sobota, 4 lipca 2015

154. dwanaście kroków instant - 3


Pora na kolejne kroki – pierwsze bardzo konkretne działanie na Programie. Weryfikacja mojej gotowości z Kroku Trzeciego.  

Zrobiliśmy gruntowny i odważny obrachunek moralny.

Gruntowny, bo z całego życia. Odważny, bo bez przemilczeń, tuszowania i przerzucania odpowiedzialności na innych. To wstęp do godzenia się ze sobą samym. Muszę najpierw zobaczyć, co we mnie jest, by później móc coś z tym zrobić. Obwinianie innych, obrażanie się, kolekcjonowanie uraz, strach, wstyd, krzywdzenie innych – to różne sposoby rujnowania relacji (wcześniej to były różne sposoby radzenia sobie z nieprzyjaznym, jak sądziłam, światem). Mam zobaczyć, co naprawdę wydarzyło się w moim życiu, co mną kierowało, żeby nie robić tego więcej, żeby to nie wady i wynaturzone instynkty mną kierowały, niszcząc kolejne relacje. To również okazja do zweryfikowania, za co naprawdę jestem odpowiedzialna w moim życiu, a co nie jednak nie leżało po mojej stronie.

Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów.


Mówią, że tak głęboka jest nasza choroba, jak głębokie są nasze tajemnice – dlatego dobrze dla mnie samej jest ich nie mieć. Powiedzieć prawdę o sobie, przyznać się do siebie, swoich błędów i „wypracowanych” chorych schematów działań. To nie jest wyznanie moich świństw i podłości, ani tym bardziej epatowanie nimi przed tłumami. To klarowne przedstawienie – przynajmniej jednej osobie, w osobistej rozmowie – istoty moich błędów, czyli dojście i powiedzenie dlaczego robię to, co robię, dlaczego wybieram tak, jak wybieram, co we mnie takiego jest, że podejmuję określone decyzje i reaguję w określony sposób. Mogłam tej wiedzy wcześniej nie mieć, zwłaszcza, że usilnie starałam się jej nie mieć, ale po IV Kroku już wiem, już nie da się ukryć i zakłamać. Dobrze, żeby wybrana osoba czy osoby znały istotę alkoholizmu (były alkoholikami), inni mogą nieświadomie mi zaszkodzić, starając się, w dobrej wierze, ale nieumiejętnie podnieść mnie na duchu, mówiąc np.: No co ty, nie jesteś taka zła… V Krok nie jest spowiedzią, jest czymś znacznie szerszym – ma w sobie dodatkowy element – świadomość motoru moich niewłaściwych działań. Niekiedy zresztą istota błędów nie jest tożsama z konkretnymi grzechami. Dlaczego muszę wyznać to przed innym człowiekiem? Bo tylko wtedy przestaję być oddzielna, tajemnice (choć tak naprawdę chodzi o prawdę o sobie, to nie muszą być nie wiadomo jakie sekrety) przestają mnie oddzielać od innych.  

niedziela, 21 czerwca 2015

153. Bob D. w Bełchatowie


Kilka miesięcy temu natknęłam się na informację o przyjeździe do Polski jakiegoś weterana z Ameryki. Nie jestem przesadnie zaangażowaną turystką aowską, zaliczającą wszelkie możliwe warsztaty i spikerki (poza wszystkim innym, jest ich ostatnio zbyt wiele, by to było realne), ale w tym wypadku od razu wyczułam, że to rzecz warta uwagi. Postanowiłam, że jadę! Takie okazje nie zdarzają się często. W Polsce nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Nie pomyliłam się – było cholernie warto!

