wtorek, 23 marca 2010

022. krok za krokiem


Przez pierwsze kilka lat niepicia Kroki AA były dla mnie czymś zamglonym, nie do dotknięcia, czymś na później. Zawsze na później. Słyszałam, gdy czytali, sama czytałam, ale przepływały przeze mnie nic nie zostawiając, albo tyle, co woda czerpana sitem – ledwie mokry ślad minionej obecności. Nigdy nie pracowałam nad nimi solidnie i systemowo – nie winię się, systematyczność to po prostu nie mój styl – ale przychodziły chwile, że złapane gdzieś w locie Kroki wpasowywały się idealnie w mój aktualny fragment życia, odpowiadały i prowadziły. Czasem wzajemnie się przenikały, przepływały, przechodziły jedne w drugie, uzupełniały się i tworzyły coś tak oczywistego i jednocześnie tak nowego.
Kroki trzeci, szósty i siódmy.
Powierzenie woli, zauważenie i nazwanie wady, pokorna prośba o jej usunięcie. Takie proste, a tak wiele pułapek po drodze. Definiujesz wadę i prosisz. I nic się nie dzieje. Dlaczego? Czy Bóg ma to gdzieś? Możesz tak prosić i prosić, ale póki nie upadniesz tak naprawdę na kolana, póki nie dotkniesz prawdziwej pokory – nic się nie stanie. Prawdziwa pokora. Co ja mogę o niej wiedzieć… Otarłam się o nią zaledwie kilka razy. Prawdziwa pokora jest wtedy, gdy widzę i dogłębnie, do bólu odczuwam, że ja nic tu nie zdziałam, że choćbym nie wiem jak się starała, nie dam rady. Sama nie podołam. Nie wiem nawet od czego zacząć. Albo może i mam jakieś pomysły, lecz tylko kręcę się w kółko, bo nic nie działa, nic się nie zmienia. Próbuję i staram się (nie wystarczy po prostu chcieć: „chciałabym nie ranić ludzi” to zbyt ogólnikowe), ale nic się nie zmienia. I dopiero wtedy, umęczona i zrezygnowana, oddaję. Może nawet, nim oddam, przez krótką chwilę, godzę się na siebie taką. Taką, czyli nie-doskonałą. O, to już prawdziwy wyczyn, porzucić marzenie o wielkości, o pomniku.
Dobrze, przecież nie chodzi tylko o to, że jestem złośliwa, że sprawiam przykrość innym. To wierzchołek. To skutek. A co pod tym? (Zazdroszczę ludziom, którzy w prostocie oddają, nie zagłębiając się szczególnie w co, i dlaczego, i po co. Ale chyba mogłabym zaakceptować, że ja mam inaczej, że mimo przesadzonego rozrostu procesu myślowego mam szansę na uzdrowienie). Dlaczego tak się zachowuję, czego się boję, co chcę zyskać, jaką się pokazać? Bo chyba o takie rzeczy chodzi. To do nich ma dobrać się mój Bóg, to je uzdrowić. A ja mam tylko pozwolić i ufać, że On to zrobi.

czwartek, 18 marca 2010

021. tylko być


Życie jest do życia, nie do rozumienia. Jeśli starasz się zrozumieć życie, zamiast je przeżywać, wtedy je analizujesz intelektualnie z bezpiecznej odległości i tracisz podwójnie. Po pierwsze, gdy polegasz wyłącznie na intelekcie, patrzysz na życie przez zdeformowaną soczewkę, która zmienia percepcję i może sprowadzić cię na manowce. Intelekt staje się wówczas barierą, niepozwalającą żyć. Po drugie zaś, kiedy chronisz się przed życiem w swojej głowie, zamiast wziąć w nim czynny udział, pozostajesz widzem, który nigdy nie brudzi sobie rąk.
Tymczasem w życiu masz właśnie wprowadzić sobie brud pod paznokcie. Masz załamać się, zagubić, zdezorientować. Nie należy korzystać z intelektu do tego, by regulować, porcjować czy filtrować życie. Życie jest zjawiskiem znacznie większym od ludzkiego umysłu. Rozum jest twoim sługą, a nie panem; musi znaleźć swoje miejsce w dużo szerszym kontekście.
(Odwaga poddania się, Tommy Hellsten)

