz więcej. Nawet na mityngach. Nie, to nie pomyłka ani przejęzyczenie. Alkoholicy, którzy trafili do Wspólnoty AA rok temu i później mogą nie mieć świadomości (bo i skąd?), że mityngi w takim wydaniu jak dziś, na których mówi się o rozwiązaniu, dzieląc doświadczeniem, siłą i nadzieją płynącymi z życia na Programie AA, nie były sprawą powszechną. Program smutków i radości – jak najbardziej. Piciorysy i obryzgiwanie ścian posoką moralnego ekshibicjonizmu – jasne. Ale konkretne rozwiązania alkoholizmu – niekoniecznie. Zatem zmiana jest: coraz więcej mityngów polega na wspieraniu (realnym!) nowicjuszy i zapoznawaniu ich z tym, co AA ma najlepszego – rozwiązaniem alkoholizmu, coraz więcej jest alkoholików i alkoholiczek pracujących na Programie ze sponsorem. Coś, co jeszcze pięć lat temu brzmiało jak bajka o żelaznym wilku dziś jest faktem. Metod pracy na Programie jest wiele, bo sponsorowanie ruszyło w Polsce z impetem. Już są też pierwsze efekty, jak to w początkach każdego zjawiska, które bliższe jest rewolucji niż spokojnym, delikatnym zmianom – różne, miejscami niepokojące. Tym bardziej warto przeczytać, jak to widzą inni. I piszę to nie dlatego, że to właśnie Meszuge widzi (a ja już przyznałam się do pewnego sentymentu), ale dlatego, że słuchając trzeźwych, zdrowych alkoholików z różnych stron świata, z różnych szkół, słyszę bardzo podobne rzeczy. To potwierdza, że nie metoda jest najistotniejsza, a efekty. I że Bóg, jakkolwiek Go pojmujemy czy też nie pojmujemy, prowadzi nas – w różnych miastach i krajach – do bardzo podobnych odkryć. Jestem przekonana, że zawsze warto zobaczyć, co odkrywają inni. Bo to może zmienić coś istotnego we mnie.
Druga rzecz, która mnie w stiuningowanej książce Meszuge ujęła, to fakt, że postanowił podzielić się z czytelnikiem wykazem błędów, które sam popełnił na drodze zdrowienia. To dla mnie wyższy poziom świadomości – opisywać swoje porażki po to, żeby ktoś mógł ominąć te i podobne pułapki. Przyznać się do sukcesu – o tak, bardzo chętnie. Ale porażka? Tyle że to właśnie z czyjejś przegranej mogę wyciągnąć lekcję dla siebie (bo odkąd Siła Wyższa przywróciła mi zdrowy rozsądek, umiem już to robić), nie muszę osobiście popełniać tych błędów. Dla mnie to szczególnie ciekawe fragmenty książki, bo będąc już kilka lat na Programie (to w AA-owskim slangu znaczy, że zrealizowałam Program AA, czyli 12 Kroków, i od kilku lat wcielam go w życie) wiem, że nadal potrzebuję wskazówek, że ten czas pracy ze sponsorem to była najłatwiejsza część, bo pod nadzorem (opieką), a w dodatku na lekkiej euforii – bo tyle nowych rzeczy się dzieje, udaje się, jest wreszcie dobrze, jak nigdy nie było, z barków opadł ten nieznośny ciężar siebie, można się śmiać i cieszyć życiem, wreszcie. Ale kilka lat później, gdy euforia i radość nieco powszednieją, a życie wymaga banalnego, żmudnego toczenia spraw, hm, przyda się kilka kolejnych wskazówek i ostrzeżeń przed czyhającymi pułapkami. 
Część o sponsorowaniu zawiera wiele sugestii i podpowiedzi nie tylko dla tych, którzy chcą znaleźć sponsora i rozpocząć z nim pracę, ale również dla tych, którzy już sponsorują i chcą to robić lepiej (co dla mnie znaczy – nie chcą szkodzić podopiecznym). Przyznam, że takie treści interesują mnie najbardziej. Dlatego też nie mogę się doczekać drugiej edycji warsztatu sponsorów, o którym w książce wspomina Meszuge.
Jak zwykle u tego autora, mam swoje ulubione kawałki i w pierwszym odruchu chciałam je tu wypunktować, ale… może nie będę jednak odbierać czytelnikom przyjemności samodzielnego tropienia perełek.

Książka Meszuge nie jest w żadnym razie oficjalną wykładnią pracy nad 12 Krokami AA (nawet jeśli AA coś takiego jak oficjalne stanowisko by posiadało, a nie posiada). Widzę w niej wartość innego rodzaju. Chętnie czytuję/słucham opowieści trzeźwych alkoholików – mniej z czasów picia, zdecydowanie chętniej z czasów radzenia sobie z alkoholizmem bez alkoholu, a szczególnie po prostu z życiem, już z rozwiązaniem w ręku. Niekoniecznie dlatego, że czegoś nie wiem. Wiele razy już doświadczyłam pewnego zjawiska: czasem trzeba coś po prostu usłyszeć/przeczytać! Mogłam już z podobną rzeczą zetknąć się, nawet kilka razy, ale w tym właśnie momencie, w tych okolicznościach, w takim kontekście dociera to wreszcie do mnie i pomaga pokonać przeszkodę, przed którą właśnie stoję. Bo już sobie nie roję, że zjadłam wszystkie rozumy.  

sobota, 4 lipca 2015

154. dwanaście kroków instant - 3


Pora na kolejne kroki – pierwsze bardzo konkretne działanie na Programie. Weryfikacja mojej gotowości z Kroku Trzeciego.  

Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny.

Gruntowny, bo z całego życia. Odważny, bo bez przemilczeń, tuszowania i przerzucania odpowiedzialności na innych. To wstęp do godzenia się ze sobą samym. Muszę najpierw zobaczyć, co we mnie jest, by później móc coś z tym zrobić. Obwinianie innych, obrażanie się, kolekcjonowanie uraz, strach, wstyd, krzywdzenie innych – to różne sposoby rujnowania relacji (wcześniej to były różne sposoby radzenia sobie z nieprzyjaznym, jak sądziłam, światem). Mam zobaczyć, co naprawdę wydarzyło się w moim życiu, co mną kierowało, żeby nie robić tego więcej, żeby to nie wady i wynaturzone instynkty mną kierowały, niszcząc kolejne relacje. To również okazja do zweryfikowania, za co naprawdę jestem odpowiedzialna w moim życiu, a co nie jednak nie leżało po mojej stronie.

Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów.


Mówią, że tak głęboka jest nasza choroba, jak głębokie są nasze tajemnice – dlatego dobrze dla mnie samej jest ich nie mieć. Powiedzieć prawdę o sobie, przyznać się do siebie, swoich błędów i „wypracowanych” chorych schematów działań. To nie jest wyznanie moich świństw i podłości, ani tym bardziej epatowanie nimi przed tłumami. To klarowne przedstawienie – przynajmniej jednej osobie, w osobistej rozmowie – istoty moich błędów, czyli dojście i powiedzenie dlaczego robię to, co robię, dlaczego wybieram tak, jak wybieram, co we mnie takiego jest, że podejmuję określone decyzje i reaguję w określony sposób. Mogłam tej wiedzy wcześniej nie mieć, zwłaszcza, że usilnie starałam się jej nie mieć, ale po IV Kroku już wiem, już nie da się ukryć i zakłamać. Dobrze, żeby wybrana osoba czy osoby znały istotę alkoholizmu (były alkoholikami), inni mogą nieświadomie mi zaszkodzić, starając się, w dobrej wierze, ale nieumiejętnie podnieść mnie na duchu, mówiąc np.: No co ty, nie jesteś taka zła… V Krok nie jest spowiedzią, jest czymś znacznie szerszym – ma w sobie dodatkowy element – świadomość motoru moich niewłaściwych działań. Niekiedy zresztą istota błędów nie jest tożsama z konkretnymi grzechami. Dlaczego muszę wyznać to przed innym człowiekiem? Bo tylko wtedy przestaję być oddzielna, tajemnice (choć tak naprawdę chodzi o prawdę o sobie, to nie muszą być nie wiadomo jakie sekrety) przestają mnie oddzielać od innych.  

niedziela, 21 czerwca 2015

153. Bob D. w Bełchatowie


Kilka miesięcy temu natknęłam się na informację o przyjeździe do Polski jakiegoś weterana z Ameryki. Nie jestem przesadnie zaangażowaną turystką aowską, zaliczającą wszelkie możliwe warsztaty i spikerki (poza wszystkim innym, jest ich ostatnio zbyt wiele, by to było realne), ale w tym wypadku od razu wyczułam, że to rzecz warta uwagi. Postanowiłam, że jadę! Takie okazje nie zdarzają się często. W Polsce nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Nie pomyliłam się – było cholernie warto!

Świetny mówca (widoczne bliskie związki z Chuckiem C., którego Big Book Study wprost uwielbiam i wciąż mam nadzieję, że ktoś – może nawet obecny właściciel licencji, który się ogarnie i poprawi robotę – wreszcie przetłumaczy Nową parę okularów po ludzku), z gigantycznym doświadczeniem w trzeźwieniu, sponsorowaniu i przekazywaniu tego dalej, mówiący bardzo prostym językiem, w wyjątkowo zrozumiały, ale też przyciągający sposób. To sztuka mówić tak prosto o tak skomplikowanych sprawach.
Warsztaty były przygotowane bardzo dobrze (poza małą wpadką z tłumaczeniem, co szczęśliwie udało się dość szybko naprawić i uratować sprawę, bo widziałam, że po pierwszej części osoby z żadną lub minimalną znajomością angielskiego, zdane tylko na tłumacza, były sfrustrowane i zniechęcone – słyszałam, że dla nich to było nudne i nijakie – bo też znikał cały, niemały, dowcip i głębia wypowiedzi Boba D.), a to niełatwa rzecz – zorganizować coś dla kilkuset osób.