Świetny mówca (widoczne bliskie związki z Chuckiem C., którego Big Book Study wprost uwielbiam i wciąż mam nadzieję, że ktoś – może nawet obecny właściciel licencji, który się ogarnie i poprawi robotę – wreszcie przetłumaczy Nową parę okularów po ludzku), z gigantycznym doświadczeniem w trzeźwieniu, sponsorowaniu i przekazywaniu tego dalej, mówiący bardzo prostym językiem, w wyjątkowo zrozumiały, ale też przyciągający sposób. To sztuka mówić tak prosto o tak skomplikowanych sprawach.
Warsztaty były przygotowane bardzo dobrze (poza małą wpadką z tłumaczeniem, co szczęśliwie udało się dość szybko naprawić i uratować sprawę, bo widziałam, że po pierwszej części osoby z żadną lub minimalną znajomością angielskiego, zdane tylko na tłumacza, były sfrustrowane i zniechęcone – słyszałam, że dla nich to było nudne i nijakie – bo też znikał cały, niemały, dowcip i głębia wypowiedzi Boba D.), a to niełatwa rzecz – zorganizować coś dla kilkuset osób.

Początkowo chciałam napisać kilka zdań, które mnie poruszyły i które sobie zanotowałam, ale to tak gigantyczny materiał, że… nie wiem, czy bym podołała. Na szczęście spikerka Boba D. jest już do posłuchania: tutaj. (Swoją drogą, super robota i pomysł, i wdzięczna jestem osobie, która umożliwiła odsłuchanie tych warsztatów, bo choć sama tam byłam, widziałam i słyszałam, to wiem, że będę słuchać tego jeszcze nie raz – zbyt wiele było tam istotnych rzeczy, a ludzka percepcja ma swoje granice).

*

Te warsztaty miały dla mnie dodatkową wartość – spotkać tak wielu alkoholików pragnących być lepszymi ludźmi (bo wstać o świcie i jechać kilka godzin po to, by przez następne kilka siedzieć w duchocie i słuchać jakiegoś starego pijaka, zamiast się wyspać i miło spędzić sobotę na grillu z kumplami to jednak jest wyraz tego pragnienia), którzy odnoszą się do siebie z tak dużą serdecznością i cieszą się, że są w takim miejscu, razem, to jest mocne przeżycie. Nie cierpię ocierać się o ckliwość, ale to mnie wypełniło czymś… bardzo dobrym, co już procentuje, bo jestem od wczoraj jakoś przyjaźniej nastawiona do otoczenia. Cieszę się, że było tam wiele, naprawdę wiele osób, które znam. Cieszę się, bo to znaczy, że mam wokół siebie ludzi, którym się chce, którzy chcą zmieniać swoje życie i oddawać światu lepszą cząstkę siebie. Zastanowiło mnie jedno: nie spotkałam na tych warsztatach weteranów z AA. Nie spotkałam alkoholików, którzy byli w AA, gdy ja przyszłam i uczyli mnie, jak powinno się trzeźwieć i na czym podobno AA polega. Dziś nadal upierają się, że wiedzą lepiej i są w tym samym miejscu, co piętnaście, dziesięć lat temu. Bob D. powiedział: Jeśli sądzisz, że wiesz, niczego się już nie możesz nauczyć. Jeśli przyznajesz, że nie wiesz, świat otwiera się i daje ci odpowiedzi
Zapisałam to sobie, bo bardzo pilnuję, żeby mi się nie zaczęło wydawać, że już jestem taka mądra, że wszystko wiem, że niczego nie mogę się już nauczyć. Bo bardzo prawdopodobne, że ten moment będzie początkiem mojego końca. A życie za bardzo zaczęło mi się podobać, żebym chciała szybko kończyć…


wtorek, 16 czerwca 2015

152. dwanaście kroków instant – 2

Pierwszy odcinek dwunastu kroków instant miał zawierać trzy pierwsze kroki AA. Ale zatrzymałam się wtedy na Kroku Trzecim, bo nagle zdałam sobie sprawę, że od czasu napisania go (w wersji skompaktowanej), zdarzyło się parę rzeczy, które zmieniły nieco moje myślenie. Spotkałam kilka osób, których doświadczenie z tym konkretnym Krokiem było odmienne od mojego. I właśnie dzięki tym spotkaniom musiałam jeszcze raz sprawę przemyśleć. (Ciekawe, kiedyś napisałabym: przez te spotkania musiałam… no, wiadomo, roboty mi dołożyły, to wszystko przez nie!

Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy.