*

Przez ostatnie dziesięć lat właściwie tylko analizowałam, myślałam, reflektowałam. Przetwarzałam dane. Głównie na mój własny temat. Chowałam do właściwych szufladek i segregatorów. Żeby jakoś poukładać świat, żeby się w nim choć trochę odnaleźć albo nie tak całkiem zagubić. Każde zdarzenie, czy brak zdarzenia musiałam przemyśleć. A potem przemyśleć te przemyślenia. I tak w kółko. Przez to myślenie nie zorientowałam się, że nie istnieję naprawdę. Jeśli w tamtym czasie zdarzyło mi się żyć, to raczej przypadkiem, jakby mimochodem. Pomimo. Pewne rzeczy, te, które muszą się dziać w swoim czasie, jakoś wpychały się w moje życie. Ale potrafiłam je skutecznie zamyśleć. Nie przeżywałam ich, nie wyciągałam wniosków. Dlatego historie się powtarzały, popełniałam te same błędy – bezrefleksyjnie, a miałam je przecież tak gruntownie w głowie przerobione.
To wieczne grzebanie w sobie zaczęło mnie wreszcie męczyć. Miałam tak strasznie dość nieustających analiz. Nie umiałam tylko przestać. Przestało się samo.
Życie jest jak oddychanie, jak chodzenie. Żyć prawdziwie to nie zauważać, że się to robi, może nawet nie wkładać specjalnego wysiłku. Jak z zakochaniem – samo się dzieje. I wszystko jest łatwe. Nie myślę więc, po prostu jestem. Czasem tylko włączy się dawny nawyk – jakiś lęk, czarna myśl, wątpliwość: A jeśli to szczęście zaraz się skończy? A jeśli skończy się nie zaraz, tylko za kilka miesięcy albo lat? A jeśli przestanie być takie, jakie jest? Czy ja mam jakiś wpływ? Czy powinnam zachowywać się w jakiś określony sposób?
To stało się samo, bez mojego udziału. Przyszło do mnie bez moich zabiegów. Jak z łaską, prezentem od Boga. Może więc to puścić – niech się dzieje. Nic nie próbować. Tylko nie szkodzić, nie analizować, nie myśleć przesadnie. Nie umiem nawet dobrze Mu podziękować.

sobota, 6 marca 2010

020. uciekam


Sobota cudowna. Totalnie bez zobowiązań. Żadnych spotkań, prac, szkół, obowiązków. Mogę nie robić nic. Nawet chcę nie robić nic. Tak się ze sobą niedawno umówiłam – że przy pierwszej okazji spróbuję. Jak to jest – usiąść i nic. Bez filmu, książki, gazety, telefonu, kawy, bez jakiegokolwiek rekwizytu uprawomocniającego. Ze sobą. Tylko. Się nie udaje. Myśl ucieka natychmiast w praktyczno-prozaiczne rejony. Ma prawo, a nawet rację, bo zawsze coś. A poza tym chroni przed spotkaniem ze sobą. Bo co miałabym ze sobą począć?

*

Sonata jesienna Bergmana. Monolog wewnętrzny starej kobiety, nie, nie całkiem starej, ale na tyle, by wiedzieć, że przegapiła swoje dojrzewanie. Nie, nie, tylko nie płakać, tylko nie płakać. Co robić? Weź prysznic. Nie Charlotto, żadnych łez. Do obiadu założę kostium albo nie, tę czerwona sukienkę. Co z tymi emocjami? Żadnych emocji, żadnego rozklejania. A w przyszłym tygodniu do Monte Carlo. Tak, Monte Carlo będzie w sam raz…
Najpierw widzę scenę sprzed 15 lat. Stoję za barem, właśnie wymyśliłam najlepszy drink świata – po dwóch nic cię już nie obchodzi, po czterech – nie pamiętasz, że w ogóle, że ty, że ktoś, że coś, że cios. Bosko jest! Zabawa, zabawa… to nic, że twarz jak po botoksie, zero wyrazu – takich wyrazów publicznie się nie używa. To nic, że w środku wszystko poszarpane i skręca się i wyje, ale na zewnątrz żadnych łez, żadnych emocji, zabawa, zabawa…
A potem dociera do mnie, że nadal tak robię. Inaczej, ale nadal. Świetnie się ucieka na brak czasu – skoro go nie ma, trzeba przyspieszyć, może uda się dogonić. A że po drodze wszystko mija jak w pędzącym samochodzie? Albo planowanie dnia, tygodnia, miesiąca. Ileż można wepchnąć w taki jeden biedny dzień! Żeby wyrobić wydumaną normę trzeba gnać, do zadyszki. Albo pogodzić się z kosmicznym rozczarowaniem sobą. Jest jeszcze ucieczka na bardzo dużo pracy albo na bardzo ważne spotkania, albo na inne bardzo. No i, fantastycznie skuteczna, ucieczka na analizowanie siebie. A ja bym tak chciała uciec od ucieczek…

