Podekscytowanie nieco
osłabło. Codzienne siadanie do medytacji spowszedniało. No to
siup, poprzeczka wyżej. Nieprzewidziane sytuacje: wyjście na
imprezę i powrót późną nocą, goście w domu – wieczorem i
rano. Trzeba ogarnąć i się wywiązać. Późno-, naprawdę
późnonocne medytacje wychodzą lepiej, niż te tylko okołopółnocne.
Przede mną jeszcze poważniejsze wyzwania – wyjazd i nocleg
gościnny. I organizacja przedsięwzięcia w warunkach mało
intymnych, bez oddzielnego pokoju, z maluchami-skowronkami. Może być
ciekawie…
*
Ktoś zapytał, jak ja to
robię. Prawie tak*:
Na podstawie mojego
doświadczenia wiem, że wygospodarowanie pół godziny rano i
wieczorem, każdego dnia, stanowi to minimum potrzebne do tego, by
medytację potraktować poważnie. Podczas tej półgodziny,
codziennie rano i wieczorem, trzymaj się tej samej praktyki. Choć
nigdy nie jest tak samo. Wybierz zaciszne miejsce i usiądź
wygodnie. Jedyną ważną zasadą jest to, aby siedzieć z
wyprostowanym kręgosłupem. Możesz siedzieć na podłodze, na
poduszce, na krześle, wybierając taki sposób, który jest dla
ciebie najwygodniejszy, pozwalający na to, aby każdy mięsień
twojego ciała, łącznie z mięśniami twarzy, w pełni się
rozluźnił. Następnie zacznij powtarzać swoje słowo modlitwy
(mantry), łagodnie, cicho, spokojnie, ale nieustannie. Jeśli
będziesz cierpliwy i wierny (a medytacja nauczy cię zarówno
cierpliwości, jak i wierności), medytacja poprowadzi cię w coraz
głębsze obszary ciszy.
John
Main, Ścieżka
medytacji
Tyle przepisu i pobożnych
życzeń. Bo moje mięśnie nie są rozluźnione, te na twarzy
prawdopodobnie szczególnie. A moja głowa jest metalową puszką i
potrzeba niezłego otwieracza, żeby się do niej dobrać. Ja nim nie
dysponuję. Wierzę, że jest Ktoś, kto sobie z tym poradzi. Nawet z
moją oporną puszką. Książka, z której pochodzi powyższy
fragment (choć w całości mnie nie powala, a miejscami irytuje
bombastycznym stylem pustych zdań, bo przecież, halo, ja potrzebuję konkretów, a nie bujania w obłokach!), mówi też, w rzadkich momentach bardzo
konkretnie, żeby się nie nastawiać, nie oczekiwać, żeby po
prostu to robić i być. Uwierzyłam, że to ma sens. Tym
bardziej, że na konkretne efekty medytacji nastawiałam się przez
długie miesiące, a nawet lata, i mało co z tego wychodziło. Poza
rozczarowaniem i zniechęceniem, a czasem żalem. Gdy się wreszcie
zorientowałam, co robię – że próbuję dyktować, jak ma
przebiegać ten proces, próbuję kontrolować medytację! – nawet
się uśmiechnęłam nad własnym… brakiem kontaktu z
rzeczywistością.
*
*Prawie, bo: medytuję 20
minut, a nie pół godziny. Mantrę powtarzam w myślach. Mam
przymknięte oczy, bo tak radzili.
PS. Dłonie nadal puchną,
choć trochę mniej. A może po prostu się przyzwyczaiłam?