Skoro nie mam siły (vide Krok Pierwszy) – potrzebuję jej z zewnątrz. Skoro nie kieruję i nie jestem w stanie sensownie pokierować własnym życiem – potrzebuję wskazówek. Wciąż mogę mieć problem z oddaniem się, zaufaniem jakiejś zewnętrznej Sile. Pomocna może okazać się odpowiedź na pytanie: Wierzę w Boga? A czy wierzę Bogu?
Jeśli wierzę, że Bóg, jakkolwiek Go pojmuję, mówi przez innych ludzi, np. sponsora, innych alkoholików – może zaczęłabym ich słuchać? I robić to, co radzą. Szczególnie jeśli wierzę (albo chociaż mam nadzieję) w uzdrawiającą moc Programu AA. Powierzenie woli to coś w rodzaju: Boże spraw, żeby mi się chciało robić właściwe rzeczy… Ale zaraz potem mam te rzeczy – czyli to, co do mnie należy, np.: codzienne sugestie i Krok 4, również obowiązki w pracy, rodzinie – robić!
To najwyższa pora, bym przestała odgrywać rolę Głównego Reżysera. Kluczem jest podporządkowanie się, czyli wyzbycie samowoli, bo to ona mnie zabija.

A co, jeśli nie wierzę w żadnego Boga, ani nawet jakiś większy porządek, Los, Kosmos, prawa natury? Na pomoc może mi przyjść metoda: tak, jakby. Krok Trzeci mówi o postanowieniu. A zatem, postanawiam, że powierzę moje życie i wolę Sile Wyższej, większej niż moja własna (Naturze, Prawom Kosmosu, Losowi), tak jakbym w nią wierzyła. I również zabieram się do robienia tego, co do mnie należy. Na tym etapie to wystarczy. 


czwartek, 11 czerwca 2015

151. ja i mistrz







Całe życie o tym marzyłam. O tej eksplozji szczęścia i spełnienia, która zawiera się między 2:08 a 2:45 tego filmiku. Szukałam tego odkąd pamiętam, próbowałam wyrwać dla siebie, uskubać chociaż. Głupio, nieumiejętnie. Nie tam, gdzie to było możliwe. Pakowałam się przy okazji w tarapaty albo zwyczajnie beznadziejne historie. Tak bardzo potrzebowałam Mistrza (wiem, wiem, że tatuś, nie trzeba mi robić amatorskiej psychoanalizy, sama jestem w tym świetna). Tak łatwo trafiałam na nędzne podróby. Właśnie sobie uświadomiłam, że kolejne drzwi z hukiem zatrzasnęły mi się przed nosem. Już dawno się zatrzasnęły – Mistrzowie należą się młodym dziewczynom, a nie starym babom. Jeszcze jakiś czas mogłam udawać, naciągnąć czas i rzeczywistość, gówniarski wygląd i zachowanie pomagały oszukać ludzi. Koło 30. jeszcze się sprawdzało, teraz bez szans, żal próbować, nie ma co się ośmieszać. No, więc pora pożegnać się z marzeniem, że kiedyś ktoś (mądry, wspaniały i męski koniecznie) powie: Jesteś niezwykła, mały geniusz, nie spotkałem nigdy kogoś takiego! No, do starej baby trudno powiedzieć: mały geniusz. Nawet w potężnym ataku desperacji wyczułabym fałsz.

Niejedno już przełknęłam, niejedno wstrętne i gorzkie. Mam wprawę. Ale tak sobie myślę… każdy wiek i stan musi mieć swoje marchewki. Starym babom, takim koło 40. chyba też się przytrafiają jakieś wisienki na torcie? Muszą chyba, nie? Jak byście mieli jakąś wiedzę, obserwacje lub doświadczenie, to poproszę.