piątek, 26 lutego 2010

019. zakaz smutku


W takim stanie cichej rozpaczy i miejscami beznadziei trafiłam na ostry dyżur do mojej terapeutki. Nie pamiętam dokładnie, co mówiła (mam taki defekt, że im bardziej jestem rozstrojona na dany temat, tym mniej z niego łapię, niby rozumiem poszczególne słowa, ale ich wspólnego sensu już nie chwytam, i najczęściej gubię gdzieś najważniejszą część, po prostu nie jestem w stanie jej zapamiętać), ale jedno mogę zidentyfikować – że wyszłam od niej z pozwoleniem na mój stan i paradoksalnie to właśnie pozwolenie mnie uwolniło. Ona, nie nazywając nawet tego wprost, pokazując mi tylko alternatywne rozwiązania, dała mi prawo do smutku. Ja usłyszałam, że mogę być przygnębiona, że mogę być byle jaka, nie muszę na siłę się z tego podnosić. Poczułam się jakbym wróciła do domu po długiej podróży, jakbym wróciła do swojego ciała. Dlaczego? Bo, uświadomiłam to sobie dopiero wtedy, wcześniej, przez całe moje życie nikt, łącznie ze mną, a może nawet ze mną na czele, nie dawał mi takiego prawa.
To ciekawe, ale dwa dni przed tą wizytą spędziłam weekend z moją mamą. Rozmawiałyśmy sporo i dość głęboko, jak na nasze stosunki. Parę razy powtarzała, jakim byłam radosnym, żywym, zawsze uśmiechniętym dzieckiem – istną gwiazdeczką, iskierką. Fajnie, mnie ten opis bardzo się podoba i robi na mnie wrażenie, tyle że… na wszystkich zdjęciach z dzieciństwa jestem taka smutna… I w moich wspomnieniach jakoś też niewiele śmiechu. A potem zrozumiałam, że nie wolno mi było płakać i się złościć, że grzeczne dzieci, które kochają swoje mamusie i muszą im pomagać (bo one mają strasznie ciężkie życie), nie mogą być smutne i rozmazane, nie mogą swoją osobą, a już na pewno nie szlaczkami łez na brudnej buzi, drżącą podkówką z ustek, opuszczoną główką obciążać i tak umęczonych mamuś, nie powinny czuć, ani mieć potrzeb i oczekiwań, bo inne potrzeby i oczekiwania dłużej czekają w tej niemożliwej kolejce.
Smutku – to było już dużo później – szczególnie nienawidził mój ojciec. Dla niego musiałam przebierać go we wściekłość. Wtedy mógł mnie chociaż zbić – miał prawo, przecież byłam nieposłuszna i krnąbrna.
Ale najgorsze, że żalu i rozmemłania, nieposkładania i oczekiwań i potrzeb zakazałam sobie sama! Gdy już się uwolniłam od moich kochanych rodziców sama wzięłam się za siebie, za wychowanie tej niegrzecznej dziewczyny, która śmie miewać gorsze dni. Która śmie mieć te uczucia. Niby – ostatnio, gdy miałam już jako taką świadomość istnienia małego dziecka, tej Malutkiej we mnie – robiłam to łagodniej, powiedzmy że delikatniej, że z troską, ale to nieprawda. Zakaz to zakaz. Nie masz prawa źle się czuć! Masz? O, wiesz przecież, że to będzie cię kosztować. Weź się lepiej w garść, zrób coś, nie łaź tak, nie rycz, no, dobrze, nie płacz już, Malutka, nie płacz, nie ma za czym. Nic się nie stało przecież, czego buczysz. No już, skończ z tym.
Nie lubiłam siebie takiej niewyraźnej. Na siłę starałam się wyciągać za uszy. Ciężko mi szło. Więc dowalałam sobie jeszcze bardziej. Że sama sobie to robię, że jestem nieszczęśliwa na własne życzenie, że nie potrafię się cieszyć życiem, nie widzę tego, co dobre, skupiam się na brakach, mało tego, pewnie sama je sobie organizuję. Fajną sobą, niby taką prawdziwą, byłam tylko jako energiczna, wesoła i błyskotliwa ja.
Potem odkryłam kolejne osoby, które wspierają ten zakaz smutku. To przyjaciele, moi bliscy, którzy – wiem, robią to nieumyślnie, chcą dobrze, myślą, że chcą – na moją skargę, że zostałam tak żałośnie, bez klasy porzucona mówią: powinnaś się cieszyć, masz to z głowy, co za dupek, skoro cię nie chciał; daj spokój, to nie problem, zaraz minie, zapomnisz, zajmij się czymś fajniejszym. Kiedyś przełykałam ten dodatkowy ból: podstawowy – porzucenia i ten drugi, kto wie, czy nie gorszy – podważenia wagi moich uczuć. Dziś już się na to nie godzę. Zaczęłam mówić. Najpierw do mamy, która tak chciała pocieszyć, potem do wszystkich innych: może palant, może to dobrze, ale teraz mnie bardzo boli, uszanuj to i pociesz. Działa! Po chwilowej konsternacji, ale działa doskonale.
*
A więc mogę być przygnębiona, mogę być byle jaka, w dole, w kryzysie. Cóż za ulga! Jakby jakaś część ciała mogła wreszcie po latach wrócić na miejsce. Zaakceptowana, przytulona, uprawomocniona, ukochana. Mogę przytulić smutną Malutką. Bo mam pozwolenie na smutek. A skoro mam prawo być przygnębiona to, nawet pomyślałam, że od czasu do czasu wcale nie muszę.

