Jakiś czas temu natknęłam się na
harcerski piosenko-teledysk. Patrzyłam, słuchałam, coś musiało
mnie głęboko zahaczyć, bo nawet mój czuły detektor żenady nie
był w stanie tego odłączyć.
No więc, patrzyłam, słuchałam,
mierzyłam się ze wspomnieniami. Miałam 15 lat. Dosyć późno
zostałam harcerką. Nosiłam zbyt jasny mundur (nie mogłam w tym
wieku chodzić przecież w ciemnoszarym, prosto ze Składnicy
Harcerskiej, ale trochę przesadziłam z wybielinką). Jeździłam na
biwaki. Oczywiście, że najsilniejszym magnezem byli harcerze – świetnie grali na gitarach i mieli błyszczące oczy.
Stojąc w kręgu i trzymając ich dłonie, niekoniecznie myślałam o
braterstwie. Ale potem coś mi przeskoczyło, zostałam zastępową.
Skarbczyk zastępowego był moją biblią, a harcerki z zastępu
niemal sensem życia (a na pewno czymś znacznie ważniejszym, niż
półroczny sprawdzian z fizyki).
Chyba zawsze byłam idealistką. Z
podciętymi skrzydłami. Moja prywatna „Niewidzialna ręka”
skończyła się szlabanem i skargami sąsiadów. Komponowanie
niezbędnego do przeżycia ekwipunku włóczykija – awanturą i
remontem kuchni (coś z tym przepisem na chlebowe kostki smażone w
głębokim tłuszczu było nie tak, moje wybuchały). Zapatrzenie w
harcerskich idoli z hufca – gigantycznym rozczarowaniem (czyż
spadkobiercy Zośki, Rudego i Niteczki mogli zniżyć się do poziomu
magla, oplotkowując jawnie każdego, co w sąsiadującym z komendą
moim namiocie było nie do ukrycia?).
To nic, w głębi duszy zawsze chciałam
nieść ludziom światło (nawet jeśli w tym niewysłowionym pragnieniu
pobrzmiewały nuty młodzieńczej megalomanii). Może dlatego, gdy słyszę: „Róbmy
razem dobre harcerstwo”, drapie mnie w gardle. Róbmy dobrą
rodzinę, dobrą przyjaźń, dobre miejsce, dobre sąsiedztwo, dobre
AA, dobrą Ziemię…
I chociaż mój czujnik żenady piszczy już dobrą chwilę, nie chcę, żeby ten tekst – jak kilka poprzednich –
wylądował w koszu. Nawet jeśli znowu mnie poniosło i rzuciło na
druty wysokiego C.