wtorek, 2 czerwca 2015

150. dwanaście kroków instant – 1


Parę lat po zrobieniu Programu z przewodnikiem (po AA-owsku ze sponsorem), po kilku turnusach czy sezonach (jak czasem pozwalam sobie żartobliwie to określić) pracy z podopiecznymi, zatrzymałam się dla nabrania oddechu i zastanowienia, czy idę w dobrym kierunku, czy to, co robię i jak robię przynosi zadowalające efekty, a nade wszystko, czy mogę zrobić coś, żeby innym – przyszłym podopiecznym – było lepiej, znaczy: efektywniej.
Wpadłam na świetny pomysł (za który pukałam się potem w głowę, bo kto to widział samemu prosić się o robotę?) i poprosiłam mojego przewodnika po Programie AA, żebyśmy przyjrzeli się raz jeszcze konkretnym sposobom pracy z podopiecznymi. Przez kilka lat nazbierało się w końcu trochę doświadczeń, niektóre metody okazały się mniej skuteczne niż inne, a zawsze warto mieć otwartą głowę, bo może jakiś zdawałoby się naiwny pomysł pomoże komuś bardziej niż jakiś na oko super mądry. Było zresztą tak, że przez kolejne sezony nabywałam doświadczenia, a najwięcej nauczyłam się wcale nie na przypadkach miłych, łatwych i przyjemnych (koloryzuję oczywiście – wśród alkoholików nie ma takich), tylko trudnych, bolesnych i druzgoczących moje ego i dobre samopoczucie. Tak, te najgorsze okazały się… może nie najlepsze, ale na pewno najcenniejsze.
Tak więc stanęłam przed zadaniem takiego spojrzenia na 12 Kroków AA, by w jak najprostszy i najbardziej skoncentrowany sposób wyrazić ich istotę. W ten sposób powstało 12 Kroków instant. Oto pierwsze dwa.


Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu – że nasze życia stały się niekierowalne.


Po pierwsze, muszę zidentyfikować problem – realny, czyli że straciłam kontrolę w odniesieniu do spożywania alkoholu (a nie, że mąż, dziecko, kochanek, szef, rodzice…). Muszę przyznać, że to ja mam ten problem, i zobaczyć, że polega on nie tyle na nadmiernym i niekontrolowanym spożyciu alkoholu (to tylko symptom), co na braku siły (duchowej), żeby się oprzeć, żeby przestać, żeby nie walczyć, z nadzieją, że może tym razem się uda. W odniesieniu do alkoholu nigdy nie odzyskam tej siły, nie zapanuję nad nim. Ponieważ mój organizm – biologicznie – różni się od organizmu ludzi, którzy uzależnieni nie są i nigdy się nie uzależnią.
Z powodu picia, ale prawdopodobnie nie tylko tego, utraciłam możliwość sensownego zarządzania własnym życiem. Nawet jeśli miałam dobry pomysł – nie byłam w stanie go zrealizować z powodu braku siły duchowej. Często jednak nie miałam dobrych pomysłów, tylko pijane. Może zatem przestałabym się wreszcie upierać, że wiem lepiej (dowody w postaci konkretnych faktów z mojego życia są druzgoczące), że sama to zrobię, muszę się tylko bardziej postarać. Mam się wreszcie poddać – skoro nie mam ani pomysłu jak wyjść z impasu, ani siły, żeby cokolwiek sensownego zrobić – może bym zdała się na pomoc innych, którzy wiedzą.

Uwierzyliśmy, że Siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowy rozsądek.


Pijane myślenie to coś, co mam w głowie nie tylko w czasie picia, ale i po odstawieniu alkoholu. To, czego potrzebuję, by zacząć podejmować zdrowe i dobre decyzje, to właśnie zdrowy rozsądek, trzeźwe myślenie. Sama z siebie nie jestem w stanie przestawić się na takie myślenie – nie mam siły, jestem przecież bezsilna, już wiem, że nie tylko wobec alkoholu, ale wobec wielu aspektów życia, również wobec moich pomysłów. Nie mówiąc już o tym, że nie mam pojęcia, co to jest trzeźwe myślenie – muszę się tego dopiero nauczyć. Potrzebuję jakiejś Siły, większej niż moja własna, bo moje pomysły się nie sprawdziły, a nawet wtedy, gdy pomysł był dobry, ja nie miałam siły go wdrożyć w życie. Muszę tylko uwierzyć, że jest taka Siła i że zechce mi pomóc. Jeśli pomogła tylu innym – a patrząc na alkoholików z AA widzę wiele takich przykładów – to jest szansa, że pomoże również mi. To nie musi być jakaś konkretna Siła, która do tej pory kojarzyła mi się z Bogiem (zwłaszcza, że jako alkoholiczka mam raczej wypaczony obraz Boga i nie po drodze z Nim), bo duchowość Programu AA to nie jest religia, nie o nią tu chodzi. Na tym etapie wystarczy, żebym odpowiedziała sobie na pytanie: Czy jestem skłonna przyjąć, że jest na tym świecie jakaś Siła potężniejsza niż moja własna, jakaś moc ponad moje problemy?