środa, 24 lutego 2010

018. to magiczne słowo

Ogólnie jest źle. Od dłuższego czasu. Nie liczę, jak długo, bo i tak nie potrafię tego objąć, zawsze miałam z tym kłopot – czy coś trwa dzień czy miesiąc to dla mnie taka sama wieczność (zwłaszcza, gdy to „coś” jest bolesne albo w inny sposób trudne). Ale ten stan zahacza jeszcze o koniec roku. Próbuję nadać mu ramy, chociaż nazwać, jakoś określić. Wymyśliłam sobie, że kryzys, może nie demon południa (mam jeszcze trochę czasu), ale z pewnością większe przetasowanie osobowości. Jakoś przez ten czas nie przyszło mi do głowy słowo nawrót – „jakoś” przestałam go używać (że niby już z tego wyrosłam – ale czy z tych objawów można wyrosnąć?), nawet przed samą sobą. A przecież już początkujący trzeźwiejący alkoholik wszystkie te symptomy określiłby bezbłędnie. O ile, oczywiście, sam by nie tkwił w nich po uszy, bo wtedy nie ma mocnych, wszyscy ślepi.

*

Więc dobrze, całe moje rozedrganie było spowodowane relacją damsko-męską. Od tego się zaczęło. Niby wszystko fajnie, niby na początku cudownie i ufność, że wreszcie i do mnie los się uśmiechnął, że i mnie się uda. Być może ta wielka chęć i nadzieja spowodowały, że przegapiłam parę sygnałów. Nie, nie przegapiłam, nie chciałam i może nie umiałam ich właściwie odczytać. Bo nie potrafiłam na nie odpowiednio zareagować. Już wtedy wolałam moją ułudę niż znowu mało łaskawą rzeczywistość. Działo się coraz gorzej i we mnie coraz czarniej, smutniej, duszniej. Otwarły się po kolei wszystkie rany z dzieciństwa: oto na nowo stałam się kimś niewartościowym, mało istotnym, z kim nie trzeba się liczyć, kogo można oszukać, poużywać, a wreszcie wyrzucić.
Do tego koniec terapii – ponoć sukces i wszystko do przodu, ale przecież jej treści wciąż we mnie krążą, wciąż się dzieją. I jeszcze medytacje, które całkiem rozbiły i wcale nie złożyły. Posypała się moja i tak krucha relacja z Bogiem – już nic nie wiem, nawet boję się do Niego odzywać (się odzywam jeszcze, ale czuję ile w tym bałaganu, ile lęku). I jeszcze te ekscesy z alkoholem, dopuszczenie go tak blisko, tak niebezpiecznie, tak nierozważnie. Ostatnio zaczęłam identyfikować fizyczne odczucia, mocno zestrojone z emocjami, bardzo silne, bardzo nieprzyjemne; przypomniałam sobie, że z takim odczuciem w brzuchu szłam pić. Przez dziesięć lat nie widziałam tej korelacji, a zdarzało się przecież i to nierzadko, że ta czarna dziura się we mnie rozpychała. Tak, często ostatnio myślałam o piciu. I o śmierci.
Pojęcie „nawrót” zwykle mnie uspokajało – wiedziałam, co mam robić, jakie techniki zastosować, by się ratować. A teraz, ponieważ w ogóle nie padło, pogubiłam się, stanęłam w swojej bezradności.