Początkowo chciałam napisać kilka zdań, które mnie poruszyły i które sobie zanotowałam, ale to tak gigantyczny materiał, że… nie wiem, czy bym podołała. Na szczęście spikerka Boba D. jest już do posłuchania: tutaj. (Swoją drogą, super robota i pomysł, i wdzięczna jestem osobie, która umożliwiła odsłuchanie tych warsztatów, bo choć sama tam byłam, widziałam i słyszałam, to wiem, że będę słuchać tego jeszcze nie raz – zbyt wiele było tam istotnych rzeczy, a ludzka percepcja ma swoje granice).

*

Te warsztaty miały dla mnie dodatkową wartość – spotkać tak wielu alkoholików pragnących być lepszymi ludźmi (bo wstać o świcie i jechać kilka godzin po to, by przez następne kilka siedzieć w duchocie i słuchać jakiegoś starego pijaka, zamiast się wyspać i miło spędzić sobotę na grillu z kumplami to jednak jest wyraz tego pragnienia), którzy odnoszą się do siebie z tak dużą serdecznością i cieszą się, że są w takim miejscu, razem, to jest mocne przeżycie. Nie cierpię ocierać się o ckliwość, ale to mnie wypełniło czymś… bardzo dobrym, co już procentuje, bo jestem od wczoraj jakoś przyjaźniej nastawiona do otoczenia. Cieszę się, że było tam wiele, naprawdę wiele osób, które znam. Cieszę się, bo to znaczy, że mam wokół siebie ludzi, którym się chce, którzy chcą zmieniać swoje życie i oddawać światu lepszą cząstkę siebie. Zastanowiło mnie jedno: nie spotkałam na tych warsztatach weteranów z AA. Nie spotkałam alkoholików, którzy byli w AA, gdy ja przyszłam i uczyli mnie, jak powinno się trzeźwieć i na czym podobno AA polega. Dziś nadal upierają się, że wiedzą lepiej i są w tym samym miejscu, co piętnaście, dziesięć lat temu. Bob D. powiedział: Jeśli sądzisz, że wiesz, niczego się już nie możesz nauczyć. Jeśli przyznajesz, że nie wiesz, świat otwiera się i daje ci odpowiedzi
Zapisałam to sobie, bo bardzo pilnuję, żeby mi się nie zaczęło wydawać, że już jestem taka mądra, że wszystko wiem, że niczego nie mogę się już nauczyć. Bo bardzo prawdopodobne, że ten moment będzie początkiem mojego końca. A życie za bardzo zaczęło mi się podobać, żebym chciała szybko kończyć…


wtorek, 16 czerwca 2015

152. dwanaście kroków instant – 2

Pierwszy odcinek dwunastu kroków instant miał zawierać trzy pierwsze kroki AA. Ale zatrzymałam się wtedy na Kroku Trzecim, bo nagle zdałam sobie sprawę, że od czasu napisania go (w wersji skompaktowanej), zdarzyło się parę rzeczy, które zmieniły nieco moje myślenie. Spotkałam kilka osób, których doświadczenie z tym konkretnym Krokiem było odmienne od mojego. I właśnie dzięki tym spotkaniom musiałam jeszcze raz sprawę przemyśleć. (Ciekawe, kiedyś napisałabym: przez te spotkania musiałam… no, wiadomo, roboty mi dołożyły, to wszystko przez nie!

Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy.


Skoro nie mam siły (vide Krok Pierwszy) – potrzebuję jej z zewnątrz. Skoro nie kieruję i nie jestem w stanie sensownie pokierować własnym życiem – potrzebuję wskazówek. Wciąż mogę mieć problem z oddaniem się, zaufaniem jakiejś zewnętrznej Sile. Pomocna może okazać się odpowiedź na pytanie: Wierzę w Boga? A czy wierzę Bogu?
Jeśli wierzę, że Bóg, jakkolwiek Go pojmuję, mówi przez innych ludzi, np. sponsora, innych alkoholików – może zaczęłabym ich słuchać? I robić to, co radzą. Szczególnie jeśli wierzę (albo chociaż mam nadzieję) w uzdrawiającą moc Programu AA. Powierzenie woli to coś w rodzaju: Boże spraw, żeby mi się chciało robić właściwe rzeczy… Ale zaraz potem mam te rzeczy – czyli to, co do mnie należy, np.: codzienne sugestie i Krok 4, również obowiązki w pracy, rodzinie – robić!
To najwyższa pora, bym przestała odgrywać rolę Głównego Reżysera. Kluczem jest podporządkowanie się, czyli wyzbycie samowoli, bo to ona mnie zabija.

A co, jeśli nie wierzę w żadnego Boga, ani nawet jakiś większy porządek, Los, Kosmos, prawa natury? Na pomoc może mi przyjść metoda: tak, jakby. Krok Trzeci mówi o postanowieniu. A zatem, postanawiam, że powierzę moje życie i wolę Sile Wyższej, większej niż moja własna (Naturze, Prawom Kosmosu, Losowi), tak jakbym w nią wierzyła. I również zabieram się do robienia tego, co do mnie należy. Na tym etapie to wystarczy. 


204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...