niedziela, 24 maja 2015

149. jak to drzewiej bywało…

Zawsze lubiłam słuchać o dawnych czasach. Jako dziecko przepytywałam babcie z ich życia (A jakie wtedy były zabawki? Też nosiłaś warkoczyki?) i chłonęłam wszystkie opowieści o tym, czego już nie ma i dlatego trochę trudno było to sobie wyobrazić. Przez lata sądziłam, że fatalnym zrządzeniem losu trafiłam w niewłaściwą epokę. Bo to, co teraz było takie zwykłe, nieciekawe, za to tamto, co kiedyś… 
Pierwszy raz pomyślałam, że wszystko chyba było tak samo, snując się – zmęczona upałem i odległościami – po pompejskich uliczkach. Że po tych domach, wykopanych spod zwałów popiołu, krzątali się ludzie, którzy mieli takie same, jak nasze współczesne, pragnienia, nadzieje, lęki… I z tymi pragnieniami, nadziejami i lękami zastygli pod popiołem i lawą na zawsze. A może to bujda na resorach i moje rojenia? Mniejsza z tym, zwłaszcza że nie o starożytności chciałam. 

Ciekawi mnie, co było kiedyś, bo oczywiste, że z tego wiele można się nauczyć, wykorzystać doświadczenie, nie popełniać błędów. Lubię też, gdy coś, czego już nie ma ożywa, choć na chwilę, nabiera kształtów i barw. Taka mała porcja magii. Ciekawi mnie zwłaszcza w odniesieniu do moich pasji czy innych koników. Ostatnio usłyszałam kilka anegdot z początków AA w Warszawie. Opowiadali weterani (coraz bardziej mnie bawi to słowo i rośnie ciekawość, od kiedy zaczyna się weteraństwo), niektórzy wcale na weteranów nie wyglądali, ale też te początki nie są aż tak strasznie odległe. Jedna anegdota na przykład była o tym, jak się mówiło alkoholikom, a raczej jeszcze pijakom, którzy dopiero mieli stać się potencjalnymi anonimowymi alkoholikami, czym to całe AA w ogóle jest. Jak ktoś był wierzący, to było prościej. Mówiło się o Bogu i jakoś szło. Gorzej z pozostałymi. Wtedy padało pytanie: A jakie dżinsy wolisz, Odry z Opola czy amerykańskie. No, jasne, że amerykańskie! No, bo widzisz, to AA to właśnie jest z Ameryki…  

Albo taka: Jeden z naszych maluje mieszkanie, dzwoni telefon, właściciela mieszkania nie ma, więc malarz odbiera. 
                            – Czy to mieszkanie tego i tego? 
                            – Tak. 
                            – A jest? 
                            – Nie ma. 
                            – To kto mówi? 
                            – Malarz. 
                            – A czy ten malarz ma na imię X.? 
                            – Tak. 
                            – Aha. Tu Z., słuchaj, zapisz sobie numer lotu, przyleci tam do was z Ameryki alkoholik, 
                               facet, który chodził po księżycu, trzeba go odebrać z Okęcia…
                            – Ale człowieku…

Przyleciał. Buzz Aldrin. Jego kumpel z Apollo, Neil Armstrong, nie miał tyle szczęścia, żeby zostać alkoholikiem, wylądował w psychiatryku. 

*

I właśnie dlatego to lubię.