wtorek, 9 lutego 2010

017. oto ja

Wyjechałam do klasztoru na medytacje. Siedem dni milczenia. To było łatwe. Siedem dni przyglądanie się, kim jestem i jaka jestem, jaka byłam przez całe życie. To było trudne. Gorzej, przerażające. Chciałam uciekać. Tyle że szybko do mnie dotarło, że nie mam dokąd. To wszystko jest przecież we mnie. Nie wiedziałam, że jadę tam robić czwarty krok, przynajmniej jego część. Nie mam pojęcia, czy w warunkach aowskich, ze sponsorką (której nie mam, bo od lat bezskutecznie szukam) byłabym w stanie zobaczyć to wszystko, zejść tak głęboko. Czy w domu bym się do tego zmusiła?
Pamiętam zdanie z Wielkiej Księgi: Puszczając w niepamięć krzywdy doznane od innych, postanowiliśmy, skupić się na własnych błędach. Rozumiałam je bardzo dobrze, nawet stosowałam czasem. Oczywiście wtedy, gdy było to dla mnie wygodne. Czasem mnie przerastało przecież. Teraz zobaczyłam, a było to bolesne, bo biło w moją dumę, coś, co dotyczyło dwóch relacji, które zerwałam, z przekonaniem, że to ja mam rację, a mój gniew i święte oburzenie są… święte właśnie, że nie można inaczej, wszystkie fakty mówią same za siebie. Cóż za krótkowzroczność, ślepota po prostu. Fakty jakoś milczały na temat mojej pychy. Nie miały siły przebić się przez mój mur.
Zrozumiałam też, jaki wymiar w moim życiu ma lenistwo. To rodzaj opaski na oczy. Jest sposobem, by nie brać odpowiedzialności za siebie. Nie zastanawiam się więc specjalnie (choć myślę i rozmyślam, analizuję, w mojej głowie nieustannie trwa jakiś proces, praca, zabieg), za to gnam gdzieś, wyszukuję sprawy, nie myślę o tym, co naprawdę ważne: czego chcę, o czym marzę, o celach, o tym, na co mogę się zgodzić, a czego absolutnie nie zaakceptuję. O tym, co jest dobre, a co złe. O tym, czego chcę od życia. Kim chciałabym być. Co chciałabym robić. Z kim chciałabym być. Z kim się przyjaźnić. Z kim znać. Nie myślę o tym, więc jeśli dzieje się nie tak, jak powinno, nawet tego nie widzę, może tylko czuję, że jest niewygodnie. Jeśli robię coś złego, głupiego albo choć niepotrzebnego, gdy tracę czas nie widzę – bo wcześniej nie zadałam sobie trudu, by określić te wszystkie normy. Żeby stworzyć swoje definicje. Nie widzę granic – bo ich nie wyznaczyłam. Więc jestem usprawiedliwiona – nie muszę być odpowiedzialna. Przed tym właśnie chroni mnie moje lenistwo.