środa, 13 maja 2015

148. wyłączność celu AA

Od pewnego czasu w AA w moim mieście (a tak naprawdę w AA w moim kraju) sporo nowego się dzieje. Zrobił się ruch, ożywczy prąd powiał. Minęło kilkanaście do kilkudziesięciu miesięcy i pojawiły się pierwsze efekty tych zmian. Właściwie nic nowego, w AA nie ma już nic nowego, wszystko było, chyba wszystkie błędy popełnione. Niestety, wygląda na to, że każda wspólnota, w każdym kraju, musi popełniać swoje błędy samodzielnie, od początku. Jak z dziećmi – na własnych błędach muszą, „mówiła matka, mówiła babka” nie działa. Widać taka nasza natura, niech i tak będzie. Na szczęście gdzieś indziej już przez to przechodzili, mogą się podzielić doświadczeniem. Więc przyjechali się dzielić. Alkoholicy z Bełchatowa i Londynu. I z różnych zakątków Polski też – posłuchać i opowiedzieć. Przyjechali na świetnie zorganizowane przez grupy Patryk i Jestem odpowiedzialny warsztaty Wyłączność celu w AA: w historii, Tradycjach i dniu dzisiejszym Wspólnoty Anonimowych Alkoholików.

*

Bo jak pojawiło się trochę nowego, świeżego, to i mityngi zaczęły się otwierać. I to było fajne i w porządku. Ale jak zaczęły się otwierać to tu i ówdzie sporo osób spoza AA, z innymi niż alkoholizm problemami zaczęło przychodzić. I jeszcze też było OK. Jak zaczęli przychodzić i mile byli witani, i czuli się jak u siebie, to zaczęli też zabierać głos, a potem nawet do służb się zgłaszać. Niealkoholicy na grupach AA. I wtedy trochę zaczęło się robić kłopotliwie. Ale niby dlaczego, jeśli nie ma żadnego chętnego alkoholika do zabrania głosu, to komu przeszkadza, że się Al-Anonka odezwie albo cztery? Jak nie ma odpowiedzialnych alkoholików w grupie to może jakiś bardziej odpowiedzialny albo zwyczajnie chętny do pomocy DDA czy hazardzista się nada i komu to zaszkodzi? No, i przecież nie wyrzucimy, bo jesteśmy od pomagania! I właściwie to dlaczego niby mielibyśmy wyrzucać? Kto nas upoważnił? A jak przychodzą alkoholicy, którzy do tego alkoholizmu mają doklejonych jeszcze ileś tam innych izmów to niby czemu mają to trzymać w tajemnicy? To trzeba mówić! Bo tak głęboka jest twoja choroba, jak głębokie są twoje tajemnice…
I wtedy ktoś przeczytał: Byłoby objawem pychy uważać, że Wspólnota Anonimowych Alkoholików jest lekarstwem na wszystko, nawet na alkoholizm. Oraz: Dajmy odpór dumnemu założeniu, że skoro Bóg umożliwił nam sukces w jednej dziedzinie, naszym przeznaczeniem jest stać się pośrednikami dla każdego.*

Jest wiele programów dwunastokrokowych, zainspirowanych Programem 12 Kroków AA. Warto jednak mieć świadomość, że Program AA, Programy AN, AH, SLAA, DDA, nawet Al-Anon, jedynej siostrzanej wspólnoty AA, to nie są te same programy! Niektórzy uważają, że chodzi o to samo i tak samo. O pustkę przecież, co potrzebuje się wypełnić. Obawiam się, że jednak niekoniecznie. Ale nie moje prywatne zdanie jest tu ważne. Ważne są konkretne realia – czy ja jestem w stanie porozumieć się z hazardzistą, depresantem, lekomanem? Przykro mi, ale mimo najszczerszych chęci jedynie do pewnego stopnia i to naprawdę nie ze wszystkimi. Nawet w kwestii współuzależnienia, którego miałam nieszczęście skosztować, mogę złapać wspólne płaszczyzny tylko do pewnych granic, mimo że zaliczyłam diagnozy: DDA i współuzależnienie, a nawet uczestniczyłam w terapiach i mityngach w tych dwóch obszarach. Całości, czystego współuzależnienia nie rozumiem. Bo poza DDA jestem po prostu alkoholiczką.
I tu pojawił się realny i jak dla mnie mocny argument na trzymanie się jednego celu, zawartego w Piątej Tradycji AA – żeby zaczął się proces zdrowienia potrzebna jest identyfikacja. Dlaczego zostałam we wspólnocie AA? Bo na mityngu byli ludzie tacy sami jak ja. Mimo pewnych różnic czułam, że mamy to samo!
Żeby ruszyć z trzeźwieniem, żeby uwierzyć, że jest jakaś szansa, muszę zobaczyć na mityngu AA trzeźwych ludzi, którzy mówią z sensem, normalnie wyglądają, są spokojni i uśmiechnięci, a przy tym przedstawiają się jako alkoholicy i opowiadają o zdarzeniach i stanach, w których i ja byłam, a nawet wciąż jestem lub bywam, opowiadają też o tym, jak z tych stanów wyszli. Trudno będzie mi zidentyfikować się z kimś, kto mówi o wymiotowaniu po zjedzeniu pięciu bochenków chleba albo czyszczeniu karty kredytowej na cztery kolejne pary kozaczków w tym tygodniu. Bo to mnie nie dotyczy. Mało tego, jeśli słyszę, że tak wygląda alkoholizm – jestem przecież na mityngu AA – to w żaden sposób nie przykleję się do miejsca i ludzi stąd, bo wymiotowałam, owszem, ale wyłącznie po wódce, chleb lubię, zwłaszcza świeżutki, ciepły jeszcze z masłem i solą, ale nawet takiego nie jestem w stanie zjeść więcej niż pół. I w życiu nie miałam karty kredytowej. Nawet jeśli osoba wymiotująca i czyszcząca kartę kredytową przedstawi się również jako alkoholik – nic tu po mnie, to nie dla mnie, ja jestem inna, spadam! Może tylko w otchłań rozpaczy spadam, skoro nie ma dla mnie nadziei, ale jednak. A chyba nie taki jest sens istnienia grup AA.
Jeśli jesteś z tych farciarzy, co to mają uzależnień na pęczki, to mimo wszystko może na mityngu AA bądź zwyczajnym alkoholikiem, takim samym jak reszta, takim samym, jak ten nowy, który przyjdzie i potrzebuje zobaczyć takich samych jak on? Na swoim spotkaniu DDA będziesz dorosłym dzieckiem alkoholika, na swoim mityngu AH będziesz hazardzistą, a na AN – narkomanem. Jak dla mnie to ma sens. Choć mam przy okazji poczucie, że ci, którzy byli na warsztatach w większości już o tym wiedzieli i do tego się stosują, bo rozumieją. Szkoda, że nie było tych pozostałych, którzy prezentują uzależnienia wachlarzowe (to chyba trafniejsze określenie niż uzależnienia krzyżowe, tym bardziej, że „krzyżowe” znaczy w rzeczywistości coś całkiem innego, niż się potocznie sądzi, ale używanie pojęć w błędnym znaczeniu to rzecz dość powszechna, nie tylko w AA). To zresztą zawsze jest ciekawe – ci nieobecni. To wiele mówi o nich samych i ich stosunku do tematu. Ale to dygresja na całkiem inną okazję…
Przekonuje mnie, że zdrowienie rozpoczyna się gdy jeden alkoholik rozmawia z innym alkoholikiem. Kropka. Przekonuje mnie nie na głowę, ja to sprawdziłam. Nie raz, wiele razy.

Ale żeby była jasność: to nie znaczy, że osoby z innymi niż alkoholizm uzależnieniami czy komplikacjami – które zresztą prywatnie bardzo lubię (osoby, nie komplikacje!) i chętnie z nimi rozmawiam – nie powinny mieć wstępu na teren wspólnoty AA. Bynajmniej! Różnorodność jest cenna i rozwijająca, choć bywa, że rodzi strach. Warto jednak wiedzieć, po co się przychodzi i co można uzyskać, a co jest zwyczajnie nierealne, a czasami wręcz szkodliwe. Bo oczywiście, można wszystko, ale nie wszystko jest pożyteczne.

* Anonimowi Alkoholicy wkraczają w dojrzałość, str. 302.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...