środa, 27 stycznia 2010

016. brać czy dawać

Od lat mam w AA kolegę, przyjaciela chyba jednak, z którym ścieramy się strasznie w jednym punkcie (prawdę mówiąc, w kilku, ale w tym chyba najmocniej). Do tej pory jego stanowisko widziałam tak: tylko metoda AA, program 12 Kroków są dobre, one prowadzą do zdrowienia. Terapia jest wręcz szkodliwa. Na to ja burzyłam się strasznie, bo jak można coś takiego mówić, do tego publicznie, na mityngach, przecież terapia niesamowicie pomaga ogarnąć się w tym całym zapitym do tej pory bałaganie, pokazuje prawdę, ustawia, daje konkretne techniczne wskazówki, jak sobie radzić, jak unikać niebezpieczeństwa; a dla tych, którzy nie są w stanie przełknąć – przynajmniej na początku – duchowej podstawy Programu jest właściwie jedynym ratunkiem; nie można ludziom tego odbierać.
Potem M. mówił: Program ci mówi, że masz dawać, za darmo, nie oczekiwać żadnej zapłaty, nawet tej w formie skorzystania z twojej rady (co może wbijać cię w poczucie bycia kimś ważnym); program mówi o poświęceniu; psychologia jest nastawiona na ”ja”;  ja jest w centrum, wszystko mu się należy; psychologia uczy cię, jak masz się dobrze ustawić, drugi to ten, który ci szkodzi albo ten, z którego masz korzyść. Pierwszych musisz unikać, a drugimi się otaczać. Znów się burzyłam, że przesadza, wyolbrzymia, że to bardzo jednostronne spojrzenie.
A dziś rano… zobaczyłam, ile w tym racji i jak łatwo dałam się znowu nabrać.
Dałam się nabrać, bo jako niecierpliwa osoba, która jednak wcale nie ma zamiaru oddać kontroli, która wierzy, że sama coś może, własnymi siłami, tylko trzeba jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, robić, biegać, jak ta mróweczka krzątać się wokół własnego popieprzenia, weszłam w tę szamotaninę. Od medytacji po terapię, ciągle jakieś książki, nowe pomysły, nowe teorie i wciąż włączone myślenie, wciąż racjonalizowanie, psychologizowanie. Koszmar, męka, ale mysz w młynku nie wie przecież, że się kręci, że może się tak zakręcić na śmierć.
Pierwsze, co zauważyłam, to że kiedy cierpię, jestem tak skupiona na sobie, że w ogóle nie zauważam ludzi, nawet tych bliskich, a może zwłaszcza tych bliskich. Jestem po prostu, jestem swoim bólem, czerpię z nich jak jakiś jamochłon, jemioła podczepiona, wysysam, ale bez refleksji, że ktoś pomaga mi przeżyć ten trudny czas. Biorę, jakby to było najnormalniejsze, jakby mi się należało! Sięgam, jak w sklepie, a gdy już zużyję, odstawiam, bo przecież mi niepotrzebne. Prawda zabolała. Że jednak taka jestem.
Drugie, dotyczyło ludzi obcych, świata. Jakby moje cierpienie uprawomocniło mnie do bycia suką, do traktowania innych z góry, z pogardą, agresją, pretensją.
To też zabolało.
Trzecie, co zobaczyłam, to że ta postawa konsumencka ma się nijak do tego, co kształtowałam w sobie przez ostatnie lata, co, wierzę, miałam od dziecka w zarodku, trochę przytłumione bolesnymi doświadczeniami, ale wciąż żywe, choć skarlałe, do postawy bezinteresownej miłości. Ten zgrzyt mnie obudził.
Terapia, którą właśnie skończyłam, kilka lektur, które wchłonęłam (szczególnie jedna, którą nazywałam swoją nową biblią – amerykański poradnik o tym, jak radzić sobie z mężczyznami) nakierowały mnie na nowy sposób działania – to ja mam być najważniejsza, mam odszukać i określić swoje potrzeby i robić tak, żeby były realizowane. Najpierw zobaczyć, czy dostaję, potem dopiero się rewanżować. Zabrzmiało dla mnie fantastycznie! Wreszcie nie będę miała poczucia, że się podkładam, że jestem notorycznie wykorzystywana, używana – tym gorzej, że na własne życzenie. Zabrałam się ostro do wprowadzania zmian. Byłam zachwycona. Tyle że po trzech miesiącach widzę, jak mnie to zniszczyło, jak wypaliło i spłaszczyło moje życie. Bo ja chcę dawać, jestem właśnie po to, by dawać siebie innym, tylko w tym jest mój sens.
Może źle odczytałam terapię, skupiłam się nie na tym, co ważne. Może źle dawałam, nieumiejętnie, bez prawdziwej otwartości, bez prawdziwej bezinteresowności. Ale nawet niedoskonale wolę dawać, niż dalej wyjaławiać się braniem i roszczeniami. Chcę na nowo odkryć słowa poświęcenie i dbanie o siebie.

204. pompatycznie i obrazoburczo

Zastanawiałam się, czy jest jakiś zauważalny moment, w którym posłanie AA zaczyna działać. Może początek to iskra nadziei – że jest coś, co...